Z dr Barbarą Hall rozmawia Katarzyna Bosacka
To, że kosmetyki trują, to mit. Choć to prawda, że początki były trudne. Tusze do rzęs rozpowszechnione przed wojną powodowały zakażenia oczu prowadzące nawet do ślepoty. Świat na szczęście poszedł galopem naprzód. Kiedy dziś robimy zakupy, do głowy nam nie przyjdzie, że aby zwykły szampon znalazł się w sklepie, potrzebny jest sztab ludzi, laboratoria naukowe, testy, pieniądze i czas. Moja praca to ostatnie ogniwo procesu produkcji, czyli ocena bezpieczeństwa kosmetyku.
A czy wielka firma kosmetyczna może pozwolić sobie na nonszalancję? Przecież nie możemy udawać, że nie wiemy, iż szampon do mycia włosów, bardzo często używany, jest także do mycia twarzy i ciała. Co by się stało, gdyby powodował np. zapalenie spojówek? To jest nie do pomyślenia, zdrowie konsumenta jest najważniejsze, a poza tym jest to niemożliwe, biorąc pod uwagę wszystkie etapy badania produktu. W naszej firmie jest tak, że każdy toksykolog odpowiada imiennie za produkt, który dopuścił do sprzedaży. Mam prawo odmówić podpisu i odesłać kosmetyk do poprawki.
Teoretycznie tak. Choć to się nie może zdarzyć, ponieważ prawo europejskie zobowiązuje każdego producenta kosmetyków do rygorystycznego przestrzegania zasad bezpieczeństwa produktów.
Gdyby tak przez chwilę się zastanowić, to wszystko wokół nas jest chemią. Szesnastowieczny uczony, ojciec toksykologii i w ogóle medycyny nowożytnej - Paracelsus - mawiał, że wszystko jest trucizną, zależy tylko od dawki. Weźmy wodę - jeśliby wypić jej duszkiem pięć litrów, rozrzedzi elektrolity i może prowadzić nawet do zgonu. A gdyby ktoś zjadł beczkę soli, jak mówi przysłowie, to też marny jego los, bo stężenie elektrolitów wzrosłoby tak, że także spowodowałoby śmierć.
Mówiąc jednak poważnie: składniki chemiczne używane w kosmetykach są niejednokrotnie dużo lepiej przebadane także pod kątem bezpieczeństwa niż te roślinne.
Są kongresy kosmetyczne, prasa fachowa, szczegółowe wytyczne publikuje Komisja Europejska. Co roku amerykańskie FDA (odpowiednik naszego Ministerstwa Zdrowia) publikuje księgę składników kosmetycznych przygotowaną przez niezależnych naukowców.
Dodajmy, że prawo unijne w kwestii bezpieczeństwa kosmetyków jest dużo bardziej restrykcyjne niż w Stanach Zjednoczonych.
Raczej dobrze, choć czasem nadmierna gorliwość urzędników unijnych prowadzi do absurdów. Przykład: pewien związek zapachowy obecny w kosmetykach powodował u szczurów raka żołądka, z tym że szczury były nim dosłownie bombardowane. Unia zakazała używania tego związku. Na szczęście nie wycofała go z natury - występuje on powszechnie, np. w bazylii, kiwi czy bananach.
Całe mnóstwo. Nie wolno stosować m.in. hormonów, antybiotyków, przestarzałych składników, które mogą być rakotwórcze - dietylominy. Nad bezpieczeństwem produktu czuwają producenci, krajowe i międzynarodowe organizacje producenckie oraz Unia Europejska. To, co może budzić nasz niepokój, to kosmetyki podrabiane, szczególnie w Azji.
To wielka odpowiedzialność, ciągłe zdobywanie wiedzy. Dlatego przyjęliśmy strategię 'global but local' (globalnie, ale lokalnie), od roku działa nasze laboratorium badawcze w Chinach. Musimy przewidzieć wszystko - np. to, że Azjatki kochają kosmetyki i używają tylko do pielęgnacji twarzy średnio od 12 do 20 kosmetyków dziennie! Jak one będą reagowały ze sobą, jak kosmetyk będzie działał w wilgotnym, gorącym klimacie, jak na wrażliwość skóry wpłynie lokalna wściekle pikant-na kuchnia. Nad tym pracują całe rzesze naukowców