Marzenia warto mieć, ale czy od razu spełniać?

Nowy Rok to czas planów, rozliczeń i podsumowań? Bez przesady! Najlepiej monitorować pragnienia na bieżąco.

z

Są w życiu przełomowe chwile, kiedy uświadamiamy sobie własną kruchość i liczymy pozostały czas. Choroba i śmierć w rodzinie to oczywiście ekstremalne doznania z serii "memento mori" - czasem wystarczy jednak piosenka, malowniczy zachód słońca czy przypadkowo złowiony w nozdrza zapach z dzieciństwa. Ile jeszcze będzie okazji do leżenia na świeżo skoszonej trawie? Ile jeszcze pełni księżyca zobaczymy na balkonie przyjaciółki, śmiejąc się z głupot w ciepłą noc? Skoro wszystko płynie, i to raczej szybko, nie warto odkładać marzeń na później. I nie mówię tu o wielkich rzeczach typu: "Zostawiam drenującą mnie korporację i zakładam plantację kawy w stóp góry Ngong". Może uprościć listę noworocznych postanowień do "spełnię swoje małe marzenie"?

Spełnione na plus

Nigdy nie byłam osobą szczególnie zbuntowaną. Nosiłam ubrania wybrane przez mamę i zaakceptowane przez tatę (ale mieściły się w tym martensy, które rodzice fundowali mi sumiennie co drugą wiosnę), jeździłam na wakacje z rodziną, nie piłam i nie brałam narkotyków oraz uczyłam się w znakomitym liceum. Natomiast zawsze byłam przekonana, że chcę mieć tatuaże. Nie interesowałam się przy tym szczególnie kulturą tatuażu, technikami i modami. Chciałam mieć po prostu coś na ciele. Jakieś rysuneczki. Pierwszy zafundowałam sobie na dziewiętnaste urodziny, kolejny na zakończenie studiów i pewnego etapu w życiu, potem chciałam mieć kwiatek na ręce, ostatnio - wodorost do kompletu. Nie ma w tym nadal żadnej myśli przewodniej ani koncepcji. Przed każdym nowym tatuażem jest za to ta sama, wątła obawa - czy w moim wieku to jeszcze wypada? Rozważania trwają zazwyczaj kwadrans. Wypada, skoro mam na to ochotę.

Z podobnej puli marzeń wziął się kolczyk w nosie. "E, nie jestem przecież nastolatką, mam już tatuaże, po co mi kolczyk" - myślałam przez wiele lat, aż któregoś dnia po pracy weszłam boczkiem do osiedlowego salonu piercingu i wyszłam z przekłutym nosem. Nigdy nie żałowałam, była to jedna z fajniejszych decyzji w moim życiu (i na pewno najbardziej spontaniczna).

Zawsze chciałam mieszkać na Pradze Północ (dla nie-warszawiaków: Praga Północ to dość biedna dzielnica, ciesząca się złą sławą). Nie dla folkloru, nie dla sypiących się, ceglanych kamienic - po prostu jest tam zielono, blisko do rzeki, Praga jest znakomicie skomunikowana z resztą miasta, a jednocześnie oddalona od jego zgiełku. I dość tania, bo kto chciałby mieszkać w okolicy, w której: zabiją cię jak tylko wyjdziesz z domu, okradną mieszkanie, ewentualnie dopadną cię wieczorem w ciemnej uliczce, tym razem już na bank. Pewnego dnia, zirytowana wysokimi opłatami za wynajem na Woli, postanowiłam: jedziemy za rzekę. Po miesiącu rozpakowywaliśmy już dobytek na praskim brzegu. Mijają dwa lata, nigdy nie byłam bardziej zadowolona z miejsca zamieszkania. Zęby mam nadal na swoim miejscu, nie zdarzył mi się ani jeden nieprzyjemny incydent, czy to uliczny, czy sąsiedzki.

Kolejne na mojej wizyjnej liście - zwierzęta. Czytając z upodobaniem książki Gerarda Durrella zastanawiałam się, jakby to było - mieć dom pełen rozmaitej fauny. Rodzice rozsądnie limitowali moje zapędy, ale do 34. roku życia zaliczyłam już: rybki, trzy świnki morskie, chomika dżungarskiego, psa. Po jego śmierci uznałam, że starczy - mam dziecko, pięć prac, męża, zwierzęta są w tej chwili zbędne. Po miesiącu plątania się po pustym domu kupiłam dwie papugi faliste, niedawno dostałam jeża gwinejskiego, którym nie mogą się opiekować właściciele, okresowo mieszkają u mnie myszy siostry. Nie żałuję (może czasami, kiedy muszę myć kołowrotek obojętnego na komforty kuwety jeża).

Zrealizowane na minus

Zawsze chciałam zafundować sobie luksusowe wakacje z biurem podróży. Takie jak z folderu, lazurowa plaża, dobry hotel, rzeźby z arbuza na stołówce i basen z wodospadem. Kiedy zakończył się mój poważny związek postanowiłam: teraz! Lecę nad błękitne morze, prężę na plaży opalone ciało wychudzone post-rozstaniowym dołem, romansuję z miejscowymi i wracam jako nowa kobieta. Zapłaciłam słono, poleciałam i - niestety. Biuro podróży wypełniło co do joty folderową obietnicę, ale ja bawiłam się fatalnie. Wszędzie widziałam zakochanych, boleśnie czułam własne, singielskie upośledzenie i miałam widmowe wizje mnie i Tego Zdrajcy nadal szczęśliwie splecionych w chutliwym uścisku. Po wypasionym hotelu snułam się chyłkiem, wróciłam ponura (i uboga).

Podobnie skończyła się wymarzona wyprawa do kosmetyczki i wymarzona wyprawa na masaż gorącymi kamieniami. W pierwszym wypadku wyobrażałam sobie, że jednorazowa wizyta raz na zawsze rozwiąże problem zaskórników (no dobra, miesiąc czystej cery też by mnie ucieszył). Oczywiście tak się nie stało, w dodatku kosmetyczka zrobiła mi relaksujące nacieranie olejkiem lawendowym, którego zapachu nie cierpię, pohukując przy tym: "Co pani taka spięta, proszę się rozluźnić". Idąc na masaż sprawdziłam źródła, wybrałam certyfikowaną specjalistkę poleconą przez znajomą biegłą w temacie. Cóż z tego, skoro specjalistka na wstępie włączyła wyjątkowo irytującą muzykę relaksacyjną typu "Płyta przy kasie w Tesco, world music, 8,99 zł". Resztę zabiegu spędziłam na nerwowym rozmyślaniu: "Czy powinnam poprosić, żeby to wyłączyła? Pewnie zrobię jej PRZYKROŚĆ". Nie doznałam spodziewanego relaksu.

Co jeszcze wyszło mi bokiem? Kurs francuskiego, przeznaczony dla dorosłych, a prowadzony przez panią pokrzykującą na nas jak na niesfornych uczniaków. Zapłaciłam za semestr, wymiękłam po miesiącu. Bajkowe buty ślubne, w których nie umiałam przejść prosto metra (poszłam w balerinach). I wiele innych rzeczy, które wyparłam albo przerobiłam na pozytywne wizje za pomocą umysłowego wysiłku (ach, ten jeż i jego kołowrotek!)

Do zrobienia

Od dwudziestu lat marzę o tym, żeby zobaczyć Londyn. Znam na wyrywki angielską literaturę, płaczę na widok planszy "Thames Televison". Kiedyś barierą były przepisy paszportowe i niskie kieszonkowe, co powstrzymuje mnie dzisiaj? Już chyba każdy średnio rozgarnięty bezrobotny był w Londynie. Obiecuję sobie, że w tym roku polecę, chociażby na jedną noc. Boję się tylko, że po tylu latach rzeczywistość nie doścignie marzenia.

Czuję też, że czas przeobrazić włosy w piękny, platynowy warkocz. Platyna to jedyny kolor z zakresu "w miarę naturalny", którego jeszcze nie próbowałam. Warkocza natomiast nie miałam nigdy. Wyzwanie przyjęte, głowo!

Dalej już nie jest tak łatwo: marzę o kawałku własnego lasu (skoro nie stać mnie na zakup mieszkania, może uda się z działką?) i o porzuceniu pracy na etacie (ale nie mam na tyle psychicznej odporności, by żyć bez przelewu przychodzącego bezwarunkowo pierwszego dnia miesiąca). Może kiedyś uda mi się spełnić i te marzenia. A jeżeli nie - mam jeszcze do wytatuowania całkiem dużo ciała i miejsce na kolejne klatki zwierząt.

Szczęśliwego Nowego Roku!