Mniej więcej w kwietniu zaczyna się szał na odchudzanie przed wakacjami. Strony główne wszystkich serwisów, programy telewizyjne, audycje radiowe, nie mówiąc już o reklamach, aż kipą od złotych porad, jak schudnąć do lata. Na facebooku ludzie przyłączają się do kolejnych grup - trzydzieści dni do płaskiego brzucha, dwa miesiące do talii osy i jędrnej pupy, czy pięć kilo mniej w miesiąc. Nie twierdzę, że to jest zupełnie pozbawione sensu. Jeśli ktoś ma potrzebę zrzucenia paru kilogramów, żeby poczuć się lepiej, nie widzę w tym nic złego, o ile nie katuje ciała drastyczną dietą. Motywacja grupowa, którą dają akcje w serwisach społecznościowych dla wielu osób jest bodźcem, aby zacząć bardziej dbać o siebie, częściej ćwiczyć. Bardziej zastanawia mnie to, co dzieje się później, kiedy odchudzony człowiek jest na wymarzonym urlopie. Dociera do swojej mety, lżejszy i szczuplejszy i... zaczyna imprezę - hulaj dusza, piekła nie ma. Na wakacjach przecież można sobie pofolgować, prawda?
W tym roku złożyło się tak, że miałam okazję pozwiedzać Polskę. Kilka krótkich wyjazdów na Warmię, Mazury, nad morze. Na nowo zakochałam się w północnej części Polski - w przyrodzie, widokach, zapachu powietrza. Niestety, nie wszystko zrobiło na mnie tak dobre wrażenie.
Podzielę się z wami swoimi obserwacjami, bo to, co miałam okazję zobaczyć, trochę mnie zasmuca. Wszędzie gdzie byli ludzie widziałam piwo, piwo i jeszcze raz piwo, a także chipsy, hot dogi, zapiekanki, kebaby, pizze, kiełbasy... Na zmianę z goframi, lodami, ciastkami. Jak to się dzieje, że większość ludzi na wczasach, od rana do wieczora siedzi lub leży, jedząc i pijąc? Byłam w małych miasteczkach, na wsi i na turystycznej plaży i wszędzie wyglądało to w miarę podobnie. Piwo lało się strumieniami, od południa do nocy towarzyszyło zmęczonym - słońcem lub jego brakiem - wczasowiczom. Niezależnie od pogody ludzie wcinali tłuste mięsiwa, hamburgery czy hot dogi. Robią to wszyscy - młodzi, ci w średnim wieku i starsi. W malutkiej wsi spotkałam turystów, którzy przyjechali samochodami nad jezioro, rozbili sobie namiot przy brzegu i przez następne trzy dni siedzieli na krzesełkach nad wodą, pili piwo i jedli kiełbasy z ogniska (jak można rozpalać ognisko na łące w trzydziestostopniowym upale, podczas suszy!?). Sportem, spacerem, zobaczeniem wielkiego piękna, które było tuż na wyciągniecie ręki nie byli w ogóle zainteresowani. W końcu mają urlop, tak? Nie będą się przecież męczyć.
To co? Po piwku? / fot. Przemysław Jendroska AGSpotkałam naprawdę niewiele osób, które by spędzały czas inaczej, przebiegły się albo chociaż zajmowały się z dziećmi. Raczej dzieciaki bawią się na plaży, a rodzice w tym czasie, schowani za parawanem oddawali się błogiej konsumpcji. Nie mówię, że to jest reguła i nie chciałabym nikogo urazić, ale zjawisko całkowicie biernego wypoczynku naprawdę rzucało się w oczy.
Mam też paru znajomych, którzy decydują się na wakacje all inclusive. Drinki przy basenie, open bar, stoły suto zastawione jedzeniem, niestety nie zawsze dobrej jakości. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, o każdej porze dnia i nocy. Z takich wczasów trudno jest nie wrócić z nadbagażem. Moi znajomi co roku wracają o parę kilo ciężsi. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że przecież im to przeszkadza. Po pierwsze, jak sami mówią - po urlopie najpierw muszą trochę dojść do siebie, bo alkohol i szalona ilość jedzenia nie pomagają wypocząć i naładować akumulatorów. Następnie zaczynają kolejną kurację odchudzającą, Robią postanowienia, kupują karnet na siłownię i nowe buty do biegania, bo tym razem to już naprawdę muszą coś ze sobą zrobić. Niekończąca się historia.
All inclusive - także kilka kilo nadwagi po takim lunchu / fot. ShutterstockW tym roku znowu we wrześniu zagęści się w fitness klubach, w gabinetach dietetyków będzie więcej pacjentów, a w telewizji będzie się mówiło o odchudzaniu jeszcze częściej niż teraz. Ludzie będą przechodzić na chwilowe diety, które dadzą krótkotrwały efekt, bo nie będą zmianą nawyków, tylko drogą do kolejnego celu - przyjęcia, wesela, sylwestra... Błędne koło.
Oczywiście, każdy spędza wakacje tak jak chce i jak lubi. Nie mnie to oceniać. Jeden lubi podróżować z plecakiem, inny chodzić po górach, jeszcze inny leżeć na plaży. Tylko może fajniej jest poleżeć z książką i dopiero wieczorem zmienić ją na drinka? Może lepiej zamiast chipsów wziąć na plażę świeże owoce? Może smaczniejsza jest ryba (choć o dobrą nie jest łatwo) z surówką - zamiast karkówki z frytkami? A przede wszystkim warto zachować umiar, żeby zaraz po urlopie nie musieć przechodzić na "dietę cud", bo kolekcja jesienna czekająca w szafie dziwnie skurczyła się podczas naszej nieobecności.