Yuccie - nowy (lepszy!) hipster

Kim są? To młodzi, twórczy mieszkańcy miast, mały wycinek generacji millenialsów (urodzonych w latach 1980-2000). Dwudziestolatkowie wychowani w dobrobycie, wykształceni i przekonani o tym, że nie tylko powinni móc realizować swoje marzenia, ale w dodatku ktoś powinien im za to płacić.

Młodzi, wykształceni, kreatywni - yuccie (Fot. Nadja Tatar/Flickr.com/CC)Młodzi, wykształceni, kreatywni - yuccie (Fot. Nadja Tatar/Flickr.com/CC) Młodzi, wykształceni, kreatywni - yuccie (Fot. Nadja Tatar/Flickr.com/CC) Młodzi, wykształceni, kreatywni - yuccie (Fot. Nadja Tatar/Flickr.com /CC)

Nazwę ukuł pisarz David Infante w artykule dla Mashable . Yuccie (od Young Urban Creative, czyli Młodzi Miejscy Kreatywni) to według niego przedstawiciele uprzywilejowanej klasy średniej, wychowani na bogatych przedmieściach lub w dobrych dzielnicach wielkich miast, skupieni na sobie i swoich pragnieniach.

Autor, sam przyporządkowujący siebie do tej grupy, mówi o sobie tak:

"Jestem 26-letnim pisarzem żyjącym w podlegającej gentryfikacji okolicy na Brooklynie. Jestem białym heteroseksualnym mężczyzną z wąsem i rowerem. Mam wykształcenie humanistyczne i mam pojęcie o różnych rzeczach, ludzie".

Zdaniem Davida, nie ma dobrego określenia na jego i jemu podobnych. Nazywanie go hipsterem - tylko dlatego że ma wąs i rower - jest dla niego obraźliwe. Hipsterzy zajmują się "zamieszkiwaniem w opuszczonych stodołach na prowincji, albo są na odwyku", ewentualnie poddali się konsumpcjonizmowi, stali mainstreamem i sprzedali ideały. Z kolei yuppie pędzący za karierą i pieniędzmi to w ogóle inna bajka, a millenialsi (urodzeni w latach 1980-2000) to zbyt duża grupa, której zaledwie częścią jest yuccie , definiowany jako "inteligencja kreatywna" . Ci, którzy chcą robić to, co kochają, spełniać się i dostawać za to pieniądze.

Obrazowo - yuccie, to Mark Zuckerberg. Yuccie, to Lena Dunham.

Instagram.com/lenadunham

"To, że nazywany jestem hipsterem obraża mnie" - pisze David. On czuje się częścią grupy młodych i kreatywnych, niekoniecznie artystów. Yuccie to spece od mediów społecznościowych, potrafiący wykreować się na Instagramie, odpowiadający za kampanie w internecie, ludzie pracujący dla marek lajfstajlowych, młodzi projektanci, twórcy i nabywcy towarów nie pierwszej i drugiej, nawet nie dziesiątej potrzeby. Oni nie chcą tylko wzbogacić się jak najszybciej. Oni chcą wzbogacić się jak najszybciej zachowując twórczą niezależność (kto by nie chciał...).

Pracodawcę wybierają niekoniecznie według klucza "kto da więcej". Wybiorą niższe zarobki, jeżeli będą mieli poczucie, że ich praca ma sens. Zyski osobiste - jak rozwój, samorealizacja, zadowolenie z pracy i identyfikacja z celami pracodawcy mają dla nich kluczowe znaczenie. To często ludzie niepewni jutra, tyle że sami tę niepewność wybierający, rezygnujący z etatu na rzecz poczucia, że ktoś docenia ich niezwykłą inteligencję i talent. A gdy nie znajdą pracodawcy, który ich zalety doceni, szukają sposobu na zaczęcie własnego biznesu, nazywanego teraz "start-upem".

Bywa też, że rzucają doskonale rokujące stanowiska, żeby robić "coś swojego" - założyć mały prywatny browar, serwis rowerowy, kawiarnię, markę ciuchową, catering z organicznym jedzeniem. Wolą zarabiać mniej na swoich pomysłach, niż więcej realizując cudze. I - co z mojego punktu widzenia ciekawe - odcinają się od informacji i świata. To taki typ, który co tydzień kupi "New Yorkera" i czyta dużo książek, ale nie ma pojęcia o newsach, bo ma je w głębokim poważaniu. Yuccie nie chcą wychodzić na barykady, wolą ładnie, kreatywnie i wygodnie żyć.

Zarabianie to nie wszystko (Fot. Joel Bedford/Flickr.com/CC)Zarabianie to nie wszystko (Fot. Joel Bedford/Flickr.com/CC) Zarabianie to nie wszystko (Fot. Joel Bedford/Flickr.com/CC) Zarabianie to nie wszystko (Fot. Joel Bedford /Flickr.com/CC)

I jakoś (podejrzewam, że nie bez znacznego udziału rodziców) im to wychodzi. Oni, w odróżnieniu od hipsterów, nie kontestują dla zasady, chcą mieć opiekę medyczną i nie robią z przesiadywania w knajpach filozofii życiowej. Chcą odnosić sukcesy, ale na swoich zasadach. Uważają, że zasługują na to, by utrzymać się z "bycia sobą", co, generalnie, pasuje do opisu pokolenia dwudziestolatków. Tych, którym trzeba powtarzać, że są wartościowi, wyjątkowi i że to wspaniałe, że w ogóle chcą coś robić.

Także polskich, przynajmniej tak wynika z moich obserwacji i rozmów z ludźmi zajmującymi się rekrutacją. Jak opowiada znajomy z agencji reklamowej, normą już są rozmowy rekrutacyjne z dwudziestolatkami szukającymi pierwszej pracy, podczas których padają takie wymiany zdań:

- "Od kiedy mógłbyś do nas przyjść?"

- "To ty mi powiedz coś, żebym w ogóle chciał tu przychodzić".

Jak szczerze przyznaje David w swoim artykule, on sam wie, że takie podejście jest cyniczne i paskudne, nie jest też z niego jakoś szczególnie dumny, ale cóż - jest jaki jest, bo tak go wychowano i ma ten luksus, że może sobie na pielęgnowanie swojej wyjątkowości i gonienie za marzeniami pozwolić. Pozostaje tylko pozazdrościć?

Więcej o: