Czy ludzie pasożytują na sobie w internecie?

Internet zmienił nasze przyjaźnie na dobre i na złe. Łatwiej nam utrzymywać kontakty z koleżanką z podstawówki, która wyemigrowała do Australii, ale też łatwiej wykorzystywać ludzi. Nawet nieumyślnie.

Wpadłam dzisiaj rano na ulicu na koleżankę, której nie widziałam dłuższy czas. Miała na sobie nosidełko, a w środku dziecko. Zaskoczona zapytałam:

- Dziecko? Skąd masz dziecko?

- Urodziłam sobie. We wrześniu.

- Ale jak to? Nie było na Facebooku nic przecież!

Nie da się ukryć, że w ciągu zaledwie dwóch dekad internet zmienił zupełnie związki międzyludzkie, to jak je zawieramy i jak je podtrzymujemy. Jeszcze pod koniec lat 90. i na początku tego wieku próbowano nam wmówić, że są jakieś dwa światy - realny i wirtualny , ale w tej chwili zlały się one zupełnie w jedną analogowo-cyfrową rzeczywistość. Nasz wirtualny świat zajmuje w tej chwili tyle miejsca w naszych życiach, że albo musimy zacząć go nazywać realnym albo zaakceptować własną nierealność. Ja już w rodzinie mam ludzi z internetu.

Wirtualny świat zajmuje coraz więcej miejsca w naszych życiach. (pixabay.com CC0)

Ludzie, który kiedyś znaliśmy z podwórka, przeprowadzili się gdzieś daleko i teraz istnieją dla nas tylko w internecie. Inni, którzy najpierw byli internetowymi bytami wyłonili się z cyfrowej rzeczywistości i zostali na dobre. Według badań istnieje spora grupa ludzi, która w ogóle woli się komunikować z ludźmi przez internet.

Są tacy, którzy widzą w tym upadek człowieczeństwa i więzi międzyludzkich , ale tak samo powierzchowne kontakty można utrzymywać spotykając się dwa razy w tygodniu na piwo, rozmawiając o banałach, duszą będąc gdzieś indziej. Po prostu niektórym ludziom łatwiej wyrazić się pisemnie i w taki sposób potrafią się na rozmowie bardziej skupić. Można spekulować, że razem z naszymi ciałami pozbywamy się kompleksów, strachów i niepokojów. Stajemy się wydestylowanymi myślami, bytem internetowym . Pokusiłabym się nawet o konkluzję, że taki właśnie związek, myślowo-duchowy, jest najczystszym związkiem międzyludzkim.

Niemniej jednak występuje w znajomościach internetowych szczególny rodzaj patologii i pasożytnictwa emocjonalnego , który w wirtualnej rzeczywistości kwitnie bujnie jak mlecze na wiosnę.

Jest taki fenomen psychologiczny, nazywany efektem nieznajomych w pociągu . Zdarza się wtedy, gdy wsiadamy do pociągu (na przykład), wymieniamy z współpasażerem kilka zdawkowych uwag o opóźnieniach i niedziałającej klimatyzacji, a potem nagle, ni z tego ni z owego, opowiadamy tej osobie całe swoje życie, wszystkie sekrety, problemy i niedorzeczne pragnienia. Godzinę później wysiadamy, nie wymieniając żadnych danych kontaktowych z tym współpasażerem i zakładamy (lub może mamy nadzieję), że nigdy więcej go nie spotkamy, nie wiedząc do końca, co nas właściwie podkusiło do takiej szczerości.

Internetowe demony wychodzą nocą (pixabay.com CC0)

Takie sytuacje w "prawdziwym życiu" zdarzają się dość rzadko, bo musi zajść kilka okoliczności naraz, żeby w większości ludzi wyzwolić znienacka taką potrzebę zwierzeń. Internet za to, pełen jest nieznajomych, a i okoliczności do wyznań są bardziej sprzyjające , gdy siedzi się samemu na kanapie, wybija druga w nocy i opróżniony zostaje trzeci kieliszek wina.

Czasem nie jest to zupełne pasożytnictwo tylko symbioza , bo druga strona nie pozostaje dłużna. Kiedyś przez siedem miesięcy trwałam w intensywnej przyjaźni korespondencyjnej z dziewczyną z Indii, która przez ten okres przeszła od opowiadania mi o różnych kandydatach na męża, których prezentują jej rodzice do powolnego akceptowania swojej seksualności i w końcu wywołania olbrzymiego skandalu oznajmiając im, że jest lesbijką. Potem się zakochała i przestałyśmy rozmawiać.

Przepytałam wielu ludzi i niezbyt ochoczo, ale jednak przyznali się do okazjononalnego wykorzystywania "nieznajomych internetowych" w celach psychicznego oczyszczenia się. 'Internetowi nieznajomi' mają w dodatku tę zaletę, że są nieznajomymi wielokrotnego użytku , bo po tygodniach lub nawet miesiącach nadal są w gruncie rzeczy nieznajomymi i można wylewać na nich potoki emocjonalnych traum, i pytając o radę, tak naprawdę słuchać tylko własnego głosu. Wszystkich detali mojego bolesnego rozstania musiał wysłuchać jakiś Bogu ducha winny nowojorczyk, który popełnił ten głupi błąd, że skomentował coś na moim profilu, gdy w Wielkiej Brytanii była już druga w nocy.

W tych nocnych rozmowach tak naprawdę rzadko chodzi o poznanie tego drugiego człowieka, a częściej o wykorzystanie go jak ściany służącej do odbijania sobie własnych przemyśleń i problemów i wsparcia strukturalnego naszego ego. Ta druga osoba jest w 90% wytworem naszej wyobraźni zbudowanym na tych 10%, które udało nam się poznać. I ona też nie prowadzi rozmowy z nami, tylko z jakąś alternatywną wersją nas istniejącą w jej głowie. Mimo całonocnych zwierzeń, czasem trwających tygodniami, a w szczególnych sytuacjach miesiącami, znajomości takie kończą się często zupełnie niespodziewanie i bez żalu u zaangażowanych stron, gdy tylko przerobimy co mieliśmy do przerobienia, osiągniemy jakieś tam katharsis lub znajdziemy sobie jakąś świeżą ofiarę.

Nazwijcie mnie nihilistką moralną (już gorzej mnie nazywano w komentarzach, więc nie krępujcie się), ale nie umiem w żaden sposób potępić takiego zachowania. Może dlatego, że jestem pisarką i bardzo mi się przydają ludzie opowiadający bez skrępowania swoje życiowe historie. Właściwie to nie wiem kto tu na kim pasożytuje...

Zobacz wideo
Więcej o: