Emigrując, ludzie myślą, że jakoś to będzie, że jakoś się ułoży. Tylko co, kiedy mija rok, a "jakoś" się nie układa, lub kiedy mija kolejny i "jakoś" już nie wystarcza? Brnie się dalej oczywiście, bo ciężko poświęcić dwa lata życia i wracać do kraju, z którego się zdecydowało wyjechać.
Przez pierwszy rok rodzina nawija w kółko jak zepsuta płyta - wracajcie, wracajcie, wracajcie.
Jest to ostatnia rzecz, jaką chcesz słyszeć. Trochę ciężko wrócić tak szybko i na dodatek wbrew sobie, po wyprowadzce 17 000 km. Melbourne to nie Manchester, gdzie za kilka funtów z Ryanairem mogę ruszyć rano, a po południu jeść z Wami obiad.
Drugi rok - pamiętajcie, że zawsze macie dokąd wrócić.
Trzeci rok - cisza w tym temacie, bo już chyba wiedzą, że po my prostu nie chcemy wracać.
Emigracja bardzo dużo mi dała, tak samo jak dużo zabrała - codziennie zabiera. Rozpieprzyła całą wyhodowaną w Polsce stabilizację (powiedzmy, że na własne życzenie) i poczucie wartości (już niekoniecznie na własne życzenie).
Oczywistość, która nadal boli - omija nas życie codzienne bliskich i ważne wydarzenia: śluby, rozwody, urodziny, narodziny, chrzciny. Urodziny naszej chrześnicy, tak samo jak i ją samą, znamy z 40-sekundowego filmiku z Facebooka lub zdjęć na Viberze. Ominęły mnie dwa pogrzeby i ponieważ nie byłam tam na miejscu, nie uczestniczyłam w ceremoniach, nie widziałam tego na własne oczy, to do tej pory ciężko mi uwierzyć, że moi dziadkowie naprawdę nie żyją. W moich snach zawsze mają się dobrze.
Tylko czemu nie chcemy wracać? Skoro emigracja to nie tylko palmy, tańczące dookoła ciebie misie koala i słońce 9 miesięcy w roku? Skoro nie jest lekko, a paszport i fura pieniędzy nie spadają z nieba od razu po wyjściu z lotniska i trzeba zacząć od harówki dużo poniżej swoich kwalifikacji? Jest wiele powodów.
Emigracja dała mi wolność i nauczyła mnie cierpliwości , nieprzejmowania się pierdołami na zapas i niewściekania się na byle co. W końcu!
Nie ma co sobie wypruwać sobie flaków. Pieniądze znaczą tyle, co liczby. Jak liczba idzie w górę, jest okej. Jak idzie w dół, też jest okej. Przez liczbę na minusie, świat wcale się nie wali. Domy, samochody, rzeczy - nie znaczą nic, bo dzisiaj są, a jutro ich nie ma. Tak samo jak ludzie, którzy pojawiają się przelotnie w twoim życiu i znikają. Wiem, że wielu się z tym nie zgodzi i to też jest okej!
W zeszłym roku pierwszy raz w życiu nie wpuścili mnie do samolotu i przepadły mi bilety na łącznie trzy loty. Potrzebowałam wizy tranzytowej, bo przesiadka w pierwszym kraju trwała ponad osiem godzin, ale nie mogłam jej kupić na lotnisku. Samo życie! Niepierwszy raz jesteśmy jedynym wyjątkiem z krajów członkowskich UE - cokolwiek od trzech lat próbujemy załatwić to w przypadku Polski jest "gwiazdka" - "brak podpisanych umów dyplomatycznych" .
Emigracja nauczyła mnie uśmiechania się do ludzi mijanych na ulicy i tolerancji - bo czemu nie? Uśmiech nic nie kosztuje, a może zdziałać cuda.
Mieszkamy na strzeżonym osiedlu. Na 100 mieszkań jest jedna duża kuchnia i części wspóle (zielone tereny dookoła, mniejsze kuchnie są na piętrach, sala kinowa, pomieszczenia gospodarcze (pralnie, suszarnie), jadalnia z kominkiem). Brak Polaków, dzieci i zwierząt. Wygląda to trochę, jak ośrodek wczasowy i nazywa się "motel style accommodation". Innymi słowy od roku mieszkam w motelu.
Mieszkania bez kuchni to standard w Auckland, bo ludzie i tak jedzą na mieście. Ja i część mieszkańców nie chcemy jeść na mieście trzy razy dziennie, więc często gotujemy wszyscy razem - Bamarowie, muzułmanie, Arabowie, Anglicy, Tajowie, Australijczycy, Nowozelandczycy, Ukraińcy, Chilijczycy, Indonezyjczycy, Tongijczycy, Hindusi, Filipińczycy, Chińczycy, Wenezuelczycy, Koreańczycy, Rosjanie, Wietnamczycy, Kolumbijczycy, Włosi, Fidżyjczycy, Hiszpanie, Malezyjczycy, Peruwiańczycy, Francuzi, Japończycy, Samoańczycy... uff, ciekawe kogo pominęłam?
To jest dopiero zabawa i mieszanina zapachów, różnic kulturowych, barier językowych! Pojęcie porządku i organizacji dla każdego znaczy coś innego. Wiem, że dla wielu osób, życie tutaj to byłby koszmar. Już mnie nic nie dziwi, Hindusi jedzą i gotują 24 na dobę, jakby ich egzystencja tylko na tym polegała , a kiedy ktoś spoza Indii wchodzi do kuchni, od wejścia kicha (curry, curry, curry).
Najgorszy tłum jest w porze obiadowej 18.00-19.00. Jak zdarza nam się jeść "wcześniejszy" obiad koło 17. , Hindusi pytają zdziwieni - Jak to? Po co tak wcześnie? O 23. znowu będziecie głodni, a przecież nie można iść spać z pustym brzuchem.
Chińczycy przed jedzeniem jabłek, szorują je gąbką z dużą ilością płynu do naczyń, a potem moczą je w misce pełnej piany. Ukraińcy myją naczynia CIF-em (zaczęłam się zastanawiać, czy to normalne, ale nie, jednak nie. Cif-em myję zlew i prysznic). Filipinki pięknie śpiewają gotując. Hinduski też próbują, ale już nie wychodzi im to tak ładnie. Dużo by wymieniać!
Co jeszcze dała mi emigracja? Nie boję się odmienności, wiem i rozumiem więcej. Mam dużo wiary w ludzi i doświadczenia życiowego, którego nie miałabym dziś, zostając za biurkiem w Szczecinie. Codziennie zostawiam drzwi do mieszkania otwarte, znikam coś ugotować i nawet by mi do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby to wykorzystać. Poznałam zbyt dużo dobrych ludzi, żeby myśleć inaczej.
Przyjechałam tu mówiąc dobrze po angielsku. Teraz mówię, myślę i śnię po angielsku, który jest bardzo różny od tego, którego nauczyłam się na studiach.
Widziałam kawał świata i to nie tylko jako turystka, ale też "od kuchni". Teraz bardziej niż kiedykolwiek jestem pewna, że świat jest na tyle mały, że powinno mi się udać zwiedzić każdy jego kraj , bo przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Ostatnim razem jakiegoś Polaka spotkałam w grudniu 2015 (w Auckland jest podobno duża Polonia, ale ja jej nie szukam).
Pracowałam dla przeróżnych ludzi. Dla Azerów, Izraelczyków (bardziej i mniej ortodoksyjnych), Syryjczyków, Rosjan (i te ich okropne zupy z głów ryb z pływającymi oczami). Pamiętam historie z ich przeszłości i emigracji do Australii, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Opowiadali mi o wielu miesiącach koczowania w obozach dla uchodźców rozsianych po całym świecie, brania ślubów i rodzenia tam dzieci.
Dzisiaj doceniam każdą drobnostkę dnia codziennego, każdego szanuję, nikogo nie oceniam, nie zazdroszczę i nie porównuje się. P o co, skoro każdy przeszedł co innego. Paradoksalnie rozbijając mnie kiedyś na pół, ostatecznie emigracja dała mi dużo siły, wolności i spokoju. Bardzo poszerzyła moje horyzonty i postrzeganie ludzi oraz innych niż polska kultur.
Jak zawodzi plan B, czas na C, D, E, F i tak czasami do końca alfabetu, bo zgodnie z moim powiedzeniem - "if there's a will, there's a way" - wystarczy chcieć, żeby znaleźć rozwiązanie.
Pewnie emigracja gdzieś, gdzie granice są dla nas otwarte, wyglądałaby inaczej - masz prawo do pracy i prawo do pobytu w kraju. W Australii mieliśmy ograniczenia na pracę (pół etatu) i ograniczenie na pobyt (osiem miesięcy), w Nowej Zelandii mogliśmy zostać na trzy miesiące bez prawa do pracy. A jednak mija trzeci rok od wyjazdu z Polski i nie planujemy powrotu.
Natalia Jaranowska - autorka bloga "Not a boring life" , na którym pierwotnie ukazał się powyższy tekst.