Jesienią tego roku miała miejsce premiera kolejnej wersji kinowej "Frankensteina, czyli współczesnego Prometeusza" – powieści napisanej ponad 200 lat temu przez zaledwie 18-letnią Mary Wollstonecraft-Shelley. Tym razem temat okiełznania natury i rzucenia wyzwania Bogu podjął Guillermo del Toro i zrobił to z prawdziwym hollywoodzkim rozmachem. Jego Wiktor Frankenstein, brawurowo zagrany przez Oscara Isaaca, jest kwintesencją niepohamowanej potrzeby wiedzy i żądzy sukcesu prowadzących do poczucia boskości i bezkarności. Najnowsza adaptacja tej klasycznej powieści grozy znakomicie oddaje też coś, co określa się mianem "piętna Frankensteina" – przekonanie, że potęga nauki obróci się przeciwko jej twórcom i podejrzeniami, że w światowych laboratoriach prowadzone są skrajnie nieetyczne eksperymenty.
Noc w willi Diodati
Żadna opowieść o genezie Frankensteina nie może uciec przed tym obrazem: jest zimne, pełne tragedii lato 1816 roku. Rok wcześniej doszło do najsilniejszej w historii erupcji indonezyjskiego wulkanu Tambora. Niesiona przez prądy powietrzne chmura popiołu w ciągu kilku miesięcy otuliła północną półkulę ziemi, tworząc w górnych warstwach atmosfery coś w rodzaju ekranu odbijającego promienie słoneczne. Niedostateczna ilość światła i wyjątkowo niskie temperatury zniszczyły uprawy, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen. Zapanował głód. W latach 1816 i 1817 doszło do najkrwawszych zamieszek od czasów rewolucji francuskiej. Współcześnie szacuje się, że erupcja Tambory mogła być powodem śmierci nawet 250 tysięcy ludzi, choć większość z tej liczby to ofiary nie wybuchu, lecz głodu wywołanego tzw. zimą wulkaniczną.
W czasie, gdy biedacy walczyli o każdy kęs, lord Byron w swojej czarnej karecie zdobionej złotym herbem przybył do Cologny, szwajcarskiej wioski w pobliżu Jeziora Genewskiego. Osiadł w Willi Diodati, która stała się przypadkowym świadkiem jednego z najbardziej owocnych spotkań towarzyskich tamtej epoki. Nieopodal lorda skandalisty zamieszkała nie mniej skandalizująca grupa: poeta Percy Bysshe Shelley i jego dwie nastoletnie towarzyszki: ukochana, Mary Godwin (później Mary Shelley, po matce: Mary Wollstonecraft-Shelley) i jej przyrodnia siostra Claire Clairmont.
Dziwny to był związek, w którym Mary musiała być "tą drugą". W czasie opisywanych wydarzeń Percy był wciąż żonaty, a związek z Mary nie przeszkadzał mu w posiadaniu kolejnych dzieci z żoną. Wiele wskazuje też na to, że łączył go erotyczny związek z Claire, choć w tamtym konkretnym czasie Claire bezskutecznie próbowała rozkochać w sobie Byrona. Za to Mary była beznadziejnie zakochana w Percym. Odkąd jako 16-latka uciekła z nim z domu ojca – filozofa Williama Godwina -urodziła poecie już dwoje dzieci.
Pierwsze zmarło tuż po narodzinach. Kolejne również umrze, ale w chwili, gdy para przebywa w Szwajcarii, dziecko żyje, a Mary dzieli czas między opiekę nad nim i pisanie. W sumie Mary urodzi Shelley’owi czworo z dzieci, z których przeżyje tylko jedno. Przez wszystkie lata związku z poetą, nawet już po ślubie, który umożliwiło samobójstwo pierwszej żony Percy’ego, będzie cierpiała biedę, głód i ostracyzm społeczny. Wyrzekł się jej sam ojciec, William Godwin, choć w swych pracach często chwalił wolną miłość. Jak widać filozofia nie przetrwała zderzenia z rzeczywistością.
Właśnie tam, podczas wieczorów spędzonych w willi Diodati, między dyskusjami o dokonaniach naukowych, nowych kierunkach medycyny, popularnych wówczas powieściach grozy, w umyśle Mary narodził się Frankenstein. Bohater, który wierzył, że może uchronić ludzi przed niechybną śmiercią.
To żyje. Teraz już wiem, jak to jest być Bogiem
Wiktor Frankenstein, student wydziału medycznego Uniwersytetu w Ingolstadt, tego samego z którego wywodzi się tajny zakon oświeconych "Illuminati", jest przekonany, że nauka ma nieograniczone możliwości. Pozwala nie tylko zrozumieć zjawiska elektryczne, okiełznać epidemie poprzez szczepienia, ale także uchwycić samą istotę życia. Uchwycić i powielić, a nawet powielać w nieskończoność. Może ożywić martwe tkanki, tchnąć życie w obumarłe płuca i nieruchome serce.
Przekonany o swojej racji, łączy części ciał powieszonych morderców, zmarłych biedaków i ofiar epidemii, by powołać do życia Stworzenie. Właśnie Stworzenie, a nie potwora czy monstrum, jak często powielane jest w kulturze popularnej. Stworzenie zakłada posiadanie Stwórcy. Zachodzi zależność rodzic – dziecko i wynikające z tego obowiązki. Ale już chwilę po powołaniu Stworzenia do życia widać, że Wiktor nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności, ani tym bardziej ojcowskich powinności. Nie czyni też symbolicznego gestu wprowadzającego nowonarodzonego człowieka w świat, czyli nie nadaje mu imienia. Stworzenie na zawsze pozostaje bezimienne, niejako bezpodmiotowe dla swego stwórcy.
Gdy wiele lat po premierze książki Mary widzi afisz zapraszający na teatralną adaptację jej dzieła, dostrzega, że twórcy nie nazwali w żaden sposób Stworzenia. Przy nazwisku odgrywającego je aktora pozostawili po prostu puste miejsce. W liście do przyjaciela Mary napisze, że to puste miejsce było najwłaściwszą formą na określenie dzieła rąk Wiktora Frankensteina.
W jednej z najważniejszych adaptacji powieści, w filmie "Frankenstein" z 1931 roku, grany przez Colina Clive'a Henry Frankenstein wypowiada słynne słowa "to żyje". Słowa powielane następnie przez wiele adaptacji powieści. Ale już kolejne zdanie nie jest tak popularne, a szkoda, bo znakomicie oddaje kierunek, w jakim ewoluowała koncepcja powieści, która miała być historią o odpowiedzialności i rodzicielskiej powinności, a stała się przestrogą przed niekontrolowanym rozwojem nauki. Mowa o zdaniu: teraz już wiem, jak to jest być Bogiem.
Wszystkie nieszczęścia Prometeusza
W pewnym sensie ten boski pierwiastek nadała powieści już sama Mary, dając jej podtytuł "Współczesny Prometeusz". W mitologii greckiej tytan Prometeusz kradnie symbolizujący wiedzę ogień z Olimpu, z domu bogów, aby dać go pierwotnemu, przedracjonalnemu człowiekowi i powołać tym samym człowieka rozumnego. Ponosi za to karę. Zeus przykuwa Prometeusza do skały, gdzie sęp wyjada mu wątrobę, po czym kara ta powtarza się każdego kolejnego dnia. Przekaz ma być dobitnie prosty: wiedza rodzi smutek i ból. Mit Prometeusza dopełnia postać jego brata, Epimeteusza, związanego ze wszystkimi nieszczęściami wypuszczonymi z puszki Pandory. Współcześnie spełnieniem tego mitu są technokratyczne decyzje, jak te, które doprowadziły do stosowania niszczącego środowisko pestycydu DDT, budowy bomby atomowej czy ogłoszonej w prasie 1 lutego 2016 roku zgody rządu brytyjskiego na prowadzenie badań nad edycją genomu u ludzkich zarodków przez Kathy Niakan, mimo zarzutów, że ignoruje się kwestie etyczne.
Bo mit Frankensteina pojawia się wszędzie tam, gdzie przekroczone zostają normy etyczne. Ale jest też straszakiem na to, czego nie rozumiemy lub nie chcemy zrozumieć. W ten sposób pojawiło się pojęcie "frankenfood" odnoszące się do żywności modyfikowanej genetycznie, "frankenpet", do zwierząt powstałych na drodze selekcji ekstremalnej, a nawet "frankenbot", do systemów AI stworzonych z niekompatybilnych elementów. Jednak w powszechnej świadomości wciąż najbardziej rezonuje postać samego Wiktora – naukowca tak upartego w swojej wizji, że dla jej zrealizowania nie zawaha się przed niczym.
Eksperymenty na więźniach
Chociaż historia nauki pełna jest ludzi, którzy robili niemal wszystko, by pomóc innym, by rozwiązać zagadkę, od której zależy przetrwanie, tłumy te często topnieją przy zderzeniu z postaciami pokroju Josefa Mengele. Ten zbrodniarz wojenny prowadzący eksperymenty na więźniach miał wielu podobnych sobie. Herta Oberheuser, lekarka z obozu w Ravensbrück, prowadziła brutalne eksperymenty na kobietach. Aribert Heim zwany "Doktorem Śmierć", lekarz obozowy w Mauthausen, zasłynął z wyjątkowo okrutnych eksperymentów i zabiegów bez znieczulenia. Japończyk Shiro Ishii, twórca tzw. Jednostki 731 w Mandżurii, kierował eksperymentami biologicznymi na jeńcach wojennych.
Testował na nich broń biologiczną, przeprowadzał wiwisekcje bez znieczulenia. Nie tylko reżimy totalitarne eksperymentowały na ludziach. W latach 50. Ubiegłego wieku amerykańskie CIA rozpoczęło szeroko zakrojone badania nad LSD, czyli dwuetylamidem kwasu lizergowego. Ta psychodeliczna substancja chemiczna z grupy ergolinów, została pierwotnie zsyntetyzowana przez Alberta Hofmanna w 1938 roku. Narkotyk przetestowano na kilku tysiącach żołnierzy w przekonaniu, że w przyszłości LSD rozpylone nad oddziałami wroga może posłużyć do dezorganizacji możliwości bojowych obcych wojsk. Narkotyk okazał się jednak zbyt nieprzewidywalny.
W ponad 80 placówkach w USA i w Kanadzie podawano też pacjentom bez ich zgody i wiedzy silne leki nasenne, a następnie poddawano ich procedurom, które najlepiej określa wyrażenie "pranie mózgu". Badania te doprowadziły wielu ludzi do prawdziwego obłąkania, niszcząc tym samym życie ich i ich bliskich.
A skoro mówimy już o obozach zagłady i Stanach Zjednoczonych, to koniecznie należy przywołać operację "Spinacz". W okresie zakończenia drugiej wojny światowej amerykański wywiad znakomicie wiedział, gdzie znajdują się nazistowscy eksperci od technologii, broni, rakiet czy właśnie medycyny. W ramach szeroko zakrojonej akcji udało się przesiedlić do USA 1600 takich osób, wśród nich wielu tych, którzy powinni być sądzeni za zbrodnie przeciwko ludzkości. W ten sposób trafił do USA m.in. Wernher von Braun, twórca rakiet V-2, których dwa tysiące spadło na cele w Wielkiej Brytanii.
Eksperci z obozów śmierci
Rakiety te stały się podstawą programów kosmicznych Związku Radzieckiego i USA. Ale Amerykanie posunęli się nawet dalej, przekazując w ręce zbrodniarza wojennego cały swój program kosmiczny i robiąc go dyrektorem Centrum Lotów Kosmicznych. W latach 60. ubiegłego wieku, w okresie najgorętszego wyścigu kosmicznego, von Braun stał się tak popularny, że zatrudnił go również potentat branży filmowej Walt Disney. Dopiero lata po uruchomieniu programu Apollo zaczęły pojawiać się historie o działaniach von Brauna w trakcie wojny, jednak przez wiele lat były skutecznie tuszowane.
Amerykański załogowy program kosmiczny oparł się też na badaniach prowadzonych przez Huberta Strungholda. Ten niemiecki lekarz, po wojnie nazwany "ojcem medycyny kosmicznej", podczas wojny nadzorował brutalne eksperymenty medyczne na więźniach obozów koncentracyjnych. To właśnie na nich opierał swoją wiedzę z zakresu medycyny kosmicznej.
W lutym 1942 roku do Dachau przywieziono ruchomą komorę niskociśnieniową, której budowę nadzorował właśnie Strughold. Eksperymenty obejmowały badania nad wytrzymałością ludzi na próżnię, skrajne zimno i inne ekstremalne warunki – często prowadzone były aż do śmierci badanego. Eksperymenty wykonywali doktorzy medycyny lotniczej Zygmunt Rascher, Zygfryd Ruff i Wolfgang Romberg. Dotyczyły one zagadnień lotu na dużych wysokościach. W dostarczonej z Zakładu Badań Lotniczych z Berlina komorze ciśnień zamontowanej na samochodowej przyczepie symulowano wysokości dochodzące do 21 kilometrów. Do eksperymentu wykorzystano ponad 200 więźniów, około 80 z nich straciło przy tym życie.
Sam Strunghold również trafił do USA dzięki programowi "Spinacz". Był uznanym i szanowanym badaczem. Dopiero w 2006 roku, po latach protestów, jego nazwisko usunięto z Międzynarodowej Komnaty Chwały Zdobywców Kosmosu.
Stałem się śmiercią, niszczycielem światów
Najbliższą Wiktorowi Frankensteinowi postacią wydaje się Robert Oppenheimer, najbardziej znany jako ojciec bomby atomowej. Ten bez wątpienia genialny fizyk i człowiek o bardzo szerokiej wiedzy, podjął się zbudowania czegoś, co mogło jednoznacznie rozstrzygnąć niszczycielską wojnę w Europie. Czegoś, w czym musiał ubiec zaawansowanych w pracach nazistowskich naukowców. Jednak wynik pracy naukowców Projektu Manhattan został wykorzystany do spacyfikowania Japonii.
Oppenheimer nigdy nie podniósł się po wydarzeniach z Hiroszimy i Nagasaki. Do końca życia opowiadał się nad ścisłą kontrolą użycia atomu również w energetyce. Walczył ze swoim Stworzeniem tak, jak Wiktor chciał zniszczyć własne. Ale historia pokazuje, że to, co raz powołało się do życia, nie umiera tak szybko. Na zawsze pozostał człowiekiem, który wypowiedział podczas pierwszego testu broni atomowej proroczy cytat: stałem się śmiercią, niszczycielem światów.
W ostatnich latach za najpotężniejszych naśladowców Wiktora Frankensteina uchodzą twórcy algorytmów sztucznej inteligencji. A ta, zupełnie jak Stwór Frankensteina, uczy się szybko i z wyjątkową lekkością przyswaja sobie ludzkie zachowania.
75 lat temu Alan Turing, genialny matematyk i twórca pierwszego komputera do zastosowań w kryptologii powiedział, że w przyszłości maszyny obliczeniowe zyskają specyficzna formę inteligencji. Inteligentna maszyna zdolna przejść tzw. test Turinga ma prowadzić rozmowę w taki sposób, że niezależny sędzia nie jest w stanie odróżnić jej od człowieka. A chociaż wszechobecne modele językowe typu ChatGPT lub Gemini nadal mają na tyle duże skazy, że można je całkiem szybko odróżnić od ludzi, to proces ich doskonalenia trwa. A wraz z nim pojawia się lęk o przyszłość ludzkości. Pytanie, czy nie kręcimy właśnie na siebie cyberbicza, który w przyszłości uzyska samoświadomość i uzna, że największym zagrożeniem jest człowiek.
Bo nawet, jeśli ChatGPT nie potrafi jeszcze prowadzić z nami konwersacji na równym poziomie, to algorytmy Sztucznej Inteligencji mają tak szerokie zastosowanie, że trudno o dziedzinę, w której nie są wykorzystywane.
W 2018 roku przeprowadzono konkurs, w ramach którego 20 najlepszych prawników korporacyjnych zmierzyło się z programem AI LawGeex. Zadanie było proste i zakładało przeanalizowanie pięciu umów dt. poufności. Wyniki pokazały coś, czego nikt się wówczas nie spodziewał: dobrze opłacani prawnicy przegrali z kretesem z systemem SI. Prawnicy potrzebowali 120 minut na analizę i wykonali ją z 84 proc. poprawnością. LawGeex zrobił to samo w 26 sekund i z 94 procentową poprawnością. Dzisiaj systemy typu e-discovery potrafią przeszukiwać miliony dokumentów w godzinę, w dodatku SI wykrywa niezgodności w umowach szybciej niż duże zespoły prawników.
Jest niemal perfekcyjna w przeszukiwaniu i analizowaniu ogromnych baz danych. Używane m.in. do wykrywania raka piersi Google DeepMind i Google Health osiągnęły wyższą czułość i wszczęły mniej fałszywych alarmów niż najlepsi radiolodzy z USA i Wielkiej Brytanii. Model CheXNet stawia dokładniejszą diagnozę zapalenia płuc niż grupa praktykujących radiologów. Zastosowani można mnożyć. AI tworzy leki, wspiera astronomów, dba o cyberbezpieczeństwo, projektuje bezpieczniejsze samochody i sieci energetyczne. Ale również jest narzędziem w rękach wojska.
Autonomiczne drony do zastosowań militarnych wyposażone w AI mają za zadanie odnaleźć cel i go zlikwidować. Niedawno, w grudniu tego roku, zaprezentowano autonomiczny samolot-myśliwiec pilotowany przez AI — bez człowieka za sterami. Systemy dronów i pojazdów bezzałogowych są wykorzystywane do misji rozpoznawczych, zwiadu, a nawet ataków — co jeszcze kilkanaście lat temu było wyłącznie domeną fantastyki.
Pojazdy bojowe Type-X mogą być prowadzone przez AI, zmniejszając ryzyko dla żołnierzy. SI pomaga w nawigacji, wykrywaniu celów, targetowaniu — często w warunkach, w których tradycyjny operator by zawiódł. Jednak za tym wszystkim idą wyzwania etyczne, prawne, ryzyko błędów i eskalacji konfliktów. Ponieważ z jednej strony maszyny wyposażone w algorytmy AI, mogą faktycznie obniżyć "koszt ludzki" prowadzenia wojny, a to paradoksalnie może wzmóc chęć do walki.
I tutaj wkracza inny, też nawiązujący do "Frankensteina" Mary Shelley mit kultury popularnej, czyli Terminator. Wyposażony w sztuczną inteligencję metalowy super-żołnierz bez skrupułów dążący do wyznaczonego celu. Uzyskanie takiego żołnierza jest już niemal w zasięgu naszych rąk. Możliwości ruchu robotów Boston Dynamics są niemal legendarne. Roboty tańczą, skaczą, przenoszą ciężary. Sztuczna skóra już też nie jest odległym problemem. Temat jest nieustannie rozwijany ze względu na zastosowanie jej w przeszczepach. Ba, mamy nawet metal z pamięcią kształtu!
Czy jednak naukowiec lub naukowczyni, którzy zbudują swoje stworzenie z metalu, sztucznej skóry i da mu możliwości analizy danych AI nie staną się Wiktorami Frankensteinami naszych czasów? Algorytmy AI są triumfem technologii nad ograniczeniami, ale trudno nie myśleć o tym, że zbyt często triumf jest zarzewiem porażki. Zarówno w filmie, jak i w życiu.