Gdy widzę ludzi kłócących się w internecie, jest mi ich żal

Bloger pisze, że współczuje otyłym. Zgodnie z zasadą stołu i nożyc, pojawia się zjadliwa odpowiedź blogerki. A ja się zastanawiam: po cholerę takie tematy wałkować i kłócić się w internetach? Nie szkoda wam czasu i nerwów?

Ostatnie dziesięć dni spędziłam bardzo daleko od Warszawy, jeżdżąc po niewielkich wioskach. Tu w większości miejsc nie ma internetu, wszyscy moi gospodarze telewizji nie mieli, nie byłam więc na bieżąco z mediami i ploteczkami "z sieci". W czwartek dowiedziałam się z Facebooka, że znów jakaś aferka w internecie, bo jeden bloger z natemat napisał tekst o bieganiu i chudnięciu, a w nim:

Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Gdy idę po mieście i widzę osobę otyłą, to odczuwam współczucie. Patrzę na nich jak na osoby, które mają poważny problem ze swoim życiem. Nie z wagą, a z całym życiem.

Myślę, że tysiące osób z nadwagą czują się lepiej, mając świadomość, że pan Krzysztof Majak, bloger z natemat.pl im współczuje i myśli o nich. To takie kojące.

Ale to nie koniec. Bo już to pada riposta. Blogerka Paciorkowska odpisuje . Wstęp jest zachęcający, dalej fotografia autorki w kusej, obcisłej i powycinanej sukience, jeszcze dalej - zjadliwe i celne uwagi, aż pada takie zdanie:

A ja Majakowi staram się po lewicowemu współczuć, choć bycie bucem to jednak jego wybór i jego życie, którego zrozumieć nie potrafię. Niestety, ponieważ (mam nadzieję!) nigdy nie byłam bucem, trudno mi się wczuć. Ale współczuję, gdyż ignorancja ogranicza ilość doświadczeń, które możemy zebrać.

I w tym momencie, niestety, robię echhhh. Doczytałam do końca, nic ciekawego nie odkryłam, pozostałam ze smutnym poczuciem podwójnego niesmaku. Pan Majak w chamski i okrutny sposób wyraził się o ludziach otyłych. Nie wiem, jak można było coś takiego napisać, inna sprawa - kto się zgodził na publikację? I jak bardzo mają teraz przechlapane u PZU, który za ten i inne teksty o bieganiu zapłacił? TYLE PYTAŃ.

Rozumiem oburzenie, też się oburzyłam. Tylko po co komentować to w równie, jeśli nie bardziej, chamski sposób? (Nawiasem mówiąc, wiedziałam, że po krakowsku "buc" to tyle co "chuj", ale nie wiedziałam już, że w mitologii słowiańskiej to "straszydło zamieszkujące ciemne kąty, straszące i bijące nocą niegrzeczne dzieci, a nawet porywające najgorszych urwisów" . Dziękuję, Wikipedio!) Jak na kogoś, kto jest pogodzony ze swoim wyglądem - niezgodnym z kanonami rodem z pism kolorowych - Paciorkowska strasznie dużo czasu i szpalty poświęciła na ten manifest. Równie dużo, co Krzysztof Majak - jeśli wierzyć jego tekstowi - na rozmyślania o problemach i rozterkach ludzi grubych.

Co myślę o takich osobach? Absolutnie ich nie potępiam, bo to nie moja sprawa. Ale zwyczajnie po ludzku jest mi ich żal, bo wyobrażam sobie, a nawet wiem, co przeżywają. Co myślą, gdy widzą piękne, zakochane pary, a oni nie potrafią znaleźć sobie partnera lub partnerki.

SERIO?

Tak się zastanawiam: po cholerę się takie rzeczy wałkuje? (Dobra, sama teraz trochę wałkuję, wybaczcie, ale jakoś mi się ulało). Nie rozumiem tego, tak jak potrzeby wdawania się w pyskówki w komentarzach w internecie. Lepiej i zdrowiej jest ignorować. Milej i pożyteczniej jest wyjść na spacer. Nie mówiąc o tym, że wdając się w dyskusję z kimś tego niegodnym po pierwsze się go/ją uwiarygadnia, a po drugie: często, w nerwach, zniża się do poziomu interlokutora. I na co to komu?

Skoro już jesteśmy w temacie otyłości i samoakceptacji: przyszedł niedawno do redakcji Focha mail z raportem dotyczącym samooceny Polek powoływała się już nań Dominika w swoim wczorajszym tekście , ale ja chce zwrócić uwagę na inny aspekt tych badań. Zaledwie 30% przebadanych powiedziała, że czuje się atrakcyjna fizycznie, a najmniej kompleksów dotyczących własnego wyglądu mają trzydziestolatki.

Jakoś wcale mnie te wyniki nie dziwią. Wszystkie badane w moim wewnętrznym, całkowicie niereprezentatywnym sondażu koleżanki po trzydziestce, mówią, że czują się dobrze jak nigdy dotąd. Dlaczego? Bo kobieta dwudziestoletnia jest zazwyczaj niepewnym siebie kłębkiem obaw: o swoją przyszłość, o to, czy jest atrakcyjna, czy nie, czy zawodowo spełni swoje plany, czy nie, czy spotka miłość życia? I pytań: czy pora na dzieci, czy może odłożyć tę decyzję na późniejszy termin? Czy wybrałam odpowiednią ścieżkę kariery, a może ja wcale nie nadaję się do tego, co robię? I tak dalej. Kobieta po trzydziestym roku życia ma już zazwyczaj określoną drogę zawodową, jest pewniejsza siebie i bardziej świadoma swoich atutów.

Kobiety spontanicznie wymieniały nogi i oczy jako swoje ulubione partie ciała. Jednak, gdy miały wybrać je z gotowej listy, były już bardziej krytyczne wobec siebie i częściej wybierały "neutralne" części ciała jak oczy, włosy czy usta. Badanie pokazało także, że 20- i 30-latki najbardziej lubią swoją twarz, nogi i piersi, z kolei nastolatki oraz 40- i 50-latki są najbardziej zadowolone ze swoich oczu, włosów i ust.

Szkoda tylko, że nikt nie zapytał o głowę. Ja, na przykład, bardzo lubię swoją głowę, uważam, że mam w niej całkiem-całkiem poukładane, wiem, jak wiele w życiu tej mojej głowie zawdzięczam. To, co w niej mam, jest jedynym kapitałem, którego nikt nigdy nie będzie w stanie mi odebrać.

Nie, to nie jest konkluzja z gatunku "och, lepiej przeczytałabyś książkę a nie zamartwiała się grubym brzuchem" , jestem ostatnią osobą, która chciałaby leczyć z kompleksów na tle wyglądu wpędzając w kompleksy na tle intelektu czy wiedzy. Niezależnie od wieku kobiety chcą czuć się atrakcyjnie. I niezależnie od wieku są bombardowane komunikatami że coś z nimi jest nie tak. Że powinny "strojem tuszować niedoskonałości ciała" , "oszukiwać czas" , "odejmować sobie kilogramów" . Wszystkie wymienione w poprzednim zdaniu określenia to dosłownie przytoczone hasła z okładek czasopism "kobiecych". Kobiecych bardziej z nazwy, bo ciągle, do znudzenia, wmawiającym kobietom, że powinny lubić siebie, ale mieć płaski brzuch, gotować pyszne wykwintne dania, a równocześnie zadbać o to, by nie wstydzić się rozebrać na plaży.

Ciężko nie ulec takiemu przekazowi. Ja na przykład wstydzę się rozebrać na plaży i wiem, że nie zmieni tego nic, mogłabym ważyć 10 kilo mniej i tak samo miałabym z tym problem, choć obiektywnie wyglądam lepiej niż wiele osób swobodnie i radośnie wystawiających do słońca piwne brzuszki i obfite uda. No co zrobić, widać nie byłam za młodu dość odporna na indoktrynację. Tylko proszę - nie kłóćcie się ze mną w internecie o to, jak bardzo mam czy nie mam racji!

fot. Anka Górajka

Więcej o: