Czego się boi dziewczyna, gdy staje się kobietą?

"Jestem sobą i obawiam się, że przyszłość zmusi mnie do bycia kimś innym" - pisze nasza Czytelniczka. I prosi o rady lub słowa otuchy. Bo trochę się obawia paru "drobiazgów"...

List ten piszę drżącymi palcami, mając w pamięci groźne komentarze o tym, że "ten portal to nie poradnia" (+ miłosiernie zostawiony numer do psychologa), "że nikogo twoje problemy, droga panno desperatko, nie interesują" , "że, generalnie, przynudzasz" , a, jak powszechnie wiadomo, w dzisiejszych czasach nawet instrukcja obsługi zmywarki powinna mieć wartką akcję. Narażam się na atak swoim utyskiwaniem dodatkowo z racji tego, że 19-letnia smarkula ze mnie, niedoświadczona, wiedząca, że nic nie wie. Ale właśnie ten fakt niejako skłonił mnie do podzielenia się tutaj swoimi troskami i lękami, które niewątpliwie i Wam, drogie panie, towarzyszyły u progu wejścia w dorosłość.

Boję się, że bycie kobietą mnie przerośnie i pozostanę dziewczynką, tylko z większym tyłkiem.

Nie przeraża mnie to, że będę musiała sama kompletować skarpetki, że brudne naczynia pozostaną brudne, póki ich nie umyję... Nie, cholernie boję się, że nie poradzę sobie z "kompletowaniem" ludzi i całym brudem współczesnego świata, którego wiem, że nie wyczyszczę. Że ta plugawa rzeczywistość, w której trzeba mieć hollywoodzki uśmiech i stalowe zęby, mnie pogryzie i wypluje. Że z wyścigu szczurów, do którego zostałam zgłoszona wbrew własnej woli, odpadnę w przedbiegach, a mimo wszystko nie lubię przegrywać. Że prąd merkantylizmu mnie porwie i stanę się jedną z tych, którymi teraz, może z racji niedoświadczenia, pogardzam. Że nie będę wiedziała, kiedy iść na kompromis, kiedy upierać się jak osioł przy swoim, tupiąc nóżką, a kiedy wywiesić białą flagę. Że moja szczeniacka wrażliwość gdzieś się ulotni pod wpływem żałosnego "a kogo JA obchodzę". Że upadek górnej młodości będzie zbyt szybki i bez najmniejszej asekuracji, by raptownie wejść w wiek klęski. Że bycie kobietą mnie przerośnie i pozostanę dziewczynką, tylko z większym tyłkiem. Ba, że byciu człowiekiem nie podołam, skapituluję, zostanę ludożercą łypiącym na pana pytającego "czy można" w tramwaju.

Jestem sobą i obawiam się, że przyszłość zmusi mnie do bycia kimś innym.

Wiem, że na swoją przyszłość pracuję nie od chwili, kiedy mogę pokazać z satysfakcją kasjerce dowód przy kupowaniu taniego wina. Zdaję sobie sprawę, iż stanowi ona wypadkową tak wielu, tak różnych czynników, tak ode mnie niezależnych i niejednokrotnie tak irracjonalnych, że nie sposób ujawniać jakieś profetyczne zdolności. I nie mam tu na myśli przyszłości jako posiadania, tylko bycia.

Nie jestem nieporadną ofiarą losu, zaszywającą się przed wszystkimi i wszystkim w swoim bezpiecznym łóżku pod puchową kołdrą, roztaczającą aurę niepewności. Nie jestem też przebojową królową balu, będącą doskonałą akwizytorką własnej, błyszczącej osoby. Jestem sobą i obawiam się, że przyszłość zmusi mnie do bycia kimś innym. Nie chodzi mi o ewolucję własnej osobowości, naturalne, powolne dojrzewanie, ale błyskawiczną degradację tego, co sprawia, że hipokryzja mnie nie dotyka. Nie chcę wznosić się na wyżyny patosu, Weltschmerz zrodził się na długo, zanim nawet Wy, stare wyjadaczki, zjawiłyście się w planach szacownych rodziców, problemy przeze mnie poruszone żadnym novum nie są, ale chciałabym prosić nawet nie o jakieś rady, tylko słowa otuchy, a może i brutalne sprowadzenie nastoletniej naiwniaczki na ziemię.

Michalina

Więcej o: