Na początek chciałam napisać, że nie lubię hoteli. Ale to nie do końca prawda, bo... lubię DOBRE hotele. Tylko, niestety, na te naprawdę dobre (małe, butikowe, czyste, w dobrej lokalizacji) mnie nie stać. Bo, nie oszukujmy się, wakacje za 1200, 1500 czy nawet za 2000 PLN w popularnej wersji "all inclusive" nie "dzieją się" w dobrych hotelach. Dlaczego? Bo nie i już, za tanio, a w życiu nie ma nic za darmo. Tak już po prostu jest i warto pamiętać, że foldery wakacyjnych wyjazdów są lepiej "fotoszopowane" niż okładki popularnych magazynów dla kobiet. To właśnie dlatego woda nie jest potem taka niebieska, zieleń zielona, biel biała. Nawet drink w rzeczywistości nie jest taki kolorowy.
Tak więc - nie lubię słabych (tanich) hoteli. Bo te hotele są duże (mnóstwo w nich pokojów, a co za tym idzie - ludzi). Te hotele są źle usytuowane - zawsze gdzieś "z tyłu", "z boku", "dalej", "w głębi", w piątym rzędzie albo w towarzystwie tylko i wyłącznie innych hoteli. A kto by chciał spędzać wakacje w hotelowym miasteczku (ja nie)? Niestety, pełno takich w najpopularniejszych wczasowych kurortach. Jak wygląda takie miasteczko? Składa się np. z czterech czy pięciu rzędów hoteli, oddzielonych od siebie wąskimi uliczkami, obwieszonymi tandetnymi pamiątkami bądź innym niezbędnym sprzętem pływackim, ale możecie być pewni, że wy na pewno nie zamieszkacie w tym rzędzie, który ma bezpośredni widok na morze (nie za 1200, 1500, czy nawet 2000 PLN - mówimy o cenach "w sezonie"). A nawet jeśli taka okazja, jedyna w swoim rodzaju, czyli wszystko za nic, to jak wygląda ta plaża? Rzędy identycznych leżaków, jeden przy drugim, każdy taki sam i z parasolką. Niebieskie dla hotelu "Blue Mar", żółte dla "Sunny Sol", czerwone dla "Crazy Marina". Nie ma nic złego w takich leżakach, ale jeśli spoza takich leżaków nie jesteśmy w stanie dojrzeć piasku na plaży, to ja przepraszam, dziękuję. Wolę piasek. I kocyk. I kąpiel w morzu bez ocierania się o hotelowych sąsiadów. Ale kogo interesuje zimne morze i piasek, który zawsze wszędzie wchodzi i tak bardzo się piaszczy? Przecież mamy basen! Wyglazurowany! A wokół niego trzy palmy! I bary! Ale czasem może się okazać, że z basenem też nie jest łatwo, bo przecież goście hotelowi lubią się przyzwyczajać do "swoich" miejsc i zajmować leżaczki na czas całego pobytu. Zauważyliście te nieznikające z plastikowych leżaczków ręczniczki? To moje, ja tu siedzę, bo tu siedziałem, bo już pierwszego dnia przyleciałem i wybrałem sobie najlepszy leżak. Najbardziej w słońcu / w cieniu / najbliżej wody / baru / kibla. Poza tym w tym basenie, rzadko kiedy słusznych rozmiarów, tylko na zdjęciach w folderze kąpie się i wypoczywa 5 zrelaksowanych osób. W sezonie, mówimy o sezonie.
"All inclusive" zakłada, że mamy na tych wczasach tak zwane "pełne wyżywienie". Czyli śniadanie, obiad i kolację, a jak dobrze pójdzie to i frytki, hot dogi i pizzę przy basenie. A do tego niekończący się dostęp do drinków. Oznacza to mniej więcej tyle, że dostajemy góry jedzenia bardzo kiepskiej jakości (mówimy o "tanich" opcjach), mnóstwo rozwodnionych drinków zrobionych w oparciu o kiepskie owocowe syropy, a w pakiecie - mnóstwo pijanych bądź przynajmniej mocno "wstawionych" współmieszkańców hotelu. A tacy współmieszkańcy bywają: głośni, agresywni, nachalnie rubaszni, straszni (nie, wcale nie mówię tylko o Polakach, wcale nie jesteśmy najgorszą nacją jeśli chodzi o picie i wszczynanie awantur. Widzieliście kiedyś, jak piją Brytyjczycy?). Generalnie - utrudniają życie, zakłócają spokój. Turyści wokół w ogóle utrudniają życie na wakacjach, a w hotelach ciężko od nich uciec, bo otaczają ze wszystkich stron. Razem ze swoimi nawyczkami, problemami, językiem, dziećmi, wszystkim.
Ale najgorsze w tym wszystkim jest to , że wakacje "all inclusive" nie spełniają swojego podstawowego zadania - nie zanurzają w obcym miejscu, w obcej kulturze, w obcym języku. Nie dają szansy spróbować i posmakować innego świata. A ja właśnie po to jadę na wakacje. Zobaczyć, poczuć na własnej skórze kawałek innego kraju, a nie hotelu. Pomieszkać w innym mieście, zjeść w tamtejszych barach. Pojeździć tamtym metrem i autobusami. Popatrzeć jak tam piją, awanturują się, śmieją, cieszą, bawią. Pochodzić po tamtych ulicach, spożywczakach, bazarach. Bazarach przede wszystkim. Czego i państwu życzę. I zapewniam, że wakacje "poza hotelem" wcale nie "wychodzą drożej".