Piździochy! Zjeżdzajcie z drogi!

Wybaczcie brzydkie słowo już w tytule. Śpieszę z wyjaśnieniem: jazda autem po mieście w pełni usprawiedliwia użycie wulgaryzmów. No proszę Was, kto nie klnie, gdy ma do czynienia z irytującymi (mały eufemizm) użytkownikami dróg?

Znacie to, prawda? Jedziecie autem, przed wami jedzie jakiś piździoszek. Może to być pan Stanisław, który kursuje tylko na trasie dom-kościół. Nie czuje się zbyt pewnie, ale nigdy się do tego nie przyzna, bo w latach 50. wszystkie lale na niego leciały, gdy podjeżdżał syrenką pod zakład pracy. Może to być pani Ewa, która panicznie boi się pojazdów mechanicznych, ale ma daleko do pracy, a torba z papierami ciężka, więc MUSI. Skręca tylko w prawo, bo w lewo się stresuje. Może to być także Andżelika, której bogaty narzeczony kupił wyczesaną brykę, gabaryty czołgu - tyle, że Andżelika nie bardzo sobie radzi z opanowaniem tak wielkiej maszyny, zwłaszcza, że podczas smsowania gubi się w tych wszystkich światełkach na desce rozdzielczej i... zdarza jej się przytrzeć trochę zderzak. (UWAGA - nie wspomnę tu słowem o taksówkarzach, bo to temat, który można długo i namiętnie wałkować, a - serio - to dla mnie zupełnie osobna kategoria, nawet nie śmiem wpisywać tego, co robią na drodze w kryteriach piździochowatości).

Ja wiem, każdemu się zdarza zrobić na drodze coś głupiego. Bywa, że jesteśmy przemęczeni, a trzeba przejechać przez całe miasto, z koncentracją bywa różnie. Wszystko wiem. I zupełnie się nie czepiam osób, które czasem popełnią jakieś drobne "nie-wiadomo-co" na drodze, bo to trochę jak z pisaniem - niby wszyscy umiemy, zasady pisowni znamy, a każdemu się zdarzy przynajmniej raz w życiu jakiegoś orto-babola strzelić - takiego z tych, co to tylko wejść pod biurko i udawać, że się nie istnieje.

Ale - błagam. Jeśli ktoś naprawdę nie czuje się na siłach, by prowadzić samochód, to może niech go... nie prowadzi? Dlaczego nie mamy wyrozumiałości dla osób, które usiadły za kółkiem po pijaku (a przynajmniej gorąco wierzę w to, że nie mamy!), a sami ledwo widząc na jedno oko wsiadamy i jedziemy, bo przecież to tylko kilka kilometrów? Tę samą niezwykłą logikę prezentują ci, co po trzech piwkach wracają parę przecznic do domu i niechcący wjeżdżają w latarnię.

Piździocha poznajemy po tym, że konsekwentnie jedzie jak piździoch: niepewnie, za wolno, bez sygnalizowania manewrów (bo są one tak spontaniczne, że nie sposób ich zasygnalizować), bez pomyślunku, że nie jest się jedynym użytkownikiem danej drogi. Że ktoś jedzie za, przed, obok. I wywijasek pod tytułem "o, jednak tu skręcę" niekoniecznie przejdzie bezboleśnie. Piździochowatość jest często spowodowana nadaktywnością symultaniczną: malowanie ust we wstecznym lusterku, wysyłanie smsów, szukanie czegoś w komórce czy wstukiwanie nazwy ulicy w nawigację - to doprawdy najbardziej niewinne grzeszki. Krew mnie zalewa, gdy widzę (i słyszę, z wyprzedzeniem, jak i reszta gawiedzi na drodze) zbliżającą się karetkę, która nie może się przebić przez kolumnę aut. Część kierowców robi, co należy, czyli zjeżdża z drogi. Część - tych z piździochowatych - stoi i czeka na magiczny zwrot wydarzeń. Grrr...

Niebezpieczne gendery na ulicach!Niebezpieczne gendery na ulicach! Niebezpieczne gendery na ulicach! Niebezpieczne dżendery na ulicach!

Rozwala mnie, gdy widzę auto policyjne, które zmienia pasy czy skręca sobie znienacka bez użycia kierunkowskazów. Bo co, nie wolno? No właśnie. Że znów odwołam się do pisowni języka polskiego - czy chcielibyśmy, by nasze dzieci uczyła pisać i czytać pani nauczycielka, która sama pisze "ktury"? Dlaczego zatem policja i służby miejskie czują się niejako zwolnione z przestrzegania przepisów, których strzegą? Tak, to jest na mojej długiej liście rzeczy, których po prostu nie rozumiem. I pewnie na niej zostanie.

Problem tkwi w tym, że jeżdżąc autkiem z "L" na dachu - nie uczymy się de facto jeździć, a jedynie zdać egzamin. Instruktorzy często mówią: tak się nie jeździ normalnie, w praktyce, ale na egzaminie musisz zrobić to i to. I wszystko super, jeśli ktoś ma smykałkę, lubi, dobrze się w aucie czuje - to sobie poradzi i wówczas nie ma większego dramatu. Ale jeśli ktoś MUSI jeździć, a się boi, zdał prawko, by zdać, nie lubi, nie potrafi, nie kuma, nie ogarnia znaków poziomych, pionowych, siebie samego, a co tu mówić o innych użytkownikach dróg? No to dramat jest.

W moim wspaniałym wyobrażonym świecie ludzie po roku od zdania prawka, zdawaliby egzamin na umiejętność jeżdżenia. Musieliby się na przykład wykazać umiejętnością stawania W LINIACH na parkingach (parkowanie to zupełnie inny temat - jak można mini autkiem zająć dwa miejsca parkingowe?!), czy umiejętnością płynnej jazdy, zmieniania pasów, sygnalizowania manewrów. Okazałoby się wówczas, że połowa z dzisiejszych użytkowników dróg przesiadałaby się do środków transportu miejskiego... (To jest wspaniały wyobrażony świat, w tym realnym zostałaby na drogach jakaś jedna piąta).

sadistic.plsadistic.pl sadistic.pl Trudna sztuka - jak zapiąć suwak? / sadistic.pl

Na koniec pragnę pozdrowić serdecznie wszystkich, którzy mi napiszą, że sama jeździć nie umiem i mogę sobie zamiast tego pobiegać. Otóż umiem. Umiem zrobić nawet kopertę w miejscu, w które nie wjedzie większość moich "świetnie przecież jeżdżących, wszak to samce są" kolegów. Ale ja jestem nudnym kierowcą. Przestrzegam przepisów, nie piszę smsów podczas jazdy, nie podnoszę ciśnienia tym, co jadą za mną, przede mną czy obok. Ale jestem babą, a baby jak wiadomo nie potrafią prowadzić pojazdów mechanicznych. Może dlatego tak bolesne jest, gdy jadę za piździochem, czule go od piździchów wyzywam, myśląc w głębi duszy, że to ta biedna pani Ewa, że powinnam być wyrozumiała... A potem się okazuje, że to całkiem trzydziestoletni facet. Auć.

Jak mówi Louis - chciałabym wierzyć, że jestem miłą osobą...

 
Więcej o: