Wchodzę do niewielkiego pokoju z jednym średniej wielkości oknem. Widok typowo łódzki – osiedle bloków, ruchliwa ulica, kilka wysokich drzew, bez liści – taka pora roku. Białe zasłony są odsłonięte.
Od razu czuć, że mieszka tam dziecko. Na parapecie stoi mała lampka nocna, obok niej figurka świętego Mikołaja. Po drugiej stronie zamknięte pudełko wypełnione – jak się zaraz dowiem – zabawkami. Pod ścianą malutkie krzesełko i mały stoliczek. Na nim – kalendarz adwentowy z samochodzikami zamiast czekoladek. Po prawej stronie – półka z książeczkami, wśród nich najwięcej tych o pojazdach. Na jednej ze ścian – jasnobłękitna tapeta w niebieskie i żółte chmurki. Pod nią – dwa łóżeczka, ale tylko jedno zajęte. Na zdobnej, drewnianej tabliczce wiszącej na barierce znajduje się data urodzenia i imię chłopca. "Staś".
Tak, tutaj mieszka dziecko. Wszystko się zgadza. Tylko że nic się nie zgadza.
Pokój Stasia nie znajduje się w domu rodzinnym, ale w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym Tuli Luli w Łodzi, prowadzonym przez fundację Gajusz. A Stasia na rękach trzyma nie mama, ale zatrudniona tam opiekunka.
Opuszczony
Wiadomo o nim niewiele. Urodził się w województwie zachodniopomorskim. Rodzice zostawili go w szpitalu tuż po urodzeniu, w sierpniu 2024 roku. Dlaczego? Nie wiadomo. Jak jednak tłumaczy Aleksandra Marciniak, rzeczniczka prasowa Fundacji Gajusz, organizacji, która od 2016 roku przyjęła pod swoje skrzydła już ponad 200 opuszczonych niemowlaków, nigdy nie ma jednej przyczyny.
– Nasze doświadczenie pokazuje, że rodzicami, którzy zostawiają dzieci w szpitalu, są często osoby wychowane w domach dziecka, które same nie miały zdrowej, kochającej rodziny i nie wiedzą, jak taką stworzyć. Wielokrotnie to osoby niewydolne, skrajnie samotne, bez żadnego wsparcia, w grę wchodzą różnego rodzaju uzależnienia lub problemy psychiczne. To zawsze jest dramatyczna historia – zaznacza i dodaje: – Nigdy też tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o biedę. Szczęśliwi, zdrowi ludzie nie rezygnują z wychowywania dziecka, nawet jeśli mają bardzo trudną sytuację finansową.
Przez kolejnych sześć tygodni – zgodnie z prawem tyle czasu mają rodzice na cofnięcie decyzji o zrzeczeniu się praw do dziecka – rodzice Stasia się nie odezwali. I tak już zostało. Chłopiec przez cztery miesiące mieszkał w szpitalu.
– To nie jest standardowa procedura. Dziecko jak najszybciej powinno trafić do rodziny zastępczej lub pogotowia opiekuńczego. Ale w całej Polsce, nie tylko w miejscu urodzenia Stasia, brakuje rodzin, które mogłyby przyjąć do siebie dzieci, tym bardziej, że liczba tych pozostawianych w szpitalach od razu po porodzie rośnie – tłumaczy rzeczniczka Gajusza. W 2024 roku było takich maluchów ponad 800 (jedno na 300 dzieci). To o 20 proc. więcej niż w 2023 roku. – Chłopiec stał się ofiarą tej sytuacji. Po czterech miesiącach tamtejszy ośrodek pomocy społecznej zaczął szukać innych rozwiązań – i trafił do nas – opowiada Aleksandra Marciniak.
Historia dziecka ma ogromne znaczenie w dalszym procesie prowadzącym do adopcji. Istotne są nie tylko problemy, z jakimi borykali się rodzice biologiczni, przebieg ciąży, ale również np. historia chorób genetycznych. Dlatego fundacja zawsze próbuje dotrzeć do rodziców, również z nadzieją, że być może uda się pomóc rodzinie i doprowadzić do połączenia się jej z dzieckiem – w Gajuszu tak było 14 razy.
W przypadku Stasia próby kontaktu z rodzicami biologicznymi spełzły na niczym. Wiadomo więc tylko, że w trakcie ciąży matka mogła spożywać alkohol.
Negocjator o błękitnych oczach
Drobny blondynek o delikatnych włoskach i wielkich błękitnych oczach siedzi na kolanach Karoliny – jednej z trzech przypisanych do niego opiekunek pracujących w Tuli Luli. To jego ulubiona ciocia – to na jej widok cieszy się najbardziej.
Gdy ja wchodzę do pokoju, na jego twarzy również pojawia się uśmiech, a w oczach widać zainteresowanie. Nie jest przestraszony ani zaniepokojony. Choć trzyma się blisko Karoliny – nie podchodzi bliżej niż na wyciągnięcie swojej małej rączki – gestem zaprasza do zabawy. Na środku pokoju stoi jego ostatnio ulubiona zabawka – Arka Noego z wydającymi odgłosy zwierzątkami. Siadamy we troje – Staś, Karolina i ja – na podłodze i zaczynamy się bawić.
– To naprawdę duże osiągnięcie, że nie jest bardzo zdystansowany do nowych osób, biorąc pod uwagę jego doświadczenia. Kiedy do nas trafił, był mocno pobudzony, niepewny, przestraszony. Zestresowany. Sporo krzyczał, bał się. Trudno było go uspokoić. Potrzebował wielu godzin ćwiczeń z fizjoterapeutą, żeby jego ciało się rozluźniło, a napięcie zeszło – wspomina Karolina.
Z czasem się to udało, a Staś zaczął czuć się w Tuli Luli coraz pewniej i rozwijać coraz lepiej. Jest pod stałą opieką psychologa, logopedy, fizjoterapeuty i każdy specjalista twierdzi, że w niczym nie odbiega od swoich rówieśników, nie stwierdzono u niego również FAS [alkoholowy zespół płodowy - red.]. Wszystko go ciekawi – zagląda do każdego pokoju, kiedy tylko dostrzeże uchylone drzwi i usłyszy gaworzącego malucha, próbuje bawić się z innymi dziećmi, jest wobec nich opiekuńczy – gdy któreś z nich płacze, biegnie ze smoczkiem i głaszcze je po główce. Biega, zamiast chodzić, odkąd się tego nauczył i jest smakoszem chrupek kukurydzianych, o które toczy niestrudzone negocjacje z ciociami. Uwielbia obserwować samochody i tramwaje – co chwilę prosi, żeby podsadzić go na parapet, z którego może to robić. Cieszy się na każde wyjście na dwór. Jego ulubione zabawy? Budowanie i niszczenie wieży, czytanie książeczek o autkach, malowanie i wspinanie. Jest bardzo komunikatywny – wszystko rozumie i pokazuje, sygnalizuje, kiedy jest głodny i kiedy chce mu się spać. Próbuje też mówić i powtarzać słowa, które usłyszy.
Jeszcze nie próbował wypowiedzieć słowa "mama".
W oczekiwaniu
Oprócz zapewnienia dziecku opieki specjalistów – jeśli wymaga tego sytuacja, najważniejsze dla pracowników Tuli Luli jest sprawienie, aby dziecko odzyskało poczucie bezpieczeństwa. To dlatego do każdego malucha przypisanych jest tylko troje opiekunów, pracujących na dwunastogodzinne zmiany, każdy z nich uczony jest podnoszenia dzieci w ten sam sposób, zachowywana jest rutyna dnia, a przede wszystkim – maluchom okazywane jest maksimum czułości, bliskości, ciepła i cierpliwości. Pracownicy żartobliwe mówią, że w Tuli Luli "rozpuszczają dzieci jak dziadowski bicz" – i że to najważniejsza zasada.
Jednak mimo ich największych starań, ośrodek nie zastąpi domu.
Kiedy chłopiec trafił do Tuli Luli, interwencyjny ośrodek preadopcyjny natychmiast po uregulowaniu sytuacji prawnej zgłosił go do Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjnego w Łodzi. Ten od lutego 2025 roku szukał odpowiedniej rodziny – bezskutecznie.
Dyrektor ośrodka adopcyjnego Magdalena Lesiak ze względu na przepisy, które regulują pracę ośrodka i dobro dziecka odmówiła rozmowy na temat sprawy Stasia, mimo uzyskanej przeze mnie zgody od opiekuna prawnego. Zapewnia jednak, że ośrodek dla każdego zgłoszonego do adopcji dziecka, robi wszystko, aby znaleźć nowy kochający dom. Zaznacza też, że dla dzieci, które są w bazie dzieci potrzebujących rodziców, w każdej chwili może pojawić się ktoś, kto będzie gotowy je przyjąć.
– Jako ośrodki adopcyjne możemy dokonywać wyboru rodziny dla dziecka tylko spośród tych rodzin, które ukończyły wszystkie szkolenia i uzyskały pozytywną opinie kwalifikacyjną. Jest ich zawsze mniej niż potrzebujących dzieci. Często musimy wybierać z zaledwie kilkunastu par. Każda z nich określa, na jakie dziecko są gotowi – opowiada. Dodaje: – Bardzo często potencjalni rodzice obawiają się przyjmować dzieci z nieznaną historią, obarczonych ryzykiem FAS, chorób psychicznych lub takich, których matki zażywały narkotyki lub miały w ciąży wiele stresu, bo np. były ofiarami przemocy domowej. Nie możemy nikomu "wcisnąć" dziecka, którego ktoś nie chce przyjąć. Jednocześnie to nie jest loteria czy sklep – dzieci, którym szukamy domu, są, jakie są, często skrzywdzone, po przejściach, zawsze obarczone jakąś traumą. Ich historia niejednokrotnie budzi w potencjalnych rodzicach lęk, bo to oni będą musieli potem sobie z konsekwencjami radzić.
Dodaje, że ich decyzja o przyjęciu konkretnego dziecka musi być świadoma i przemyślana, nie mogą kierować się tylko emocjami, ale i oceną swoich możliwości, aby zaspokajać potrzeby konkretnego dziecka – dlatego ośrodek przedstawia przyszłym rodzicom całą dokumentację dziecka – medyczną, rodzinną i prawną.
Jak podkreśla, zdarza się, że pracownicy ośrodków adopcyjnych proponują kandydatom dzieci, które nie do końca odpowiadają ich oczekiwaniom czy gotowości, prosząc, aby rozważyli sytuację. Czasem mówią "tak", a czasem – "nie".
- Jeśli wśród naszych kandydatów nie znajdujemy potencjalnych rodziców, zgłaszamy dziecko do tzw. banku dzieci. Wtedy wszystkie 59 ośrodków w Polsce wie o jego istnieniu. I na tym też nie poprzestajemy, wielokrotnie kontaktujemy się bezpośrednio i sprawdzamy, czy jest ktoś, kto mógłby dać dziecku dom. A sytuacja jest dynamiczna – bo co jakiś czas pojawiają się nowi kandydaci. Fakt jest jednak taki, że jest ich nieustannie za mało.
Kryzys trwa
W całym kraju sytuacja jest zła. Jak mówiła dla PAP wiceministra rodziny Aleksandra Gajewska, Na koniec 2024 roku dzieci mających uregulowaną sytuację prawną, gotowych do adopcji było nieco ponad 2300. Większość z nich miała od 5 do 14 lat. Rodzin czekających na dziecko było niecałe 900.
I najczęściej chciałyby przyjąć do siebie maluszka.
Z czego wynika ten kryzys? Magdalena Lesiak widzi kilka przyczyn. – Po pierwsze, mniej zawieranych małżeństw, a adoptować wspólnie mogą małżonkowie. Po drugie, coraz częściej ludzie odkładają rodzicielstwo w czasie albo w ogóle z niego rezygnują. Po trzecie, postęp medycyny. Osoby, które nie mogą mieć własnych dzieci, częściej wybierają procedurę in vitro. Większy jest też dostęp do informacji, więc wiedza o tym, z jakimi trudnościami wiąże się wychowywanie dziecka zaadoptowanego, jest coraz bardziej powszechna – analizuje.
Rozwiązaniem dla braku rodzin adopcyjnych mogłyby być rodziny zastępcze – dziecko może w takiej przebywać do 18., a jeśli kontynuuje naukę nawet do 24. roku życia – ale i tutaj statystyki są dramatyczne. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2024 roku w pieczy zastępczej przebywało 77,3 tys. dzieci (o 2,6 proc. więcej niż rok wcześniej), z tego 59,8 tys. w pieczy rodzinnej oraz 17,5 tys. w pieczy instytucjonalnej. Rodzin zastępczych (zawodowych i niezawodowych) było 37 441. To niemal o połowę mniej niż dzieci wymagających wsparcia.
W przypadku Stasia jednak, odkąd ten zamieszkał w Tuli Luli, tak naprawdę nie było to rozwiązanie – do tej pory – brane pod uwagę.
- Szukanie rodziny zastępczej jest poza kompetencjami ośrodka adopcyjnego, a łódzki MOPS nie może tego robić, bo chłopiec nie pochodzi z naszego województwa – zaznacza Aleksandra Marciniak. – My tymczasem byliśmy pewni, że rodzina adopcyjna dla niego szybko się znajdzie, bo jest mały i rozwija się bez problemów. Okazało się jednak inaczej.
Pospolite ruszenie
Kiedy Staś skończył rok, sprawa stała się bardzo pilna – to granica wieku, do której dziecko może przebywać w ośrodku preadopcyjnym. Potem, jeśli nie znajdzie się rodzina, powinien zostać przeniesiony do domu dziecka.
- Jednak w fundacji robimy wszystko, żeby nasze dzieci nie trafiały do placówek opiekuńczych. Prowadzimy Tuli Luli od ponad 9 lat i jeszcze nigdy nie było konieczności angażować placówki. Wystaraliśmy się o odpowiednie zgody i chłopiec może z nami zostać. W teorii, do momentu znalezienia dla niego rodziny, ale nie może to trwać wiecznie. Po pierwsze, Tuli Luli nie jest na dobrą sprawę przystosowane do opiekowania się dziećmi w tym wieku. Po drugie, i to jest najważniejsze, choćbyśmy wszyscy stawali na głowie, każdy dzień tutaj to dzień bez mamy i taty. A tego teraz Staś najbardziej potrzebuje – tłumaczy Aleksandra Marciniak.
Ośrodek adopcyjny zgłosił Stasia do adopcji zagranicznej. Procedury są jednak tak długotrwałe, że z tego pomysłu zrezygnowano - bo liczy się czas. Fundacja Gajusz zaczęła więc szukać dla niego rodziny na własną rękę – docelowej, czyli takiej, w której pozostanie do dorosłości, żeby uniknąć kolejnego zerwania więzi i kolejnej traumy. Na początek poprzez post na Facebooku. Odzew był duży – zgłosiło się około stu rodzin.
- Z naszego doświadczenia wynika, że to bardzo dobry wynik, ale nie mamy żadnej gwarancji, że wśród tych osób znajdzie się rodzina dla Stasia – tłumaczy Aleksandra Marciniak. Dlatego zachęca, aby zgłaszali się kolejni kandydaci – zwłaszcza tacy, którzy mają w sobie gotowość przyjęcia nie tylko Stasia, ale również zaopiekowania się innymi potrzebującymi dziećmi.
W nowym domu
Z rodzinami i osobami, które zgłaszają chęć przyjęcia do swojego domu chłopca, będzie się kontaktować ośrodek Tuli Luli.
– Żeby zweryfikować, czy są wśród nich rodziny gotowe do adopcji, zastępcze, czy takie, które dopiero chcą przystąpić do szkoleń, a także aby omówić sytuację chłopca. Zwykle połowa chętnych odpada już na tym etapie. Z tych, którzy zostaną, wybierzemy kandydatów, którzy będą mieli według nas predyspozycje, żeby zostać rodziną dla Stasia. Oni przejdą wstępną weryfikację m.in. naszych psychologów. Potem przekażemy sprawę odpowiednim instytucjom.
Na co, oprócz koniecznej ścieżki formalnej, potencjalni nowi rodzice chłopca muszą być gotowi?
- Trzeba raczej za nim biegać niż chodzić – śmieje się Karolina. – Łatwo się przebodźcowuje, dlatego nie można z nim od razu pojechać do supermarketu czy sali zabaw, trzeba go powoli do takich sytuacji przystosowywać. Zwykle przesypia noce, choć zdarza się, że się budzi i potrzebuje butelki lub przytulenia, żeby się wyciszyć. Zasypia na rękach. I ma zdecydowany charakter, wie czego chce i konsekwentnie do tego dąży – opowiada.
Ale to nie wszystko.
- Wydaje się, że Staś mimo swojej trudnej sytuacji świetnie sobie radzi, trzeba jednak pamiętać, że to dziecko z traumą opuszczenia przez rodziców. To może – choć nie musi – w którymś momencie się ujawnić, zwłaszcza w okresie dojrzewania. Warto więc byłoby zapewnić chłopcu wsparcie psychologiczne – dodaje Aleksandra Marciniak.
Gotowy na miłość
Staś ma już dość zabawy na podłodzie. Namawia – po raz kolejny podczas naszego spotkania – ciocię Karolinę, żeby pokazała mu tramwaje i samochody za oknem. Wstają razem, kobieta bierze go na ręce i pozwala mu stanąć na parapecie, cały czas go asekurując. Chłopiec wskazuje rączką na przejeżdżające w oddali pojazdy i mówi coś po swojemu.
- Tak, widziałam, samochody straży pożarnej! Ile ich tam było! – mówi do chłopca Karolina. – Staszek jest naszym najstarszym Tulisiem. Potrzebuje już zupełnie innej opieki i innych bodźców niż moich dwóch pozostałych podopiecznych, którzy mają 8 i 10 miesięcy. Mamy wyjątkową więź i będzie mi go brakowało, ale on już powinien być gdzie indziej – zaznacza. I znów mówi do chłopca: – Ale to się niedługo zmieni, Stasiu. Obiecuję ci to. Obiecuję.
Chciałbyś/chciałabyś pomóc Stasiowi i stworzyć dla niego rodzinę zastępczą/adopcyjną? Wyślij mail na adres: rodzinazastepcza@gajusz.org.pl. W wiadomości należy podać numer telefonu.
Jeżeli masz w sobie gotowość na zostanie rodziną adopcyjną – zgłoś się do ośrodka adopcyjnego. Jeśli chcesz zostać rodziną zastępczą – udaj się do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie właściwego Twojemu miejscu zamieszkania.
Lena Gontarek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Pisze o tym, co ją porusza: dyskryminacji, wykluczeniu, relacjach międzyludzkich, a odkąd została mamą - również macierzyństwie i rodzicielstwie. Usłyszane historie najchętniej opowiada w formie reportaży i wywiadów. W życiu i pracy kieruje się zasadą szacunku dla każdego człowieka. Kontakt: magdalena.gontarek@grupagazeta.pl.