Ja to ja, jestem córką Kłapouchego i Panny Grumpy Cat, nic więc dziwnego, że złorzeczę ludziom, światu i porom roku. Ale zewsząd dochodzi mnie ostatnio zmasowany protest, w którym: Luty, ty dziwko j est zdecydowanie najbardziej łagodnym określeniem. Och, gdybyście słyszeli, co o lutym mówi RedNacz...
Jest ciemno, rzygliwie i ciężko. I w taki właśnie dzień - zimny, przenikliwy, mroczny i ohydny (a był to przecież koniec lata!) angielska rodzina Durrellów zebrała się w salonie. Popatrzmy na nich.
Autor, Gerald, w chwili, kiedy rodzina wkracza na scenę - dziesięciolatek. Enfant terrible. Opętany ciekawością świata i ludzi, miłośnik przyrody, kolekcjoner flory i fauny, mały, podstępny, pomysłowy, bezwzględny w szaleństwie potwór, jak to dziesięciolatki, wiadomo.
Jego siostra - Margo, osiemnastolatka. Kwikliwa, nieudolnie kokieteryjna, wiecznie na diecie, uroczo głupkowata, nieustanny pechowiec, katalizator katastrof:
Leslie, dziewiętnastoletni, poirytowany, gwałtowny. Coś jakby młody Hemingway - wielbiciel strzelby i awantury.
Najstarszy z rodzeństwa, Larry, lat dwadzieścia trzy - intelektualista, egoista, satyr, mieszczuch.
Wreszcie matka - łagodna, bezradna, z trudem ogarniająca dama, wiecznie zdziwiona oś życia rodziny, syzyfowo próbująca przekazać swoim dzieciom jakieś zasady i trzymać pion.
Siedzą, jak wspomniałam, w ten ponury dzień w salonie, charczą, smarczą, cierpią na najróżniejsze choroby, nienawidzą świata i siebie wzajemnie. I nagle Larry wpada na pomysł: rzućmy to wszystko i jedźmy na Korfu.
To wyspa Korfu jest ich Bieszczadami, w które mają uciec przed nieznośnym, brytyjskim klimatem, ludźmi i życiem. Larry rzuca ideę i zapala się do niej całym Larrym, jak to on. Rodzina staje okoniem i nie zamierza sprzedawać domu, pakować całego dobytku i wynosić się na kraj świata, nie, stanowczo nie, nie ma mowy! Więc oczywiście - robią to.
To nie jest obiektywny opis życia angielskiej rodziny na greckiej wyspie, na początku dwudziestego wieku. Mimo iż - jak podkreśla stanowczo autor - wszystkie wydarzenia i postaci są całkowicie prawdziwe. I ja mu wierzę, lecz książki Durrella to bajka. Pełna słońca, zapachów, pięknych widoków, humoru, radości, smaków, zwierząt i kwiatów - bajka. Narratorem jest mały Gerry i oglądamy Korfu jego oczami, oczami miłośnika każdego skorpiona, dżdżownicy i węża, jakie napotka na drodze. Niestrudzony badacz przyrody, ciężko zafascynowany wszystkim co żyje, znosi jajka, karmi młode, pożera, wydala, poluje, zabija, buduje gniazda i kopie nory: Gerry jest demokratyczny w miłości - kocha puszyste szczeniaczki, małe sówki i osiołki na równi z pająkami, agresywnymi albatrosami i modliszką. Żyje w pięknej symbiozie z tubylcami i całym światem, nie może też uniknąć interakcji z rodziną, która jest... cóż... Durrellami. Ze wszystkimi durrellowskimi szaleństwami, fobiami, awanturami, kłótniami i namiętnościami. Żyją, przeżywają, obserwują, polują, piszą, stroją się, gotują, zmieniają kolejne domy, walczą ze służbą, sprowadzają na wyspę swoich - równie szurniętych, jak oni - przyjaciół. Nawet, kiedy Margo zalewa się łzami, Larry dostaje szału, Leslie robi koleją dziwną, niebezpieczną rzecz, a Gerry szczuje rodzinę jadowitymi skorpionami - z każdego zdania bije radość życia, zaraźliwa, ujmująca, szczera.
Mały Gerry dorósł, ale nie wyrósł ze swoich pasji. Wydał wiele książek, opisywał swoje życie i podróże po całym świecie, ale ja najbardziej lubię - i chcę Wam polecić - te cztery. Najwięcej w nich tego, co nam teraz potrzeba. Nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że w tych czterech pisze dużo o swojej rodzinie. A ostatnio bardzo bym chciała być Durrellówną. Przeczytajcie, a zrozumiecie - dlaczego.
Tradycyjnie wykładam się przy próbie rekomendacji książek, które znaczą dla mnie najwięcej. Zawsze mam wrażenie, że nie umiem - zachęcić, oddać uroku, przekazać, jakie to dobre. Uwierzcie mi jednak - te książki to idealne lekarstwo na cholerny luty, roku 2014. Robi się od nich lepiej, łatwiej, zaczyna się wierzyć, że jeszcze kiedyś przyjdzie lato i że w końcu będzie dobrze.