Do tych pytań skłoniła mnie bardzo ciekawa rozmowa Pani Bożeny Aksamit z dr Leszkiem Mellibrudą w najnowszych "Wysokich Obcasach Extra" . Odwagę wyrabiamy w sobie od dzieciństwa. Wzmacniamy ją poznając świat, wyciągając wnioski zarówno z sukcesów, jak i porażek. W dużej mierze to od rodziców zależy na ile rozwiną, a na ile stłamszą w nas umiejętność samodzielnego i kreatywnego myślenia. Umiejętność walki o to, na czym nam zależy. Zdolność do obrony własnych poglądów. Przyznaję, że niezwykle trudno postawić właściwe granice między karceniem, przywoływaniem do porządku i opiekuńczością a przyzwoleniem na popełnianie błędów. Bo za wszelka cenę lub podświadomie chcemy, żeby bliska nam osoba tych błędów nie popełniła. Ale błąd jest wpisany w nasz ewolucyjny sukces. A spontaniczność i kreatywność niosą w sobie jakiś piękny pierwiastek niebezpieczeństwa. Niebezpieczeństwa, które często jest bardziej pociągające niż bezpieczny kokon rzeczy znanych.
Odwaga w pracy zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem. Ale jak mówi znany slogan kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Są zawody i stanowiska, gdzie odwaga, samodzielność i kreatywność są źle widziane. Pracownik ma być posłuszny, karny i ułożony jak dobry pies myśliwski. Ma wykonywać pracę solidnie, zgodnie z instrukcją. Jak trybik w maszynie. Ma być przewidywalny i postępować według procedur. Bez marginesu na fantazję. Ma pracować w mundurku posłuszeństwa i w kombinezonie powtarzalności. Z punktu widzenia firmy jest doskonałym elementem skomplikowanego mechanizmu ukierunkowanego na maksymalny sukces. A kluczem do tego sukcesu jest skodyfikowany wzorzec dopuszczalnych zachowań. Myślę, że dla większości ludzi praca w takim systemie musi być potwornie stresująca. Bo choć pozornie poruszają się tylko po precyzyjnie wyznaczonych i dobrze znanych im ścieżkach, to nieodłącznym składnikiem ludzkiej psychiki jest skłonność do błędów i pomyłek. A na te przecież nie mogą sobie pozwolić.
Zgadzam się z tym w pełni. Taki sposób zarządzania to paraliż i szkoła udawania. Niestety ten model świetnie funkcjonuje nie tylko w korporacjach, lecz także w urzędach, gdzie trzeba odsiedzieć swoje osiem godzin . I choć człowiek wywiąże się ze swoich zadań, choć nie będzie mieć nic od roboty, to się nie przyzna. Cała praca będzie polegała na ukryciu tego faktu, albo na rozwlekaniu do 16 wszelkich czynności biurowych, by stwarzać odpowiednie pozory i dobre wrażenie. Taka sytuacja może nie zdarza się często, ale się zdarza. Podobnie jak dr Leszek Mellibruda, winą za ten stan rzeczy obarczam kadrę kierowniczą, która generuje takie mechanizmy, przymykając oko na patologie i premiując czas pracy jako wskaźnik zaangażowania i dobrze spełnionego obowiązku.
Ale czy pracownik w takiej sytuacji może coś zrobić? Mógłby, gdyby się odważył. Tylko czy ktoś się na to zdecyduje? Bo oznacza to nie tylko wyłamanie się z zespołu, który dobrze funkcjonuje w tym bezpiecznym schemacie, ale co gorsza zburzenie bytu wykreowanego przez kadrę zarządzającą. A czy może być lepszy samobój niż podważenie zdania przełożonego, niż zburzenie jego świętej koncepcji.
Przyznaję, że dla mnie prośba o podwyżkę była czynem nie tyle heroicznym, co krępującym. Wymagało to pewnej odwagi. Nie przygotowywałam się do tego tygodniami, po prostu zaistniał szereg zdarzeń, który utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę liczyć na siebie. Ale było warto pokonać wstyd.
Dla mnie odwaga, zarówno w życiu, jak i w pracy to również umiejętność przyznania się do błędów, do własnych słabości. Naprawienie tego, co się popsuło. I takiej odwagi nam wszystkim życzę.
Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku