Mam w życiu niesamowite szczęście do kobiet . Tak się składa, że poznałam i zaprzyjaźniłam się z wieloma świetnymi dziewczynami. Są inteligentne, odważne, wysportowane, kreatywne i z poczuciem humoru. Pewnie dlatego, gdy trafiała się okazja, wyjeżdżałyśmy razem cieszyć się światem i życiem.
Pierwsze tego typu eskapady zaliczyłam pod koniec liceum - jeździłyśmy z koleżankami pod namioty mając do dyspozycji niewielki budżet i ogromne pokłady nastoletniego szaleństwa. Na studiach kontynuowałyśmy tę miłą tradycję. Ograniczone możliwości finansowe powodowały, że często podróżowałyśmy autostopem. Ahoj, przygodo! Wystarczyło, że któraś z nas rzucała pomysł: a może tak do Zakopca na trzy dni? Pogoda zapowiada się wyśmienicie, a Orla Perć jest taka piękna o tej porze roku. Albo wsiąść wieczorem do pociągu na Wschodnim, wysiąść rano w Zakopanem, wejść na Kościelec i wrócić z zakwasami i zapasem górskich endorfin na kilka tygodni .
Zamiast na zakupy wyskoczyłyśmy w góry /fot. Magda AcerPrzyznaję, że od kiedy jestem mamą, jeszcze bardziej takie wyjazdy celebruję i cieszę się dosłownie każdą ich chwilą . Normalnie carpe diem. Choć mimo najszczerszych chęci i wielu prób nie da się zapomnieć o rodzinie (zresztą, szczerze mówiąc, nie warto). Świadczą o tym między innymi tony prezentów z każdego wyjazdu. Próbowałyśmy wprowadzić zasadę, że jest zakaz gadania o dzieciach i mężach i ta, która ją złamie pije karną kolejkę. Po godzinie uznałyśmy jednak, że to bez sensu, bo byłybyśmy pijane przez cały wyjazd, a jednak zwiedzać też warto.
Ale to nie tak, że jesteśmy cały czas na rauszu /fot. Magda Acer Tu kupię coś mężowi /fot. Magda AcerTeraz, gdy jesteśmy starsze i mamy bardziej napięte grafiki planowanych wydarzeń, dochodzi jeszcze poczucie wolności i oderwania się od rutyny codziennego życia na orbicie: dzieci, praca, dom. Nie trzeba gotować obiadu, sprzątać, szykować kanapek do szkoły i prasować czegokolwiek, pilnować lekcji i palić papierosa w ukryciu przed dzieckiem.
Wspólne wyjazdy weryfikują prawdziwą przyjaźń . Jeśli wytrzymasz z przyjaciółką trzytygodniową wyprawę stopem pod namiot, fizyczne zmęczenie, humory, moknięcie w deszczu na wylotówce, dzielenie się ostatnią puszką pasztetu podlaskiego (cesarz wszelkich wypraw), to możesz być pewna, że to prawdziwa przyjaźń. Tak w każdym razie było w moim przypadku. Nocowanie w kosodrzewinie, rozbijanie namiotu w świetle latarki, ratowanie z miłosnego, wakacyjnego afektu, wspieranie się na szlaku, gdy teoretycznie nikt już nie miał siły iść ani jednego kroku dalej, to wszystko scala przyjaźń. Na dziewczynach, z którymi relacje sprawdzały się podczas wyjazdów, mogę zawsze polegać. Nawet jeśli nie widzimy się naprawdę długo, to pozostaje zawiązana więź, jakaś tajna nić porozumienia, która spaja bardzo mocno.
Na babskich wyjazdach bardzo ważne są trzy rzeczy: lojalność, doskonała organizacja (zwłaszcza w korzystaniu z łazienki) oraz cel wyjazdu . Wyobraźcie sobie taką sytuację: jest jedna łazienka i siedem kobiet. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to połączenie zwiastuje apokalipsę, że to niechybny foch i gotowy przepis na teatralne westchnięcia i wywracanie oczami. Tymczasem okazuje się, że rzeczy niemożliwe do wykonania w środku tygodnia o poranku - czyli prysznic i makijaż w 10 minut, stają się możliwe na babskim wyjeździe. Tak, to da się zrobić. Sprawnie.
Z kolei nasza lojalność wobec koleżanki, która nie mogła raz z nami pojechać objawiła się tym, że wysłałyśmy jej mnóstwo zdjęć prezentujących miasto, w którym bawiłyśmy jako odrażające, brudne i absolutnie nudne. Żeby nie było jej przykro. Ale tak na serio to ta lojalność polega na pilnowaniu się (zawsze w jednej z nas obudzi się pani przedszkolanka lub inna matka przełożona), która nie pozwoli koleżance na głupi wybryk, idiotyczny zakup za drogich butów, czy kolejnego drinka. I zawsze będzie mieć w torebce paczkę chusteczek, butelkę wody mineralnej, lek na kaca i ciepłe słowa.
Dobrze, że z nami nie pojechałaś, bo warunki mamy spartańskie /fot. Magda Acer Do Berlina jeździmy nie tylko ze względu na wyprzedaże, interesuje nas również kultura /fot. Magda AcerSpontaniczne wyjazdy pod tytułem wsiąść do pociągu byle jakiego mają wiele zalet, ten aspekt niespodzianki jest bardzo pociągający. Niemniej moim zdaniem ukierunkowanie jest lepsze. Jedziemy po to, żeby zwiedzać, pójść na wystawę, powspinać się, odetchnąć i zrelaksować. Ciekawiej jest jechać w jakimś konkretnym celu. I tak naprawdę nie jest ważne gdzie wyjeżdżasz, tylko z kim .
A kiedy wrócisz do swojego smutnego biura, to uśmiechniesz się na wspomnienie nóg obolałych po górskiej wędrówce /fot. Magda AcerMagda Acer