Sylvester Stallone wcinający kiełbaski, pijany Orson Welles, Brad Pitt podrywający na czipsy i inne gwiazdy kina na usługach sektora spożywczego

Reklama podobno dźwignią handlu. A na pewno kamieniem węgielnym pod niejedną gwiazdorską rezydencję i znieczuleniem pod niejeden celebrycki lifting. Koncerny często wciskają nam swoje produkty za pomocą znanych twarzy, a sławy chętnie tych twarzy użyczają, oczywiście za odpowiednią cenę. Rezultaty bywają raz wyborne, raz niestrawne.

Tak, ja znowu o żarciu. A konkretnie o aktorach, którzy je reklamują. Nie wiem, czy kiedykolwiek kupiłam coś tylko dlatego, że w telewizji poleciła mi to znana osoba. Może dlatego, że zwykle tych osób nie poważam, a jeśli poważam, to gardzę reklamowanym produktem, a wtedy legitymizująca go, dotąd sympatyczna twarz zdecydowanie traci na urodzie. A może też dlatego, że za dużo wiem o reklamie, by traktować ją poważnie? Niemniej formuła musi się sprawdzać, skoro wciąż jest w powszechnym użyciu. W końcu - czy się kupi firmowany przez gwiazdę produkt, czy nie, to jednak się go zapamięta i skojarzy, nawet jeśli negatywnie. Ze względu na niezdrową fascynację jedzeniem, piciem i kinem, zawsze zwracam uwagę głównie na te reklamy, które zachwalają coś, co mogę zjeść lub wypić, za umowną pomocą aktora lub aktorki, których mogę zobaczyć w ulubionym filmie czy serialu. Poniżej kilka najciekawszych (dla mnie) przykładów.

Celebryci są celebrytami

Szanowany artysta, wielka gwiazda. Lata pracy na własną markę. I wtedy zgłasza się firma, której w badaniach wyszło, że ten a ten idealnie wpasowuje się w świat ich marki, i próbuje postawić między nimi znak równości. Jednak, jak pokazuje przykład powstałej na przełomie lat 70. i 80. reklamy wina musującego kalifornijskiej winnicy Paul Masson z Orsonem Wellesem w roli głównej, praca z pijanym mistrzem nie zawsze należy do najłatwiejszych.

 

Nie wiem, po ilu próbach udało się wycisnąć z upojonego boskimi bąbelkami geniusza choć jedno składne zdanie, ale spot w końcu powstał . Jak na dzisiejsze standardy trochę przegadany, ale połączenie najwyższej jakości leżakowanego alkoholu z poważanym, leciwym reżyserem nie było chyba złym pomysłem. Nawet, jeśli swoje największe dzieło artysta stworzył jeszcze przed trzydziestką, czyli jako nieopierzony gówniarz, a claim - czyli po reklamowemu główne hasło marki - Paul Masson brzmiał "We will sell no wine before its time". A przecież Welles był, i wciąż pozostaje, symbolem jednostki twórczej wyprzedzającej swe czasy. Dodatkowo, spece wychwycą zapewne ciekawostkę, że w latach 80. termin "szampan" najwidoczniej jeszcze nie był zarezerwowany tylko i wyłącznie dla trunków pochodzących z francuskiej Szampanii.

Podobny myk, czyli starszy, poważany aktor jako tak zwany ambasador marki, wykorzystano w Polsce przy okazji reklamy kawy Pedros z Januszem Gajosem.

 

Prościej, szybciej, bez zbędnych słów, i mimo że pewne zabiegi stylistyczne zastosowane w tej reklamie zdążyły się mocno zestarzeć, to jednak hasło "Pedros? Nie, Gajos." okazało się chwytliwe i utkwiło w kolektywnej pamięci. Przynajmniej na jakiś czas.

Teraz przechodzimy do kategorii "wielka gwiazda", bo w tym wypadku "szanowany artysta" to jednak lekka przesada. Na początku tego roku amerykański aktor (i nominowany do Oscara za film "Rocky" scenarzysta ) znany jako "Włoski Ogier" (bo przylgnął do niego przydomek filmowego Rocky'ego) Sylvester Stallone wystąpił w reklamie brytyjskiego chleba.

 

Obśmiał w niej kilka swoich najważniejszych ról, co może świadczyć o dystansie do siebie, choć myślę, że ten dystans zwiększa się zwykle proporcjonalnie w stosunku do wysokości gaży. Wybór produktu trochę mnie zaskoczył. Skąd to pieczywo? Obstawiałabym raczej jajka...

 

Inny filmowy twardziel, znany głównie z filmów Guya Ritchiego oraz ociekającej testosteronem serii "Niezniszczalni" (ze Stallonem w roli głównej, a jakże), brytyjski aktor Jason Statham wystąpił w reklamie słodziutkich batoników Kit Kat. Przepraszam za jakość nagrania, nie znalazłam lepszej wersji.

 

Statham serwuje nam wzruszającą opowieść o łososiu, który pokonując niezliczone przeszkody, bez chwili przerwy dąży do celu. Czyli śmierci. Na koniec w zgodzie z filozofią marki ("Czas na przerwę. Czas na Kit Kat.") podsumowuje: "Pamiętaj! Nie jesteś łososiem." Dzięki, Jason, postaram się nie zapomnieć.

Celebryci zanim byli celebrytami

Zanim zostali idolami, łapali się każdej fuchy. Najlepiej płacono za reklamę. Brali, co było. Dzięki temu, oraz internetowi, fani dzisiejszych bożyszczy tłumów mogą się napawać wczesnymi, komercyjnymi dokonaniami swych ulubieńców. Większość można zakwalifikować jako "heheszki z epoki" (lata 80/90), jak reklama czipsów Pringles z Bradem Pittem , czy Burger Kinga z Benem Affleckiem .

Jednak są też reklamy, których dzisiejsze gwiazdy nie muszą się wstydzić. Za taką uważam na przykład "Quarrel" dublińskiej agencji IIBBDO, nakręconą w 2003 roku dla piwa Guinness. Główną rolę zagrał Michael Fassbender .

 

Bohater pokonuje ocean, do tego wpław, by pogodzić się z kumplem. Już w tak krótkim i wczesnym filmie aktor zdążył zajawić swój talent do tworzenia postaci o dużym stężeniu emocji wyrażanych oszczędnymi środkami. Milcząca determinacja. No i pyszne piwo, wiadomo. W ostatniej scenie Fassbender zawiesza nagle spojrzenie na dziewczynie kolegi, więc możemy się domyślić, o co się chłopcy wcześniej poprztykali.

Celebryci w dzieciństwie

Tu też mowa o wczesnych występach późniejszych gwiazd, z tym, że jeszcze z czasów, gdy umowy w ich imieniu podpisywali rodzice. Panie i Panowie, przed wami nieletni Leonardo DiCaprio i Elijah Wood w reklamie sera.

 
 

Dwóch dzisiejszych gwiazdorów, różni zleceniodawcy, podobny produkt: ser. Przekorny DiCaprio namawia mamę do podebrania ojcu jego beztłuszczowego (aha, jasne) sera na kanapki, Elijah Wood swym popisowym później (wystarczy porównać z jakąkolwiek sceną z "Władcy Pierścieni" czy "Wszystko jest iluminacją" ) wytrzeszczem reaguje na magiczne pojawienie się pysznego, rozpuszczonego sera na talerzu nudnych, i co gorsza zdrowych brokułów.

Zagraniczni celebryci w Japonii

Był taki czas, gdy między wymagającymi rolami gwiazdy Hollywood mogły sobie dyskretnie dorobić na reklamie w Japonii. Dyskretnie, bo umowy zapierały klauzule, że spot nigdy nie zostanie wyemitowany poza wyspą. Nie trzeba się było obawiać plamy na wizerunku, a kasa się zgadzała. Win-win. Dzięki rozwojowi internetu wszystkie japońskie chałtury wypłynęły na powierzchnię, ku uciesze gawiedzi, czyli między innymi mojej.

Sean Connery reklamował we wczesnych latach 90. japońską whisky Suntory. Poniższy spot przedstawia dość przygnębiającą historię o starszym panu, któremu żyć się odechciewa, ale bierze łyk alkoholu i nagle świat staje się ciut znośniejszy. Ciut ciut. Możliwe, że to właśnie ta seria reklam zainspirowała słynną scenę z filmu "Między słowami" Sofii Coppoli .

 

Sylvester Stallone to prawdziwy międzynarodowy smakosz. W Anglii promował chleb, w Japonii z przekonaniem zachwalał tamtejsze kiełbaski, ku radości internautów. Żartom o miłości do kiełbaski nie było końca.

 

Zagraniczni celebryci w Polsce

W czasach, gdy polski bank reklamuje i Chuck Norris , i Kevin Spacey , a i Sophia Loren , Juliette Binoche oraz Monica Bellucci nie pogardzą naszą walutą, trudno sobie wyobrazić szaleństwo, jakie kiedyś wywołało zatrudnienie do spotu promującego elbląskie piwo EB samego Leona Zawodowca, czyli Jeana Reno . Mimo nakręconego z rozmachem i za spore pieniądze filmiku, celebryta nie pomógł, a marka na długie lata zniknęła ze sklepów. Ostatnio EB wróciło. Smakuje zupełnie nijak. Podejrzewam, że za moich czasów nie było dużo lepsze, ale człowiek był wtedy jakoś mniej wybredny i pił cokolwiek mu podał niekoniecznie wymagający dowodu tożsamości sprzedawca.

Z reklamami mam tak, że ani najgorsza nie obrzydzi mi tego, co lubię, ani najlepsza nie zachęci do kupienia znienawidzonego paskudztwa. Ale co sobie pooglądam, to moje. Chętnie pooglądam jeszcze więcej. Jeśli ktoś chce się podzielić swoimi własnymi typami w kwestii reklam jedzenia przy użyciu gwiazdy filmowej (serialowa też się nada), to proszę się nie certolić, proszę się dzielić!

Więcej o: