Pani Małgorzata była dzieckiem, gdy przesłuchało ją UB. Rodzina uznała ją za zagrożenie. "Zostaliśmy upokorzeni"

"Zbiry z UB przeszukały nasz dom, wywracając wszystko do góry nogami; ordery, rzecz jasna, zostały skonfiskowane, podobnie jak wszystkie dokumenty i przedmioty, które składały się na naszą pamięć, na naszą rodziną historię; zostaliśmy ograbieni z naszych najdroższych pamiątek, z naszej historycznej tożsamości" - wspomina w swojej książce Marguerite-Christine Świrczewska.
Pani Małgorzata była jeszcze dzieckiem, gdy rodzina uznała ją za zagrożenie. 'Zostałam wykluczona'
Zdjęcie ilustracyjne: arrowsmith2//shutterstock

Marguerite-Christine Świrczewska to pisarka, publicystka, propagatorka polskiej kultury i filantropka mieszkająca we Francji. Dzięki uprzejmości autorki publikujemy fragment z pierwszego tomu książki "Ego-grafia lub życie polskiej emigrantki" wydanej przez Editions Éncre Rouge.

Zobacz wideo 300 zł to za mało? Rodzice mówią, ile kosztuje wyprawka szkolna:

Lekcje historii były podporządkowane ideologii władzy

W czasach mego dzieciństwa obowiązywały dwie wersje historycznych faktów, co zresztą odnosiło się też do wszystkich wartości: nauczyło mnie to bardzo wcześnie - ze szkodą dla mnie samej - że powinnam, bez względu na okoliczności, zachowywać rezerwę i powściągać język. Lekcje historii w szkole były podporządkowane ideologii władzy; nie nauczono prawdziwej historii Polski. Mówienie o niej czy choćby wzmianka na jej temat były całkowicie zakazane przez rząd naszego kraju, który był sterowany z zagranicy przez Wielkiego Brata, Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Moja Babcia w największej tajemnicy czytała mi zapiski pozostawione przez członków naszej rodziny, ucząc mnie w ten sposób tego, co uważała za prawdziwą historię naszego kraju - gdy mówię, że je czytała, nie jestem precyzyjna, w istocie recytowała mi obszerne teksty z owej prawdziwej historii Polski, którą znała na pamięć i która pozostawała w sprzeczności z tym, czego uczyliśmy się w państwowych polskich szkołach, będących pod wpływem komunistów i narzuconej przez nich Dyktatury Proletariatu.

Te lekcje przekłamanej historii prowadzono celowo, żeby osłabić naszą zbiorową dumę; chodziło o to, by zgnieść, zabić w zarodku najmniejszy przejaw polskiego ducha oporu! Ta podwójna edukacja nauczyła mnie, że co innego trzeba mówić w domu, a co innego w szkole czy w obecności ludzi niezwiązanych z naszą rodziną. Choć już do tego przywykłam, było to dla mnie niezwykle trudne ćwiczenie: takie zachowanie było całkowicie sprzeczne z zasadą, ktorą bliscy wpajali mi od dzieciństwa: "Trzeba zawsze mówić prawdę, nawet jeżeli rani!".

Był to wielki dylemat moich najmłodszych lat i wieku dorastania: co powinnam powiedzieć, a czego nie mówić? Inne dzieci nie miały tego rodzaju zmartwień: chcąc być w porządku, naśladowały po prostu zachowania dorosłych ze swego otoczenia. Tymczasem mnie absolutnie nie było wolno kopiować manier, postaw i sposobu myślenia, jakie dominowały w naszym rodzinnym gronie. Wręcz przeciwnie, musiałam rozumować jak dorosła osoba, mająca świadomość mentalnego zakłamania moich rozmówców, których w tymże rodzinnym kręgu nazywano, z nieskrywaną ironiczną wzgardą, "komunistami i wyzwolicielami naszej Ojczyzny, przyjaciółki polskiego ludu".

To doprowadziło do sytuacji dramatycznej

Trzeba przyznać, że dla małej, sześcio czy siedmioletniej dziewczynki, to była mission impossible ( z ang. Misja niemożliwa)! W ten właśnie sposób resztki mojej dziecięcej niewinności oraz pragnienie, by zawsze wszystko robić jak najlepiej, doprowadziły do sytuacji dramatycznej i niebezpiecznej dla mojej rodziny, sytuacji, która naraziła na szwank nasze rodzinne więzi.

Moja szkoła podstawowa w Warszawie mieściła się w zwykłym baraku, dopiero co wzniesionym wśród rodzinnych ruin; wnętrze było surowe i niezbyt przyjemne dla oka. W klasie stały rzędy ławek z jasnego drewna. My, uczniowie, nosiliśmy takie same granatowe fartuszki, ozdobione białym kołnierzykiem. Tego dnia - było to na lekcji historii - nasza nauczycielka, przerywając głęboką ciszę, którą można by krajać nożem, poprosiła, byśmy nazajutrz przynieśli do szkoły odznaczenia czy inne pamiątki rodziców, czy dziadków, którzy się wyróżnili w walce o wolność naszego kraju.

Zdecydowałam, że się bardzo postaram i nie zawiodę pani: od razu ujrzałam w myślach sekretną szufladę, gdzie moja Babcia chowała dyplomy, medale i odznaczenia, które Dziadek, ojciec mojej Mamy, otrzymał w ciągu swojego długiego żywota. Ach, pani nauczycielka chce mieć bohatera, który się wsławił, walcząc o niepodległość Ojczyzny, i będzie go miała!

Ujawnienie zawartości tej skrytki byłoby równoznaczne ze skazaniem całej rodziny

Babunia tak często mi opowiadała, jak dzielnym człowiekiem był jej mąż. Studiował w Szkole Wojskowej w Paryżu i zdobył dyplom oficera wojsk inżynieryjnych. Podczas służby wojskowej napisał podręcznik budowy mostów pontonowych, w którym przedstawił nowy rodzaj konstrukcji, służącej do przeprawiania się przez rzeki: chodziło o łatwe w transporcie pontony, które połączone ze sobą mogą utworzyć most w rekordowym czasie. Latem 1920 roku, podczas wojny między młodą Rzeczpospolitą Polską a bolszewicką Rosją, ta innowacja techniczna pozwoliła polskiej armii uderzyć na tyły najeźdźcy, zmuszając go do ucieczki.

Kapitan Romuald Buzkiewicz (mój Dziadek) ułatwił naszym oddziałom przekroczenie dopływu Wisły, Wieprza, i otoczenie Armii Czerwonej: dzięki temu wynalazkowi agresor został pokonany pod Olszynką Grochowską. Czerwoni nie byli w stanie zająć Warszawy, stolicy naszego tak niedawno wyzwolonego kraju! Ten prawdziwy CUD NAD WISŁĄ był możliwy tylko dlatego, że nasi żołnierze posłużyli się technologią wymyśloną przez mojego dziadka; to czyniło zeń BOHATERA, a mój Dziadek otrzymał potem wysokie odznaczenie z rąk głowy państwa, marszałka Józefa Klemensa Piłsudskiego.

Oprócz dyplomów i odznaczeń Dziadka, w sekretnej szufladzie spoczywał prawdziwy rodzinny skarb, wszystko to, co stanowiło o naszej tożsamości: był tam - między innymi - nasz herb i pierścień, na którym nasze godło wygrawerowano w rubinie; fakt, ze rodzinny herb ma czerwone tło, wynikał z wyjątkowego przywileju, jaki królowie Polski przyznawali tylko nielicznym rodom za ich szczególne zasługi dla Ojczyzny. Właśnie tę tożsamość komuniści u władzy zawzięcie zwalczali, była ewidentnym dowodem, że nie mamy chłopskich ani robotniczych korzeni, a tylko one były dla Dyktatury Proletariatu politycznie poprawne; ujawnienie - nawet częściowe - zawartości tej skrytki byłoby równoznaczne ze skazaniem całej rodziny.

Agenci UB przyjechali do szkoły

Tyle tylko, że w mojej naiwności szkolnej uczennicy, nie byłam w stanie zrozumieć wszystkich tych niuansów: mój Dziadek ocalił Polskę przed inwazją i został za to wyróżniony; musiałam pokazać jego odznaczenia mojej nauczycielce, przekonana, że mi pogratuluje, jako wnuczce polskiego Bohatera! Niestety skutek był całkiem inny, niż sobie wyobrażałam. Twarz nauczycielki zastygła w grymasie osłupienia, potem wykrzywiła ją złość, a ona zaczęła krzyczeć po rosyjsku "swołocz, swołocz". Gwałtownie chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła do gabinetu dyrekcji. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko: zostałam odizolowana od innych dzieci, a przedstawiciele Ładu Publicznego - agenci UB - przyjechali do szkoły, żeby mnie przesłuchać, zadając mi w kółko te same pytania; ja odpowiadałam im w dobrej wierze, że nie rozumiem, że przecież mój Dziadek bronił swojego kraju przed inwazją i został za ten czyn odznaczony, że pokazując jego order, spełniłam tylko polecenie nauczycielki, że... W mojej spontanicznej prostocie zupełnie zapomniałam o tym, że w roku 1920 Polska była wrogiem bolszewickiej Rosji, która próbowała ją anektować, podczas gdy w roku 1944 ten sam kraj, Związek Sowiecki, stał się "wyzwolicielem i protektorem" Polski!

Co gorsza, działając w tak nierozważny sposób, dostarczyłam czerwonym wszelkich dowodów, że moja rodzina brała aktywny udział w walce z rodzącym się ZSRR i została za to wynagrodzona; wywołałam kataklizm, który miał spaść na głowy moich bliskich. Zbiry z UB przeszukały nasz dom, wywracając wszystko do góry nogami; ordery, rzecz jasna, zostały skonfiskowane, podobnie jak wszystkie dokumenty i przedmioty, które składały się na naszą pamięć, na naszą rodziną historię; zostaliśmy ograbieni z naszych najdroższych pamiątek, z naszej historycznej tożsamości.

Zostaliśmy upokorzeni, poniżeni, ośmieszeni

Tatę niezwłocznie aresztowano, gdy prowadził wykład na Politechnice i zakazano mu nauczania, nie mógł być nawet asystentem innego profesora. Mamę przesłuchiwano bez końca. Spokój naszego przytulnego domu, zbudowany cierpliwie za cenę niezliczonych wyrzeczeń i mimo piętrzących się trudności w tych latach stalinowskich, został nieodwracalnie zburzony; zostaliśmy upokorzeni, poniżeni, ośmieszeni i zmuszeni do milczenia, do podporządkowania się temu nieludzkiemu reżimowi, Dyktaturze Proletariatu. I przez moją naiwność, przez moją dziecięcą niewinność to ja doprowadziłam do tej tragedii!

EGO-GRAFIA; lub życie polskiej emigrantki
EGO-GRAFIA; lub życie polskiej emigrantkiMarguerite-Christine Świrczewska

Uważano mnie za potencjalne zagrożenie

Władze postanowiły przenieść mnie do innej szkoły, straciłam wszystkich przyjaciół, wszystkie punkty odniesienia. W naszym domu życie z trudem wracało na swoje tory, powoli niemal do normalnego stanu; jednak coś się ostatecznie popsuło, pękło w naszym rodzinnym życiu. Mama płakała całymi tygodniami i za każdym razem, gdy starałam się ją pocieszyć, odpychała mnie gwałtownie od siebie. Po tym jakże bolesnym incydencie nie miałam już dostępu do szaf, szuflad i innych potencjalnych skrytek, jakimi dorośli członkowie rodziny mogli jeszcze dysponować. Nie wspominano już także w mojej obecności o przyszłości naszego rodu - co wyjaśnia, dlaczego wiem tak niewiele na temat moich przodków. Rozmowy rodziców na ten temat toczyły się za zamkniętymi drzwiami; uważano mnie za potencjalne zagrożenie. Moi rodzice odsunęli mnie od rodzinnych tajemnic; zostałam wykluczona z ich kręgu, stałam się kimś obcym w łonie własnej rodziny! 

Więcej o: