Ciągle muszę odpowiadać na to pytanie... Przygotowałam sobie dwie odpowiedzi. Jedną poetycką - to cytat z hiszpańskiego dramaturga Pedra Calderona de la Barca, który powiedział: "Jeśli miłość nie jest szaleństwem - nie jest miłością". A drugą bardziej serio - że oczywiście, jest chorobą, widnieje nawet na liście chorób WHO jako pozycja F63.9.
"Inne uzależnienia".
Ale pytanie też nie jest poważne. Chorobą nazywamy to, co zakłóca działanie organizmu lub jego części. Miłość z pewnością to robi - zakłóca naszą percepcję, wpływa na zmiany nastroju, nieszczęśliwa miłość w skrajnej sytuacji może nawet doprowadzić do śmierci. Czasem mówi się żartobliwie, że dla psychologa nie ma ludzi zdrowych. Zauważyłam na przykład, że przed rozpoczęciem wywiadu pięć razy przesuwał pan dyktafon na moim biurku, co może świadczyć o syndromie anankastycznym - ma pan problemy z podejmowaniem decyzji, bo wiecznie pragnie pan odnaleźć możliwe najdoskonalsze rozwiązanie problemu, czy to będzie wybór najlepszej restauracji w całym mieście, czy najlepszego punktu na całym biurku na położenie dyktafonu. Zgadłam?
Mniejsza z tym. To też widnieje na liście chorób - z numerem F60.5 - ale w sumie to pańska decyzja, czy panu z tym się dobrze żyje, czy też chciałby pan się tego pozbyć i śmiało podejmować decyzje, które może nie są najdoskonalsze, ale za to nie trzeba nad nimi medytować godzinami.
Wyleczenie tego może być, niestety, cięższe od wyleczenia miłości, zwłaszcza wcześnie wykrytej. I tak jak z dążeniem do perfekcji nie ma sensu stawiać pytania o to, czy to jest choroba, czy nie - ważne jest tylko pytanie, czy mi z tym dobrze, czy chcę tak dalej żyć, czy to mi daje więcej cierpienia niż radości, pomaga mi żyć czy stanowi zagrożenie.
W USA same tylko koszty postępowań rozwodowych to 20 mld dol. rocznie, ale przecież każdy, kto się rozwodził, wie, że opłaty sądowe i honoraria prawników to wierzchołek góry lodowej, są przecież jeszcze cierpienia dzieci i ogólne powikłanie całego życia. Śmiało więc możemy tę kwotę pomnożyć przez pięć, co da nam sumę znacznie większą od skutków wypadków samochodowych czy nadwagi - z tego, co pamiętam, to jest to mniej więcej 50 mld.
To tak, jakby pan powiedział: "Mówiliśmy o słodkich batonikach, a nie o nadwadze". Albo: "Mówiliśmy o rozkoszy pędzenia dwieście na godzinę, a nie o wypadku samochodowym". Przecież rozwód nie bierze się znikąd! Na samym początku tej drogi są te wszystkie romantyczne spotkania w parku, czułe spojrzenia, rozmarzone westchnienia. Sama słodycz, prawda? Tak samo jest z batonikiem. Tysiąc batoników później mamy jednak problem z nadwagą i kilka pilnych wizyt u dentysty. A tysiąc westchnień później możemy mieć typową sytuację miłosnego pata - razem nie możemy żyć, bo do siebie nie pasujemy, ale osobno też nie bardzo, bo się zakochaliśmy.
Wprost przeciwnie. Nie jestem też wrogiem ani batoników, ani szybkich samochodów. Jestem najwyżej zwolennikiem liczenia kalorii oraz zakładania w szybkich samochodach poduszek powietrznych i mocnych hamulców. Zwłaszcza prawicowe media lubią mnie przedstawiać jako wroga rodziny, ale w rzeczywistości w swojej karierze zawodowej uratowałam więcej małżeństw niż niejeden terapeuta rodzinny.
Przy klasycznym trójkącie pojawienie się "tego trzeciego" czy "tej trzeciej" często prowadzi do wytworzenia nowej relacji miłosnej - bez rozerwania starej. Człowiek jest z natury zdolny nie tylko do poligamii, lecz także do poliamoryzmu - można kochać kilka osób naraz. I wtedy nie da się znaleźć takiego wyjścia, żeby wszyscy byli szczęśliwi - przynajmniej jedna osoba wyląduje samotna, zrozpaczona, odtrącona. A przy ludzkim talencie do wyszukiwania kompromisów mogą tak skończyć wszyscy troje. Chyba że takim kompromisem okaże się terapia w mojej klinice. Wielu moich klientów to ludzie, którzy wykryli u siebie wczesne objawy niebezpiecznej miłości do "trzeciego" i przyjechali, by uchronić małżeństwo.
W przypadku miłości to jest dużo prostsze! We wczesnej fazie miłości w układzie nerwowym uwalnia się wiele neuroprzekaźników o działaniu euforyzującym. Osoba w tej fazie zachowuje się trochę jak ktoś, kto zażył euforyzujący narkotyk, albo ktoś w fazie maniakalnej choroby bipolarnej. Jest cały czas pobudzona, nie potrzebuje snu, bo nie zna uczucia zmęczenia, najchętniej cały czas by tańczyła, śpiewała lub przynajmniej biegała w kółko. Świat wydaje się piękny, wszyscy ludzie sympatyczni, a obiekt uczucia miłosnego wydaje się aniołem, który zstąpił na ziemię. Człowiek czuje się tak szczęśliwy, chciałby każdemu o tym opowiedzieć. Dlatego właśnie mamy bardzo wiele wierszy czy piosenek opisujących tę wczesną fazę miłości. Moim ulubionym portretem tej fazy jest scena z komedii Woody'ego Allena "Zagraj to jeszcze raz, Sam", w której Woody Allen biegnie na randkę z Diane Keaton. Biegnie nadrzecznym bulwarem i koniecznie chce pozdrowić każdą mijaną osobę. Radośnie klepie w plecy kogoś siedzącego na ławce i robi to z takim rozmachem, że ten wpada do rzeki, ale Woody w tej fazie nawet tego nie jest w stanie zauważyć.
I w tym jest problem. Tak samo jest z fazą maniakalną - chory często odmawia leczenia, bo twierdzi, że przeżywa najwspanialsze chwile swojego życia, a poza tym jest nowym wcieleniem Jezusa Chrystusa, więc nie interesują go przyziemne problemy, o których mówi psychiatra. Jednak trzeba go leczyć, bo w tej fazie stanowi poważne zagrożenie dla siebie samego i otoczenia - nie czuje bólu ani zmęczenia, ignoruje sygnały swojego organizmu, szasta pieniędzmi na prawo i na lewo, prowadzi samochód jak szalony, bo czuje się nieśmiertelny. Miłość w tej fazie stwarza podobne zagrożenia. Nie myśli się o antykoncepcji, o chorobach przenoszonych seksualnie, ufa się partnerowi bez reszty. Korzystają z tego oszuści matrymonialni - w tej fazie zakochana osoba pożyczy dowolną sumę pieniędzy, zgodzi się kupić mieszkanie na cudze nazwisko. Jak niebezpieczna dla siebie i otoczenia może być w tej fazie, pokazuje sprawa z 1986 roku, kiedy palestyński terrorysta uwiódł młodą Angielkę, po czym umieścił ją na pokładzie samolotu El-Al lecącego do Izraela z kilkoma setkami pasażerów. Rzekomo mieli tam wziąć ślub, jemu oczywiście coś wypadło, więc musiał lecieć następnym samolotem, ale koniecznie chciał, żeby ona poleciała wcześniej i zabrała dla jego rodziny paczkę, która okazała się bombą.
Chemiczny koktajl, jakim karmi nas matka natura, zmienia skład. Przedtem miłość działała jak narkotyk euforyzujący, który nam kazał tańczyć i biegać, a teraz działa raczej jak wywołujący błogość i rozkoszne otępienie narkotyk z grupy opiatowej. Odpowiedzialne za to substancje nazywamy endorfinami, a nazwa ta to po prostu skrót od "endogennej morfiny", czyli narkotyku wytwarzanego przez sam organizm. Bliskość ukochanej osoby sprawia, że czujemy się bezpiecznie, lubimy spać w jej ramionach, przywołujemy jej imię, kiedy czujemy ból czy strach, bo sama myśl o niej daje nam metaforyczny zastrzyk prosto w żyłę. W tej fazie leczenie jest dużo trudniejsze, tak jak zresztą trudno jest leczyć uzależnienia opiatowe. W najostrzejszym przypadku możemy mieć do czynienia z miłością symbiotyczną, w której bliskość ukochanej osoby niezbędna jest do funkcjonowania już na poziomie fizjologicznym - nie można bez niej jeść ani spać. "Śmierć z nieszczęśliwej miłości" to nie wynalazek romantycznych poetów - w fazie symbiotycznej rzeczywiście rozłąka prowadzi co najmniej do głębokiej depresji.
A jeśli to jest chorobliwy egoista? Patologiczny narcyz? Alkoholik? Szaleniec? Sadysta? Zbrodniarz? Nie zna pan takich związków, o których znajomi mówią: "Dziwię się, że ona to wytrzymuje" albo: "Dlaczego on pozwala tak sobą pomiatać"? Nie słyszał pan o kobietach, które mają podbite oczy, a mimo to bronią męża, składając fałszywe zeznania? W związku symbiotycznym jest się uzależnionym od partnera tak, jak narkoman jest uzależniony od dilera. Uważam zresztą, że jedyny przypadek, w którym leczenie w mojej klinice powinno być refundowane z publicznych środków, to leczenie uzależnionej ofiary przemocy w rodzinie.
"Jakoś", prawda? A właściwie "jak"? Natury nie interesuje szczęście człowieka, tylko przekazywanie genów. Szczęście to stan z punktu widzenia natury niekorzystny, bo istota szczęśliwa jest mało ekspansywna. Może kiedyś istniała odmiana praludzi zdolnych do naturalnego odczuwania szczęścia, ale przepadli z kretesem wyparci przez odmianę wiecznie niezadowoloną, wiecznie marzącą o przeprowadzce do lepszej jaskini. I my jesteśmy potomkami tych drugich. Czy rzeczywiście szczęśliwa miłość do grobowej deski jest czymś naturalnym? Wierzy się w nią właściwie tylko w naszym kręgu kulturowym, w dodatku zaledwie mniej więcej od dwustu lat. Gdzie indziej i kiedy indziej dominuje model "małżeństwa z rozsądku" zawieranego często z inicjatywy rodziców. W tym przypadku miłosne szczęście jest raczej produktem ubocznym niż sensem związku. Czy pan wie, że w językach indoeuropejskich słowa określające życie rodzinne są zwykle bardzo podobne do sanskryckiego oryginału? "Wdowa" w sanskrycie to "vidhava", stąd angielska "widow", francuska "veuve", niemiecka "Witwe" i tak dalej. Podobnie jest z "mamą" czy "tatą".
No właśnie! Sanskryt nie miał jednego słowa, które odpowiadałoby dzisiejszej "miłości". Jest oczywiście sanskrycki człon "ka" - "lubić, pożądać" - który prawie każdy zna, bo wchodzi w skład najbardziej znanego sanskryckiego tytułu - "Kamasutra". Europejskie języki zapożyczały go wielokrotnie. W językach germańskich przeszedł ewolucję przez "karo" i "horaz" aż do dzisiejszego "whore" oznaczającego po angielsku "dziwkę". Rzymianie zrobili z tego z kolei "caritas". Jednak osobnego słowa używano na określenie miłości łączącej członków rodziny - było to "prema". Było też jeszcze inne słowo - "avera", bliskie znaczeniowo dzisiejszemu francuskiemu "aimer", oznaczające po prostu brak niechęci. Również współczesne języki europejskie różnią się między sobą rozumieniem "miłości". Po angielsku można powiedzieć: "Kocham twój krawat", i wcale nie będzie to oznaczało, że ktoś jest fetyszystą jedwabiu. A francuskie "je t'aime" też nie musi oznaczać miłości w sensie sanskryckiego "kama" czy "prema", może po prostu oznaczać: "Lubię przebywać w twoim towarzystwie". Kiedy powie to panu mężczyzna, to nie musi być homoseksualista. Proszę też nie wyciągać zbyt daleko idących wniosków, gdy tak powie kobieta.
Ależ oczywiście, że istnieje! Ale nie przesadzajmy z jej "odwiecznością", "naturalnością" czy "ogólnoludzkim rozumieniem". To coś charakterystycznego dla naszej kultury tu i teraz, ale już niekoniecznie tam. Czy nawet tu, ale nieco dawniej.
*AngÉlique Pas-Vraiment jest postacią fikcyjną
Komentarz autora na temat artykułu