Dziecko - tornado domowe

Dzieciństwo widziane oczami dziecka i dorosłego różni się na wszystkich poziomach. Tam, gdzie mały człowiek wyczuwa przygodę, jego opiekun spodziewa się zagrożenia życia. Tam, gdzie dorosły chce sobie podciąć żyły (czytaj: piaskownica), dziecko raduje się pod niebiosa.

Różnice w postrzeganiu rzeczywistości są tak duże, że dopiero po latach zdajemy sobie sprawę, jak dokuczaliśmy naszym bliskim. Naprawdę należy im się wielki szacunek i wdzięczność za to, że opiekunowie nie porzucili nas w lesie, albo nie wymienili na lepszy model. Prawie każdy ma na swoim koncie jakiś "wybitny" wyskok, który jest do tej pory omawiany na rodzinnych zjazdach. I chociaż minęło już wiele lat, bliscy lubią nam od czasu do czasu o tym przypomnieć. Na różne sposoby.

screenscreen screen Fot. Cyanide ad Happines

Zacznę od siebie i od tego, że byłam podobno stosunkowo grzecznym berbeciem. Stosunkowo, bo jednak jakieś grzechy mam na sumieniu. Do najgłośniejszych wykroczeń mojego dzieciństwa należą pomalowane ściany w przedpokoju i zniszczenie kolekcji znaczków taty.

Gdzieś około trzeciego roku życia odkryłam w sobie Picassa i postanowiłam przyozdobić świeżo malowane ściany swoimi dziełami. Do tego projektu wykorzystałam świecowe chińskie kredki, bardzo dobre i trwałe, na tyle, że nie dały zmyć się z powierzchni ściany niczym. Moje dzieło nosiło nazwę COŚ i było połączeniem kresek i okręgów. Możliwe, że przemawiała przeze mnie kosmiczna siła i była to próba odtworzenia kręgów w zbożu. Z tego co pamiętam, rodzice nie zamalowali obrazu, ale przykryli go po prostu boazerią, tak modną w latach 80. XX wieku.

screen z Youtubescreen z Youtube screen z Youtube Inne COŚ (fot. shutterstock)

Druga zbrodnia przeciwko mieniu była zdecydowanie poważniejsza i wywołała u mojego ojca stan przedzawałowy. Jak się bowiem okazało, umiejętność czytania, którą posiadłam dość wcześnie, była zupełnie niewystarczająca.

Moi rodzice zbierali znaczki pocztowe i posiadali całkiem pokaźną kolekcję. Wśród tych zbiorów szczególne miejsce zajmowały znaczki z generałem Mirosławem Hermaszewskim , na których znajdował się autograf kosmonauty. Znaczki były ze sobą połączone w duży kwadrat, a przez środek przechodził podpis Hermaszewskiego. Uznałam, że skoro tych znaczków jest kilka, to nic się nie stanie jak wezmę sobie dwa albo trzy i wykorzystam je do celów prywatnych. Celem był list do kolegi, którego nigdy nie napisałam, ale kolekcję zniszczyłam.

Mirosław Hermaszewski, gdyby wiedział co uczyniłam znaczkom z jego autografem... (Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta)

Więcej przestępstw z użyciem bezmyślności moi rodzice nie pamiętają, więc może rzeczywiście nie byłam typem niszczycielki. Nie liczę obcinania lalkom włosów, wlewania w misie wody za pomocą strzykawek i innych takich, bo to wiadomo, eksperymenty naukowe były.

Zapytałam moich znajomych, czy pamiętają jakieś wyskoki z wczesnego dzieciństwa, po których opiekunowie dostali białej gorączki i walili głową w ścianę pytając się - w kogo to dziecko się wrodziło, bo przecież nie we mnie?!

Pierwsze miejsce należy do kolegi Marcina , którego zabawy na świeżym powietrzu w bagnach i w stogach siana o mało nie zostały przypłacone, a może lepiej - przepłacone - życiem. Kąpiel w bagnie była wynikiem ucieczki z domu po podpaleniu mebli.

Drugie miejsce przypadło pewnej doktor nauk medycznych, która od małego interesowała się ciałem i jego tajemnicami. Swoim lalkom malowała kręgosłupy, a na sobie testowała nietypowe smaki. Żywiła się kremem do golenia, radziecki budzik rozkręciła i kilka części postanowiła skonsumować, oczywiście na pewno ku uciesze swojej mamy. Z uwagi na fakt, że koleżanka jest bardzo pomocną osobą, postanowiła też pomóc mamie w porządkach i umyła całą łazienkę wazeliną.

Trzecie miejsce na podium należy do brata Red.nacz, którego w domu nazywano Inżynierem. Karol wykazywał duże zainteresowanie elektroniką, więc postanowił majstrować przy magnetofonie, który był podłączony do prądu. W wyniku eksperymentu coś poszło nie tak i nasz bohater wysadził korki w całym mieszkaniu. Nie zraziło go to jednak do dalszych odkryć i postanowił zobaczyć co się stanie, jak wepchnie mydło do aparatu. Wisienką na tym torcie jest zrzucenie komputera z parapetu, oczywiście również w celach naukowych.

Inne ciekawe wyczyny moich znajomych to:

Podgrzanie wody rybkom w akwarium. Koleżanka uważała, że rybkom może być zimno i chciała je dogrzać grzałką turystyczną. Dogrzała za zabój.

Kolega chciał sprawdzić czy wsadzenie pradziadkowi w oko zapałkę może coś spowodować. Spowodowało.

Zapastowanie białych zamszowych kozaczków z NRD całkiem dobrą radziecką czarną pastą do butów.

Wlanie morskiej wody do baku samochodu. Benzyna się skończyła i kochane dzieci chciały pomóc swoim rodzicom.

Wykończenie kredki do brwi pewnej francuskiej firmy. Działo się to w głębokim PRL-u, gdzie takie rarytasy jak kosmetyki, przechodziły z matki na córkę, albo wnuczkę. Ta ostatnia postanowiła namalować krajobraz w czerni.

To są oczywiście przykłady, które mogą się wam wydawać nierealne, gdyż, ponieważ, MOJE DZIECKO TAK NIE MA I JA TAK NIE ROBIŁAM/ROBIŁEM NIGDY . Teoretycznie, to bardzo ciekawe, ale tylko teoretycznie, bo praktycznie jeżeli byłeś superporządnym dzieckiem, jak pisarz Michał Zygmunt, to pewnie odwaliłaś/odwaliłeś coś jako nastolatek. Michał nauczył się czytać mając trzy lata i zamiast dokazywać na placu zabaw, oddawał się lekturze. Dopiero później stwierdził, że trzeba się zabawić i jego wyczyny doprowadziły mamusię do siwizny.

No, to jak tam z wami było? Rodzice zastanawiali się nad oddaniem was do czarownicy, czy chodzili i chwalili się wśród znajomych, a moje dziecko to taki aniołek, że ho ho?

Więcej o: