1 września poszłam z moim 6-letnim synem na rozpoczęcie roku. Godzina masakryczna jak na pożegnanie z wakacjami, bo była to 8 rano, ale przynajmniej tylko 25 stopni ciepła (pocieszam się). Jak docieramy do szkoły, już nie jestem tak optymistycznie nastawiona.
Na korytarzach dziki tłum, wszyscy czekają na wejście do sali gimnastycznej, a w budynku jednak pozostało 34 stopnie z poprzedniego dnia. Czuję, jak pot płynie mi po plecach. Co gorsza po nogach też. Dzieci jęczą, wszyscy wachlujemy się ulotkami z ofertami zajęć dodatkowych. Nareszcie wchodzimy. Dzieci porozstawiano według klas. Czekamy. Nie ma czym oddychać, nie ma o co się oprzeć. Dzieci zaczynają ziewać, siadać na podłodze.
Najpierw przemawia Pani dyrektor, później Pan burmistrz, następnie znowu Pani dyrektor wygłasza długą pogadankę o obowiązku szkolnym i wychowaniu, później do hymnu - baczność. Mam wrażenie, że zaraz wszyscy zaczniemy tu padać jak muchy. Wszyscy patrzą błagalne po sobie, odliczając minuty do końca. Byle stąd wyjść, byle trochę powietrza!
Niech mi ktoś logicznie wyjaśni, czemu to służy? Te biedne omdlewające w upale i zaduchu dzieci, całe 12 klas pierwszych, którym kompletnie wisi, co mówi Pan burmistrz, o czym prawi Pani dyrektor. Dlaczego jesteśmy dzisiaj właśnie tutaj, a nie z ukochaną Panią Anią w przedszkolu? Jakim prawem zabrano rok dzieciństwa mojemu dziecku?
3 września - odbieram mojego syna o 17. ze szkoły. Chodzi na drugą zmianę, ale i tak muszę go przyprowadzać na świetlicę, bo przecież pracuję od rana. Cały dzień spędził w szkole, na dwór nie będą wychodzić nawet z panią świetliczanką, bo nie ma gdzie. W miejscu placu zabaw jest teren budowy, powstaje nowe skrzydło szkoły. Więc teraz kiedy już wychodzimy do domu rozpiera go energia, chciałby wreszcie pójść do parku, pobawić się z kolegami. Jest piękna pogoda, dzień jeszcze długi.
Niestety, w zeszycie znajduję informacje o kartach pracy do uzupełnienia. Zamiast do parku musimy iść do domu, odrabiać PRACĘ DOMOWĄ. Właściwie informację o tym, ile modlitw będzie wymaganych na lekcji religii, przyjęłam już z ponurą rezygnacją. Trzeciego dnia od początku roku, już wiem że nienawidzę szkoły. Cholera jasna! Jestem wściekła. Na Państwo, na Ministerstwo Edukacji, na siebie, że nie kombinowałam z odroczeniem.
[Od Redakcji: list nagradzamy 30-dniowym kodem do Kinoplex.pl]