W latach dziewięćdziesiątych, jak co drugie polskie dziecko, spędzałam lato z dala od cywilizacji. Dni upływały mi na taplaniu się w rzece, wróżeniu z trawy i opychaniu się jagodami prosto z krzaka. Gdy robiło się ciemno i chłodno, mama rzucała hasło "długi rękaw!" i latała za mną ze smrodliwym sprayem na komary. To była sielanka, na którą czekałam cały rok. Dwa miesiące radochy.
Odwidziało mi się z dnia na dzień. Miałam 14 lat i nastoletnia duma nie pozwoliła mi maszerować z ręcznikiem przez cały ośrodek, żeby zadbać o minimum higieny. A poza tym, ile można siedzieć w głuszy? Moja miejska tożsamość domagała się kin, muzeów, barów, gwaru. Z dnia na dzień wypięłam się więc na las i rzekę, a każdemu, kto pytał odpowiadałam ze śmiechem, że jestem mieszczką i ślubowałam miastu, że go nie opuszczę aż do śmierci . Rodzice upierali się, że jeszcze kiedyś zachce mi się na wieś (rozumianą, gwoli ścisłości, jako letnisko na wygwizdowie, a nie podmiejska miejscowość, gdzie mieszka się w po królewsku), a ja przewracałam oczami, przekonana, że miasto mam we krwi, a wieś wymaga innego temperamentu. To przekonanie rosło we mnie, aż do... ubiegłego czwartku. To właśnie wtedy po długim, upalnym lecie bez urlopu, w ziejących gorącem stołecznych murach, obudziłam się rano w poczuciu, że muszę uciec od cywilizacji.
Serdeczne pozdrowienia z krainy WOLNOŚĆ! (fot. Olaszka)Nie chodziło o popularną w ostatnim czasie permanentną korpo-ucieczkę - nie chciałam rzucać wszystkiego i przeprowadzać się na wieś, żeby zamiast tabelkami w Excelu władać, dajmy na to, polem lawendy. Nie marzyłam też o tym, żeby oddać się bez reszty rzemieślniczemu serowarstwu albo zacząć żywić się wyłącznie tym, co wyrośnie w moim ogródku. Chodziło tylko o to, żeby przez chwilę pobyć z dala od ludzi, a blisko natury. Wstałam więc o piątej rano i cztery przesiadki później, dotarłam na najgłębsze Podlasie, aby na dobę zamieszkać w lesie nad rzeką. To była najlepsza decyzja tego lata. Dlaczego? Mogłabym wyliczać bez końca.
Żywej duszy. Tylko ja (fot. Olaszka)Po pierwsze, na podlaskiej polanie miałam gwarancję odosobnienia, które w cywilizacji - jeśli w ogóle osiągalne - jest luksusem. W mieście wiecznie na kogoś wpadam, ktoś ociera się o mnie w pękającym w szwach autobusie. A w lesie? Żywej duszy. Najwyżej para emerytów pięć domków dalej. Dobrze wybrana kryjówka to taka, w której brak zasięgu, a więc i brak telefonów od mamy ("Córeńko, takie szybkie pytanie, czy powinnam przemalować kuchnię na lila róż, czy brudny lila róż? ") i szefa ("Przepraszam, że cię niepokoję w dzień wolny, ale jesteś niezastąpiona - nikt inny nie wie gdzie leży zszywacz ").
Wstaję rano, otwieram drzwi i proszę (fot. Olaszka)Skoro już mówimy o braku zasięgu - uważam, że wystarczy jeden dzień w głuszy, żeby uświadomić sobie, że jesteśmy szaleńcami zniewolonymi przez technologię . Przykład? W zeszły piątek o szóstej rano pani emerytka z domku numer sześć przyłapała mnie na skakaniu na jednej nodze pod trzecią sosną po lewej od rozwidlenia dróżek. Powiedziano mi bowiem, że to właśnie w tym miejscu mam szansę zassać z internetu ten cholernie ważny e-mail, który domaga się, by go niezwłocznie przeczytać. Bladym świtem robiłam więc w kwiecistej piżamie piruety pod sosną i, uciekając się do najparszywszego voodoo, zaklinałam wszystkie słupy telekomunikacyjne w okolicy - a wszystko to w imię jednej kreseczki zasięgu. W odpowiedzi na tę absurdalną choreografię i rytuały, mój jaśnie smartfon pokazywał mi środkowy palec i łączył mnie z białoruskim roamingiem . Dopiero w połowie wyjazdu poddałam się, pieprznęłam telefon w kąt i zaczęłam cieszyć się wyżej wspomnianym odosobnieniem, ciszą i świeżym powietrzem.
A właśnie - cisza i świeże powietrze! W mieście cisza zawsze jest towarem deficytowym. Nawet w nocy autobusy rzężą, sąsiad z góry urządza domówkę, a dwie ulice dalej wyje alarm samochodowy. A na obszarze wiejskim słychać tylko to, co w trawie piszczy. Podobnie jest z zapachem. Miasto pachnie jak spaliny, stara frytura, "szlugi i kalafiory", ciężkie perfumy pani z ostatniego piętra i sfermentowana wóda uwalniana przez pory pijaczka, który klapnął tuż obok w tramwaju. A na łonie natury króluje zapach siana, żywicy, łąki w rozkwicie - nawet rzekomo śmierdzące krowie placki cuchną subtelniej niż miejskie psie kupy rozkładające się na chodnikach. Nic, tylko wsłuchiwać się w ciszę i sztachać naturą!
Nic, tylko leżeć i czytać (fot. Olaszka)Na wszystko starcza czasu. Jest go tak cholernie dużo, że w jeden dzień można upchnąć leżenie i opalanie, dwieście stron książki, jogę al fresco, ognisko i rowerową przejażdżkę. W mieście czas kradną nam czcze zajęcia typu oglądanie zdjęć kotków w internecie albo to wieczne kreowanie wizerunku. Bo życie w metropolii zobowiązuje - musisz stworzyć spójny obraz siebie, więc malujesz się i stroisz i idziesz do miejsc pieczołowicie wyselekcjonowanych spośród różnorodnej oferty miasta - ulubionej knajpki i kawiarni i kina. Na letnisku panuje natomiast demokracja - wszyscy robią mniej więcej to samo i nikt się nie wysila, żeby podkreślić swoją odrębność wyglądem. Mnie wystarczyło pięć minut w lesie, żebym poczuła, jak absurdalne są moje codzienne wygibasy z pędzlem do różu i zaczęła się stylizować wg jednego słowa-klucza: "wygoda". Bo na odludziu wszystko przejdzie - rozczochrany łeb, spłowiały dres, zmechacony sweter i stare drewniaki też. Otrę się o banał, ale powiem to głośno i wyraźnie: to niesamowicie wyzwalające.
Dotarło do mnie też coś, co niby wiem, a chyba nie doceniam - miasto jest królestwem komfortu.. Nie mam na myśli tego, że każdy dysponuje pułkiem sprzątaczek i podgrzewaną podłogą. Chodzi mi o zwyczajne udogodnienia życia codziennego: stały dostęp do bieżącej wody - także ciepłej, centralne ogrzewanie i inne cuda jak całodobowe supermarkety i gęsta sieć komunikacji miejskiej. Domek w lesie rozliczył mnie z wygodnickich przyzwyczajeń. Choćby tym, że jego cieniutkie ściany niczym się nie przejmowały i przepuszczały temperaturę z zewnątrz. Koło południa można więc było się ugotować, ale za to o piątej rano telepało mną z zimna. W domu wlazłabym do wanny z gorącą wodą, ale tu trzeba było dać boilerowi godzinę na rozgrzewkę. Wyzwaniom nie było końca. Jak ugotować obiad na jednym palniku? O, skończyły się jajka, a do najbliższego sklepu się nie "skacze" tylko zachrzania osiem kilometrów. Taksa? Nie ma. Pizza na telefon? Bez żartów! Być biedakiem bez samochodu w domu letniskowym to niezła lekcja i test charakteru. Z dumą donoszę, że okazało się, że nie jestem jeszcze taką paniusią, żeby się w balii nie umyć, ale przyznam też, że po powrocie chciałam się przytulić do mojej zszarzałej wanny z wdzięczności za to, że jest i wspiera mnie w życiu codziennym.
Nawet słońce zachodzi piękniej niż w mieście (fot. Olaszka)