Strzeż się strzyżenia u Mistrza Daniela

Nasza Czytelniczka Julia z humorem i swadą opisała nam drobne zdarzenie ze swojego życia. Niby drobne, a jednak na swój sposób wstrząsające... Strzyżcie się z głową!

Zmienić chcę coś. Chrystusowe urodziny depczą mi już po dowodzie, warto na tym krzyżu swym choć dobrze wyglądać. Najprostszy sposób? Fryzjer! Odnowa na głowie, odnowa w głowie. Za takie hasło w agencji reklamowej, albo by mnie wywalili, nie kończąc zdania za co, albo dostałabym premię i wyjazd do Londynu na spotkanie z zarządem. Bo zarząd lubi znać kreatywnych osobiście, szczególnie takich, co im regularnie kabzę nabijają. A że w agencji reklamowej nie pracuję, to wylecieć mogłam najwyżej z domu spóźniona i starać się dojechać na miejsce na czas, wbrew korkom i innym czynnikom ode mnie niezależnym.

Kto z nas nie chciałby się znaleźć w rękach mistrza? Ja tak.

Ale zanim obrałam kierunek Wola, zrobiłam wywiad środowiskowy, do kogo by tu warto. Poleceni zostali mi Danielowie, statystycznie biorąc co drugi fryzjer to Daniel, a co półtora - to gej. Jak dla mnie może mieć dowolny kolor skóry, orientację, boa w domu czy kolekcję kałasznikowów w piwnicy - byle sprawił, abym poczuła się bosko. Z Danielów wybrałam Daniela. Inni dwaj fryzjerscy rekomendowani mężczyźni nie znaleźli dla mnie w grafiku czasu. Ich strata. O tym, do którego kierowałam się na swych czterech zielonych kółkach, dowiedziałam się, że jest mistrzem! Kto z nas nie chciałby się znaleźć w rękach mistrza? Ja tak. Nie wiedziałam za bardzo pod jaką postacią sobie go wyobrażać. O siwą brodę i przenikliwe mądre oczy go nie podejrzewałam, ale na giętkie palce stanowczo się nastawiałam.

Na miejsce dotarłam na minutę przed czasem. Idealnie skrojony kwadrat parkingowy czekał na mnie, tak jak go sobie wyafirmowałam, tuż przy klatce, obok bardzo ruchliwej ulicy, na której "nigdy nie ma gdzie stanąć". Ucieszyłam się, że ten skrawek na samochód udało mi się wyczarować w oderwaniu od ogólnego stanu psychofizycznego, a mianowicie potężnego wkurwu i rozgoryczenia. Dwa dni wcześniej dostałam kosza i to z bardzo marnej jakości wikliny. Mimo to, nie udawało mi się przejść nad nim do porządku dziennego i napięcie w moim ciele odznaczało się niczym biceps pod za ciasną koszulką.

Mistrz na dzień dobry odmeldował się na papierosa, a ja znalazłam się w pulchnych dłoniach jednej z pracownic.

Po wejściu do salonu zobaczyłam naręcze młodych dziewoj i mistrza. Wysoki, cały wytatuowany na przedramionach, niebieskooki chłopak, pewnie młodszy ode mnie. Mimo warunków nie zrobił na mnie specjalnie wrażenia. Dziewoje w wielkiej przewadze liczbowej, miały obłe kształty i posuwiste ruchy i zupełnie nie wpisywały się w utarte wyobrażenie o zrobionych, wytipsowanych lachonach, jakie najczęściej spotyka się w salonach fryzjerskich. Mistrz na dzień dobry odmeldował się na papierosa, a ja znalazłam się w pulchnych dłoniach jednej z pracownic. Dokładnie umyła mi głowę, po czym zaprowadziła na fotel znajdujący się na środku całego przybytku, niczym zawieszony w przestrzeni na kurzej nóżce. Przede mną, zamiast powszechnie przyjętego rekwizytu pt. lustro, nie znajdowało się nic, a w odległości ok. 2 metrów wisiała spora plazma, na której konwulsyjnie skakał obraz MTV. Te hopki i wygibasy może byłyby jeszcze do przyjęcia, gdyby nie fakt, że fonia pochodziła z radia. Doznawszy wizualno-audialnego rozdźwięku rzeczywistości, zdecydowałam się utkwić wzrok w nieruchomej, białej posadzce.

Oznajmiłam, że nie chcę ścinać włosów, za to chętnie bym odświeżyła wizerunek.

Mistrz Daniel, oddający się tytoniowemu nałogowi, jak wyszedł, tak nie wracał. Jedna z dziewczyn kuleczek podpięła mi włosy spinkami i jak ta szmaciana lalka trwałam w zawieszonym oczekiwaniu. Stopy dyndały mi w powietrzu, na wywindowanym ku sufitowi fotelu. Wrócił. Usiadł na krześle na kółkach za mną i zza moich pleców zapytał: "to co robimy?" Nie za bardzo rozumiałam czy nie złapałam konwencji rozmawiania tyłem czy to jest zachowanie ogólno-fryzjersko-przyjęte. Odpychając się z trudem palcami od podłogi udało mi się zając pozycję półbokiem i otrzeć wzrokiem o twarz człowieka, który dzierżył w dłoni ostre narzędzie. Mistrz pozostał nieporuszony i nie przyrolował krzesła, aby wyjść naprzeciw mojemu pytającemu spojrzeniu. Nadal trzymał się na bezpiecznej pozycji po przeciwnej stronie moich oczu, tuż przy potylicy, ale słuchał. Oznajmiłam, że nie chcę ścinać włosów, że długie lubię i ich nie oddam, za to chętnie bym odświeżyła wizerunek. Padła błyskawiczna sugestia niczym błysk nożyczek w świetle sufitowego reflektora, aby odrobinę je skrócić i nadać im lekkości przez coś na kształt delikatnej grzywki. Doszłam do wniosku, że propozycje rzucane z tyłu głowy niosą w sobie dużo mniejszy ciężar odpowiedzialności, niż gdyby mistrz zadeklarował, że uczyni to cięcie zarazem patrząc mi w oczy. Co było robić, skinęłam głową i się poddałam.

Nie dane mi było śledzić procesu, ponieważ jedyne, co widziałam przed sobą to jakąś biegającą po ekranie hiphopową młodzież, a mistrz nie omieszkał wdać się ze mną w konwersację. Może to i lepiej, bo mogłabym doznać zatrucia nikotynowego.  Proces cięcia był równie zagadkowy, co beztwarzowe jego ustalanie. Do tego trwał zaledwie 5 minut, po czym moja głowa dostała się w ręce drugiej dziewczyny, z kształtu bardziej przypominającej walec. Gruba okrągła szczotka wiła się po moich włosach niewspółmiernie długo do ich rzadkości. Gdy wydawało mi się, że dobiegłyśmy do końca tego bezlustrzanego procederu, mistrz wyjął Walcowej szczotkę z ręki, po czym sam przyłożył się do nawijania kosmyków. Po chwili, wszystkie salonowe służki stały u jego boku i przyglądały się szczotkowo-suszarkowym manewrom. Czułam się jak duży owad na wystawie, na którą przyszła właśnie szkolna wycieczka, ze świadomością, że z tego wyjścia do muzeum, będzie potem kartkówka.

Nikt, literalnie nikt nie zorientował się, że zaszła we mnie jakaś zmiana.

W końcu wyswobodziłam się z ciepłych podmuchów i badawczych spojrzeń, aby dorwać się do zakazanego lustra. Spojrzała na mnie lekko zdziwiona Julia, jakby spodziewała się zobaczyć kogoś innego. No niestety, nie udało się. W drugą stronę spojrzałam na nią ja, z podobną miną pt. "I to wszystko?". W moim wyglądzie nie było absolutnie żadnej różnicy, nie licząc modelowania, którego nadchodzący brak, pogrążyć miał mnie jeszcze bardziej. A że na mojej twarzy wszystko widać jak na dłoni, to nawet tego malującego się na obliczu rozczarowania nie próbowałam ukryć. Zapłaciłam nie bez trudu, bo taki rarytas jak terminal do kart nie figurował w zestawieniu inwentaryzacyjnym salonu, i odjechałam. Nie muszę chyba dodawać, że nikt, literalnie nikt nie zorientował się, że zaszła we mnie jakaś zmiana, poza tym, po pierwszym umyciu włosów, coś co miało być grzywką - zwisające bez kontekstu pasemko - przyprawiło mnie o stupor i sporo inwektyw. Mistrzu, gdzie jesteś?

Julia Groszek

Więcej o: