Tym razem jestem ciężko zachwycona, choć nie wiem, czy każdy będzie. Nie wszyscy lubią taki akurat klimat, mam tego świadomość. Z drugiej strony - czy to nie pięknie świadczy o autorze, ta wielość nastrojów i tonacji, omal - dla każdego coś miłego? Dla ułatwienia powiem, że moje ulubione gaimany to: "Amerykańscy bogowie" , "Gwiezdny pył" i "Nigdziebądź" (choć to ostatnie dopiero po trzeciej, czy czwartej lekturze). To, jak sądzę, wyznacza jakiś wzór moich upodobań.
Tylko nie dawajcie tej książki dzieciom. Albo nie, albo właśnie dajcie. W nagrodę, kiedy będą bardzo grzeczne. Nie, nie, zmieniłam zdanie, za karę, niech bachor dygocze ze strachu, niech przyjazna kołderka zmieni mu się pod powiekami w przerażającą... dobra, już jestem cicho.
Ale to przecież takie ładne. Pisane z taką czułością, miłością i zrozumieniem. Właściwie bardzo wychowawcze - o odwadze, przyjaźni, sprycie, poświęceniu. No dobra, krew, flaki i seks są może mniej odpowiednie dla smarkaczy (i robal, robal drążący żywe ciało i odrywanie strupa!). Oczywiście w końcu i tak się z wymienionymi zetkną. Prawdopodobnie - w mniej wysmakowanej formie. Cóż, naturalne ryzyko.
No właśnie, sama nie wiem. Może zbyt straszna dla dzieci i zbyt bajkowa dla dorosłych, a jednak mnie ujęła. Kombinacją ciepła i grozy. Staroświeckiego, przytulnego klimatu i atmosfery lepkiego, dręczącego koszmaru sennego. Szczególiki, jak w moich ulubionych książkach z serii "W kuchni i salonie ziemiańskiego dworu w osiemnastym i dziewiętnastym wieku" (nie, nie ma pozycji o takim konkretnie tytule, a szkoda, czytałabym) i niepokojąca, bolesna wiedza o tym, co dzieje się w głowie wystraszonego dziecka (skąd pan to zna, panie Gaiman, nie, chyba nie chcę wiedzieć, chyba wolę nie, chyba wolałabym mieć gorszą pamięć). W tej książce mruczą koty, potwory są elegancko ubrane, pachnie najlepsze, domowe jedzenie, mała, mądra dziewczynka od lat ma jedenaście lat i wszystko jest strasznie prawdziwe, choć przecież okropnie niemożliwe.
Bardzo jestem łasa na plastyczne, barwne, pachnące opisy o wyraźnej fakturze, przyznaję więc, że tu ma źródło spora część mojego uznania. Czuć smak i zapach świeżego plastra miodu, miękkość futra kota, nieprzyjemnie mokre ubranie po potwornej przygodzie, lepkie błoto, krew na stopach, oślepiające światło i dotyk krochmalonego płótna. Czasem aż zbyt wyraźnie czuć.
Dobrze jest wrócić do dzieciństwa i czasów, kiedy kałuża była światem, a ogród sąsiada - kosmosem. Wraz z tym sielskim powrotem przychodzi pamięć dawnych, bardzo realnych koszmarów. Czego tu nie lubić, doprawdy.
[UWAGA! Z okazji pojawienia się tego tekstu, nieocenione Publio.pl postanowiło zaproponować "Ocean na końcu drogi" w promocyjnej cenie :) Korzystajcie! Wystarczy kliknąć TUTAJ .]