Bez męża czuję się, jak kot w pustym mieszkaniu

Gdy na kilka dni zostałam słomianą wdową, uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem zależna od mojego męża. I rośnie we mnie podziw dla singielek, które po pracy wracają do pustego mieszkania. Mnie przeraża puste mieszkanie z pustą lodówką, pustym stołem i pustym łóżkiem.

Singielką ostatnio byłam w wieku 15 lat. Ale to się chyba nie liczy. Właściwie nigdy nie byłam sama. Nigdy nawet sama nie mieszkałam. Z domu rodzinnego wyprowadziłam się do mieszkania, które dzieliłam z chłopakiem, a potem z mężem. W międzyczasie budowałam swoje życie. Jestem, a przynajmniej wydaje mi się, że jestem niezależna finansowo, zawodowo, życiowo. Zawsze myślałam o sobie jako o kobiecie samodzielnej. Nie potrzebuję mężczyzny, mamy, ani przyjaciółki, żeby doradzili mi, czy warto zmienić pracę, założyć lokatę w banku czy wyjechać na koniec świata.

Czujecie się czasami tak, że nie chcecie go wypuścić z ramion? fot. materiały prasowe filmu 6 years

Chyba dopiero w krótkich chwilach słomianego wdowieństwa uświadamiam sobie, jak bardzo polegam na tej drugiej osobie. Polegam na MĘŻCZYŹNIE, tfu, zło. W zakresie czynności najprostszych takich jak wynoszenie śmieci, parkowanie samochodu czy telefon do urzędu. I wtedy, gdy mam poważniejszy problem - pies jest nieposłuszny, w pracy stres mnie zżera albo próbuję skonfrontować się z niejednoznacznymi emocjami związanymi z zamachami w Brukseli. Bez męża czuję się jak kot w pustym mieszkaniu. Potrafię się rozpłakać z powodu pierdoły, pościć przez cały dzień, bo przecież dla jednej osoby nie warto niczego szykować, albo iść spać o 21, żeby zapomnieć o tym, że śpię sama.

Chyba nie jestem w tej nieporadności odosobniona. W nieporadności, która nie ma swojego źródła w braku środków, umiejętności, czy wiedzy. Wiem, że nie ma powodu płakać. Wiem, że zrobienie kanapki zajmie mi pięć minut. Wiem, że spanie, podobnie jak picie, wcale nie pomaga zapomnieć.

fot. Unsplash.com

W takich momentach targają mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony denerwuję się na siebie, że widocznie za mało doceniam obecność, jeśli nie radzę sobie z nieobecnością. Z drugiej, obwiniam się za to, że samodzielność, którą zbudowałam, widocznie jest pozorna, jeśli ogranicza się do tego, że potrafię zająć się pracą, wykonać przelew (ale płacenia rachunków już unikam), czy umówić się na spotkanie, a nie wchodzi w jej zakres radzenie sobie ze sobą na bardziej elementarnym poziomie.

Czując tę bezsilność, silnie związaną z poczuciem bezsensu dni, które spędzam sama, rośnie we mnie podziw dla singielek, które po pracy wracają do pustego mieszkania, karmią kota i przebierają się na randkę. Mnie przeraża puste mieszkanie z pustą lodówką, pustym stołem i pustym łóżkiem .

Czy samodzielność, którą uważałam za obowiązek każdej feministki, czyli każdej kobiety, rozumiałam błędnie? Choć nigdy nie oczekiwałam od mężczyzny, że będzie płacić za moją kawę, poświęci swoje marzenia po to, żeby zarabiać w korpo na moje zachcianki, ani nie zgrywałam bezbronnego dziewczątka, które rozkłada rączki, nie wiedząc, co uczynić z kompletem narzędzi, o co chodzi w meczu piłki nożnej i jak czytać indeksy giełdowe, potrzebuję drugiej osoby, najlepiej blisko, cały czas i w każdej sytuacji. Czyżbym już bezpowrotnie utraciła moją samodzielność? A może zamiast biczować się, że nie jestem kobietą z marmuru, ze stali ani z żelaza, dobrze ten brak samodzielności przekuć w siłę. Dopóki potrzeba bycia z drugą osobą nie przeradza się w emocjonalne uzależnienie, dopóki fajniej rozwiązywać problemy razem niż osobno, dopóki nie potrzebuję, żeby mąż odprowadził mnie za rączkę do pracy, włączył mój komputer i zapełnił dokument literkami, mogę spać spokojnie. Wciąż pozostaję samodzielną kobietą, z lekko tylko wybujałymi potrzebami emocjonalnymi.

Zobacz wideo
Więcej o: