Wredne dziewczyny rządzą światem

Czasem drwicie, że zajmuję się tu "problemami pierwszego świata". Przyznaję - tak bywa. Nie ja jedna. Towarzyszy mi Bebe Walker, autorka bloga i książki "White Girl Problems". I cała armia bohaterek amerykańskiej popkultury, dla których największym życiowym dylematem jest wybór smaku porannego smoothie. Ta postawa zasługuje na pochwały? Niespecjalnie. Ale może na głęboką pogardę też nie?

"Może powinnam znaleźć pracę? Ale po co ludzie właściwie pracują? Czyżby już nikt nie cenił zalet czasu wolnego? Zastanawiam się, czy polubiłabym chodzenie do biura. Muszę zapytać Steve'a, mojego szamana..." - pisze Bebe Walker w wydanej dwa lata temu w Stanach i już kultowej książce "White Girl Problems" .

Dalej jest tylko lepiej. "Miałam być w biurze o ósmej. Ale dotarłam na Manhattan dopiero o 8:45. Okazuje się, że godzina szczytu to nie miejska legenda, jak zawsze sądziłam" , notuje dalej Bebe, alter ego autorki, córeczka bogatego tatusia, która nigdy nie zhańbiła się pracą, a dnie spędza na zakupach w domu towarowym Barney's. O sobie mówi, że nie ma wielkich wymagań. "Zjem wszystko pod warunkiem, że jest bezglutenowe, bez laktozy, z niewielką ilością węglowodanów, tłuszczy i kalorii, bez dodatku cukru i organiczne". Wypisz wymaluj White Girl - kapryśna, próżna, zepsuta. Ale czy skoncentrowanie na sobie z automatu wyklucza otwarcie na innych? Czy jeśli interesuję się moim smoothie, nie mam szansy zrozumieć problemów świata innego niż pierwszy?

Bebe nie jest pierwsza ani ostatnia w sztafecie wrednych dziewczyn, które przy okazji rozmów o byłych chłopakach, obecnych przyjaciółkach i ubraniach od projektantów, drażnią, irytują, wkurzają, ale i dają nam do myślenia. "Jakim cudem?", zapytacie. A takim, że nasza złość na White Girl Problems mówi więcej o nas i naszych frustracjach niż o samych White Girls.

 

White Girl - buńczuczna i znudzona jednocześnie - niepostrzeżenie wsiąka w popkulturę od dobrych dwudziestu lat. Dziewczyny o problemach mniejszych niż pomalowany najnowszym lakierem Chanel paznokieć, ale rozdętych do rozmiarów wszechświata, oglądamy w kinie i w telewizji co najmniej od czasów uprzywilejowanej ponad miarę Cher z "Clueless" , która miała w komputerze (przedpotopowym, dodajmy, bo rok był 1995) specjalny program, wymyślający jej stylizacje na każdy kolejny dzień. Z ubrań Calvina Kleina, J.Crew i Versace, oczywiście. Dziś w rolę Cher wciela się australijska raperka Iggy Azalea , która w dniu premiery filmu miała zaledwie pięć lat. Jej piosenka "Fancy" z teledyskiem, w którym "grają" charakterystyczne mini w szkocką kratę i szalone kapelusze godne Ascot, jest na pierwszym miejscu list przebojów. Iggy nie zawdzięcza tego tylko temu, że "najntisy" są na fali. Po prostu łatwiej nam przychodzi akceptacja tego, że dziewczyny, dla których od głodujących dzieci w Afryce ważniejsza jest ich własna bezglutenowa dieta, też mają prawo głosu.

Dzieciaki z "Bling Ring" kochały gwiazdy i drogie ciuchy tak bardzo, że zapomniały o tym, że kradzież jest karalna

Bliźniaczkami Cher są "wredne dziewczyny", czyli "Mean Girls" z filmu dla nastolatek, który niedawno hucznie świętował swoje dziesięciolecie. Wychowane na nim dzisiejsze trzydziestolatki, w tym ja, rytualnie obejrzały go po raz dziesiąty, recytując teksty w stylu: "W środę nosimy róż" albo "Nic na to nie poradzę, że jestem superpopularna" . "Wredne dziewczyny" nie tylko przestrzegają przed powierzchownością dziewczęcych przyjaźni, ale przede wszystkim są zjadliwą satyrą na #WhiteGirlProblems. Satyrą, która odsłania ciepłe, choć upupione oblicze, w puencie zaś wskazuje na to, że brak zaangażowania politycznego, społecznego, czy nawet plotkarskiego, to dobrodziejstwo. I najlepiej, żeby każdy pilnował swojego nosa.

"Wredne dziewczyny" oglądamy ku przestrodze. I żeby się głośno pośmiać.

Jeśli uważacie, że filmy dla nastolatków powinno się oglądać do matury i ani chwili dłużej, zwróćcie uwagę, jakie marudne są dziewczyny z "Dziewczyn" . "Mogłabym być narkomanką. Nawet nie wiecie, ile macie szczęścia" , wyrzuca z siebie Lena Dunham w pierwszym odcinku, zgłaszając do rodziców pretensje, że nie chcą jej już dłużej utrzymywać. Ani Hannah, ani Jessa, ani Marnie tak naprawdę nie muszą pracować. Z przekonania, z poczucia misji, dlatego, że są "artystkami" albo "hipiskami". Jasne, wielokrotnie pisało się, że "Dziewczyny" to "Seks w wielkim mieście" nowej generacji, bo nikogo już przecież nie stać na Louboutiny. Ale na narzekanie wciąż są środki. I dywagacje o tym, czy On napisze, czy nie napisze, albo w jakim second handzie można kupić najlepsze sukienki. Dziewczyny nie gadają przecież o Obamacare ani aneksji Krymu. Bo i po co? Nowy Jork to świat w pigułce. A żeby w nim przeżyć, wystarczy być cool .

#WhiteGirlProblems

Jaka jest więc ta White Girl? Bezproduktywna, a więc bezwartościowa? Zmanierowana, a więc niewrażliwa na problemy wszystkich poza przyjaciółmi z pierwszego świata? Chyba że zblazowana i znudzona, więc tym bardziej kreatywna? Może prawdziwy bunt jest możliwy tylko w łonie lekko zgnuśniałej wyższej klasy średniej? I może, jak już wybiorą te swoje smoothie, Białe Dziewczyny przekują swoją wredotę w rebelię?

Stawiam znaki zapytania, bo sama nie mam przekonania. Chciałabym wierzyć, że White Girls robią coś dobrego dla świata. Albo że kiedyś zrobią. Że przesyt i zmęczenie wygodną codziennością sprawią, że zaczną działać. Póki co, cieszę się, że tak mocno irytują. Sprawiają, że zaczynacie zastanawiać się nad własnymi frustracjami i kompleksami. Uważacie, że nie warto poświęcać uwagi ich małym problemikom? Wręcz przeciwnie!

Dlaczego? Bo Białe Dziewczyny mówią nam coś o pokryzysowych czasach. Głośno sprzeciwiają się deprecjonowaniu czasu wolnego. Wkurzając się na obowiązek pracy (absurdalnie mocno, rzecz jasna), uświadamiają nam, że często bezrefleksyjnie dajemy się wykorzystywać - robiąc szefom kawę, godząc się na zostawanie po godzinach, znosząc uciążliwy codzienny mobbing. Białe Dziewczyny mówią: dość. Kryzys kryzysem. Ale nie możemy dać się zwariować. Jeśli z dnia na dzień możemy stracić pracę, zastanówmy się, czy katowanie się jest aby produktywne. Postulując skupienie się na "małych szczęściach", Białe Dziewczyny nie zamykają się na "wielkie nieszczęścia". Realizują tylko jedno z podstawowych przykazań psychologii - że zmianę należy zacząć od siebie. Oby ukontentowane i szczęśliwe Białe Dziewczyny z większą siłą zabrały się za zmienianie świata.

A czy my - nieźle wykształcone Polki, które stać na Zarę, ale już nie na Valentino, zaliczamy się do tego potencjalnie wywrotowego siostrzeństwa? Chyba jesteśmy jeszcze niegotowe na rewolucję. Brakuje nam tego, co łączy Bebe, Hannę Horvath i Cher - autoironii. Która pozwala uzyskać perspektywę. Która sprawia, że doceniamy, jakie mamy szczęście, że urodziłyśmy się w tych rodzinach w tej części świata. Która otwiera nas na to, że gdzie indziej jest inne życie. I że jako beneficjentki systemu, mamy obowiązek zaangażowania. Nikt nam nie każe od razu jechać szczepić dzieci do Afryki. Pomóc możemy tutaj, na miejscu. Nawet w szpilkach od Jimmy'ego Choo. I ze świadomością własnego uprzywilejowania i lekkiej śmieszności. W końcu jedną z najważniejszych zdobyczy nowoczesności jest swoboda autokreacji. Póki postawa White Girl to konwencja, sposób na radzenie sobie ze światem i po prostu potrzeba ładnego życia, jesteśmy bezpieczne. Gorzej, jeśli same uwierzymy w rolę, którą gramy. Bo bez autoironii dziewczęce problemy pierwszego świata naprawdę ograniczają się do smoothie.

Książka "White Girl Problems" Bebe Walker: śmieszna i straszna

Więcej o: