Jak NIE zabierać się do pracy!

Deadline właśnie mija. Ty masz rozbiegane myśli, szalony wzrok i nieco ściśnięty żołądek. Typowe objawy stresu, które wobec bliskości wzmiankowanego deadline'u już nie mobilizują. A przecież mogłaś zacząć wcześniej. Poszłoby błyskawicznie. Dlaczego za każdym razem utrudniasz sobie życie? Pokażę wam, jak nie pracować.

Przykład własny, czyli typowy autor tekstów

Pisanie tekstów, czyli praca dziennikarza, redaktora, copywritera, pisarza to trudny kawałek chleba, choć z pozoru wygląda na wieczną sielankę. Wstajesz kiedy chcesz, pijesz kawę, a kiedy nadchodzi wena, piszesz. Za radosny proces twórczy na twoje konto wpływają pieniądze. Czasem się o nie musisz popieklić, ale umówmy się - nie może być aż tak idealnie. Zostawmy jednak kwestie wynagrodzenia. Nie o tym mowa. Przyjrzyjmy się procesowi twórczemu.

O tym, że tekst na piątek wiesz od poniedziałku, kiedy to na kolegium redakcyjnym sama ustaliłaś ten termin. To było w poniedziałek rano, więc wtedy naprawdę byłaś dobrej myśli. Nie martwiłaś się nawet tym, że jeszcze nie wymyśliłaś tematu. Przecież zdążysz. Trzy razy.

Wtorek upłynął w równie beztroskiej atmosferze. Serio, nie było się czym stresować. Atmosfera zepsuła się nieco w środę, bo w twojej innej pracy (takiej, która daje chleb - umówmy się, że wielu autorów musi mieć drugą pracę) był przysłowiowy - wiadomo - tu wstaw wyraz, którego rdzeń pochodzi od popularnej przyprawy. Wróciłaś w każdym razie tak zmęczona, że jakoś nie wyszło. A jeszcze deszcz padał i było niskie ciśnienie. Niesprzyjające warunki. Na pewno w czwartek się uda.

Jest czwartek, 22.19. Kompletna pustka w głowie, którą na siłę próbujesz zapełnić szukając na fejsie jakiegokolwiek tematu. Znasz ten scenariusz? Do rana na pewno coś się uda skleić. Zawsze w ostatnim momencie człowiek jednak się spina. Choćby dlatego, że chce chwilę pospać. Potem pluje sobie w brodę, że przez własną beztroskę chodzi w piątek jak pijany. Obiecuje sobie, że już nigdy więcej i że podejdzie do nowego zadania systematycznie. Zaplanuje pracę z kalendarzem w ręku. W tej naiwnej wierze trwa do następnego razu, do kolejnego tekstu. A przecież lubi pisać, uwielbia swoją pracę!

Możesz to przełożyć na każdy inny zawód i sytuację. Jeśli bliski jest ci ten mechanizm, zastanów się ze mną, co robimy nie tak, że ulubione zajęcie czasem staje się utrapieniem i powodem zarywania nocy.

Czy to kwestia naszej złej organizacji? Podejścia do życia, charakteru, nadmiaru zadań? Pewnie wszystkiego po trochu. A jak nie nadążasz z jedną rzeczą, to inne też wyłażą poza deadliny. Da się to zmienić?

Jak zarządzać sobą w czasie? Zostaw amerykańskie podręczniki!

Zaczęłam szperać w sieci. Trafiłam na klasykę w kwestii organizacji czasu, czyli GTD - Getting Things Done Davida Allena . Jak mogłam o tym zapomnieć? "Miej wszystko zrobione", nie odkładaj drobiazgów, stale aktualizuj swój plan. Spisuj wszystko, co masz do zrobienia nawet za kilka lat. Czytałam tę książkę jakiś czas temu. Długo byłam urzeczona prostotą tego pomysłu. Kupiłam po lekturze kilka notesów, by zrealizować zalecenia autora. Podejrzewam, że każdy kto przeczytał tę książkę, zwiększał obroty na rynku tzw. przyborów szkolnych. Problem polegał na tym, że ja strasznie bazgrzę i bazgrałam też w tych nieszczęsnych notesach.

Skuteczne? Formalnie tak (fot. Agnieszka Durska)Skuteczne? Formalnie tak (fot. Agnieszka Durska) Skuteczne? Formalnie tak (fot. Agnieszka Durska) Skuteczne? Formalnie tak (fot. Agnieszka Durska)

To, czego nie mogłam odczytać, pozostawało niezrealizowane. Poza tym samo spisywanie okazało się niezwykle czasochłonne. Szybko dałam sobie spokój z amerykańskim podejściem do życia. Zresztą przy dwójce dzieci liczy się przede wszystkim elastyczność, bo plany są tak ruchome, jak kogucik na wietrze. Teraz nawet na ten link nie wlazłam. Obawiam się, że to metoda dla singli z korpo, najlepiej już po dorobku. Dla rozwichrzonej prawie 40-ki z dwójką małych dzieci, psem z ADHD i tendencją do pracoholizmu oraz łapania wielu srok za ogon - nieprzydatne.

Dlatego też odrzuciłam inne wskazówki, w gruncie rzeczy bazujące na podobnym hurra- optymistycznym podejściu, że wszystko da się zaplanować i wykonać, jeśli tylko jesteś systematyczna. Nie jestem systematyczna! Moją systematyczność burzy wspomniana dwójka dzieci, pies i ogrom stale nowych spraw do załatwienia. Chcę więc czegoś dla niesystematycznych, zmęczonych, zaganianych matek. Chcę rad, jak choć trochę ogarnąć natłok zdarzeń i zobowiązań w pracy i w domu. Jak nie siadać do tekstu w ostatniej możliwej chwili i jak nie denerwować tym redaktor Tchorzewskiej . Szukałam więc dalej.

Jak być produktywnym?

Zarządzanie sobą w czasie to jedno, ale może trzeba po prostu być bardziej produktywnym? Skoro zdarza mi się zostawiać tekst na ostatnią chwilę, to może wcześniej moja energia jest niewłaściwie rozłożona? Trafiłam na ciekawy wątek na forum gazeta.pl. Jakby opatrzność nade mną czuwała! Świeży wątek - czyli nie tylko ja mam takie problemy! Po nitce do kłębka dotarłam do tego, co mnie interesuje. I oto wnioski.

Odpoczywaj!

Nie jestem produktywna, bo jestem zmęczona. Odkładam pisanie tekstu, bo w mojej głowie jest głównie jedna myśl. Na chwilę zwolnić, mieć wieczór dla siebie, a nie z pracy wracać do pracy i pracować w domu. Nie zapominajmy o tym, każda z nas w domu ma mnóstwo rzeczy do ogarnięcia. To też jest praca! Mam wrażenie, że mój mózg specjalnie się wyłącza, broniąc się przed kolejnym wysiłkiem. Ale jak ma biedak wypocząć, jak od rana do nocy funduję mu bombardowanie informacjami. W końcu jestem przyzwoitym community managerem i muszę być w sieci non stop. Stop. Nie muszę! Koniec z telefonem w łóżku! To podstawowy błąd. Nie można być produktywnym, jak telefon przyrasta do ręki, bo w wielu czynnościach potrzebne są po prostu obie ręce. Mniej się męczysz angażując się w coś w stu procentach. A i w wypoczynek trzeba włożyć trochę wysiłku, by rzeczywiście odpocząć i uwolnić głowę od tysięcy zbędnych dla niej spraw.

Wyłącz tego cholernego Fejsa i zostaw mejle!

Pożeracze uwagi osaczyły mnie aż tak, że przestałam je zauważać. Stale włączony fejs, aplikacje w telefonie, mail. Nieustanne "ping" działało jak na psa Pawłowa - sprawdzałam i sprawdzałam, a czas leciał. W tej sytuacji żaden deadline nie jest bezpieczny. To naprawdę nie jest trudne do zmiany. Ten tekst piszę błyskawicznie, bo na ekranie jest tylko Word. Wszystko inne wyłączone. Spróbuj tak działać, jeśli przechodzisz przez podobne męki jak ja. Maile tylko co dwie godziny. Facebook w godzinach pracy tylko tyle, ile to konieczne (ja akurat muszę!), a jeśli niekonieczne, to ogranicz zawodowe kontakty do maila, nie prowadź ich na Fejsie. Zawsze przy okazji wleziesz nie tam gdzie trzeba, a czas ucieka! Nie musisz nieustannie przechwytywać ciekawych treści z newsfeedów. Nic się nie stanie, jak ograniczysz to do max pół godziny w ramach odprężania, np. między spotkaniami.

Spotkania to pożeracze czasu - ogranicz je!

No właśnie - spotkania. Mam ich dużo. Kalendarz wypełniony każdego dnia. To jest kolejna przyczyna braku czasu i deficytu energii na wszystkie zadania! Zostaw sobie dwa, trzy dni w tygodniu w ogóle bez spotkań. Ja zamierzam wprowadzić tę zasadę w życie. Oczywiście nie zawsze się tak da, bo inni. Warto jednak spróbować i pogadać nawet z szefostwem, by taka zasada na stałe zagościła w firmie. Wiecie, zapunktujecie - taki racjonalizatorski pomysł ku chwale organizacji. By zysk był większy.

Zostawiaj sobie luz!

Ten artykuł powinnam napisać maks w środę. Ale pamiętacie - nie przewidziałam, że akurat w środę będzie się tak dużo działo, że nie starczy mi sił? No właśnie, podobno każdy dzień powinno się planować tak, by mieć dwie godziny zapasu na nieprzewidziane sytuacje. Czyli de facto trzeba planować znacznie mniej! Wypełniony po brzegi kalendarz to wróg produktywności. Przez tzw. "sraczkę" ucieka mnóstwo energii. No ok. - czasem się nie da, bo nas cisną, bo projekty spływają jeden za drugim. Ale do diabła, w końcu jesteśmy młode, odważne i asertywne. Jak za dużo, to mówimy: "Heloł, przełóżmy to na przyszły tydzień!"*.

Wzięłam notes, spisałam, co trzeba jutro zrobić. I tylko jutro. Podzieliłam czynności na "muszę, bo inaczej świat się zwali", "warto", "mogę się wstępnie przymierzyć", "jak starczy czasu". Redaktor Tchorzewska może dostać ze dwa teksty, bo czuję, że w końcu ogarnę swój chaos. Bo mniej znaczy więcej i lepiej.

Myślicie, że wierzę w to, co napisałam? Tak. Ja też nie, ale spróbuję.

*To na własne ryzyko, ok.?

Więcej o: