Pod koniec lat 40. XX wieku Polacy cierpieli z powodu bolących zębów i epidemii próchnicy, ale jeszcze bardziej z powodu braku dentystów. Ratunkiem dla narodu miały być ruchome ambulanse dentystyczne i dentyści, którzy pakowali swoje narzędzia i ruszali w teren. Jak walczono z brakami w podstawowych artykułach higienicznych? Z jakim nastawieniem Polaków spotykali się objazdowi dentyści? I co zastawali na peerelowskiej wsi i w małych miejscowościach? Odpowiedzi na te pytania znajdziemy w książce Aleksandry Kozłowskiej "Ambulans jedzie na wieś. Śladami objazdowych wyrwizębów". Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak publikujemy jej fragmenty.
Na razie jednak to Warszawa jest dla Elżbiety centrum świata. Tu przeżywa powstanie, tu cudem – bo cudem – uchowa się też prawie cała jej rodzina. To wzmacnia więź z miastem. Dlatego gdy w 1955 roku Elżbieta kończy studia, nie wyobraża sobie nawet, że mogłaby je opuścić. A jednak będzie musiała. Od 1 stycznia 1956 roku podlega nakazowi pracy. Chcąc ratować bezcenny meldunek, postanawia stanąć przed komisją i poprosić, by wysłano ją na ruchomy ambulans. Bo ambulans zmiany meldunku nie wymaga.
– Człowiek, gdy jest młody, miewa różne dziwne pomysły. – Elżbieta uśmiecha się na to wspomnienie. – Gdy oznajmiłam, że chcę pracować w objazdowym gabinecie, komisja omal z krzeseł nie pospadała! Na wieś przecież nikt nie chciał jechać. Przedstawiciele dwóch województw: białostockiego i lubelskiego, wymieniali miejscowości, których nazwy nic mi nie mówiły: Bełżyce, Chodel i tym podobne. Wymyśliłam, że skoro najmniej znam Lubelszczyznę, to tam właśnie pojadę. W ten sposób trafił mi się ambulans numer trzynaście.
Fragment memuarów: Ambulans ruchomy to nie był pojazd, w którym zainstalowany był sprzęt stomatologiczny. Było to tylko skierowanie do pracy na wsi w P.G.R.-ach, spółdzielniach produkcyjnych lub innych zakładach pracy ulokowanych na wsiach. Majątkiem takiego ambulansu było parę tekturowych kartonów zawierających dwa sterylizatory z narzędziami dentystycznymi, polowa nożna maszyna dentystyczna, polowy fotel z UNRR-y, mały palnik i 5-litrowy kanister z denaturatem oraz trochę materiałów i cementów do plombowania zębów. W taki sposób zostałam Siłaczką na własne życzenie.
„Siłaczka" umawia się z przełożoną, doktor Chełchowską, że na swej pierwszej placówce – w Wilkowie nad Wisłą – stawi się zaraz 2 stycznia. Wtedy jeszcze myśli, że skoro miejsce pracy nazywa się „ambulansem", to dostanie jakiś pojazd z gabinetem wewnątrz. Tymczasem czeka na nią… chłop z furą i koniem. Na furę chłop wrzuca pudła z całym wyposażeniem, dentystka oraz jej asystentka Baśka Dudek pakują się same. „Wyjazd w teren zaczynał się zgłoszeniem do Gminnej Rady Narodowej, która zgłaszała zapotrzebowanie na taki ambulans i proponowała podwodę w postaci konia z wozem i miejsca do zamieszkania w jakiejś chłopskiej chacie" – zapisze po latach. A mi przyzna:
– Do tej pory właściwie nie znałam wsi, nie znałam życia wiejskiego. Owszem, jako dziecko byłam krótko w Byczkach, ale to całkiem co innego. Tym razem wyruszałam do pracy. Mama przygotowała mi więc pierzynę. Ja też szykowałam się do wyjazdu: kazałam sobie usunąć migdały, bo bez przerwy chorowałam na anginę. Bałam się, że jak taka choroba złapie mnie w chłopskiej chałupie, będzie trudno. Zrobiłam jeszcze jedną ważną rzecz: przed wyjazdem przez pół roku chodziłam na Miodową do Zakładu Stomatologii Zachowawczej i ćwiczyłam się w usuwaniu zębów. To była błogosławiona decyzja. Asystentki w instytucie nauczyły mnie perfekcyjnej ekstrakcji. I zębów łatwych, i trudnych ósemek, i to bez konieczności robienia rentgena. Naturalnie, ze znieczuleniem.
Doktor Chełchowska zaopiekowała się młodziutką dentystką. Osobiście zaprowadziła ją do autobusu PKS, kupiła bilet i dała polecenia. – Czekały mnie dwie przesiadki: z Lublina do Opola, stamtąd w kierunku Zagłoby-Wilków. W Wilkowie miałam wysiąść. Zajeżdżam ciemną nocą. Na początku stycznia szybko robi się ciemno, ale zima była wtedy bardzo śnieżna i śnieg trochę rozjaśniał nieznany mi krajobraz. Wysiadam więc w Wilkowie z tą pierzyną i innymi pakunkami i absolutnie nie mam pojęcia, w którą stronę iść. Wiem tylko, że pierwsze moje stanowisko ma być w szkole: mam przyjmować w sali gimnastycznej. Rozglądam się, na horyzoncie widzę kontury jakichś budynków i blade światełka. Ruszyłam w tamtym kierunku. Okazało się, że to właśnie „moja" szkoła.
Wilków to malutka miejscowość (w 2008 roku mieszkało tu 208 osób), siedziba najmniejszej w całym województwie gminy. Malowniczo tu i przyrodniczo atrakcyjnie. Cenny jest rezerwat „Krowia Wyspa", ornitologiczne eldorado z takimi osobistościami jak: płaskonos, czajka, batalion czy ostrygojad. Elżbieta, miłośniczka natury, potrafiła je docenić. Ale też poczuć respekt, bo choć w 1925 roku mieszkańcy ufundowali kapliczkę chroniącego od powodzi Świętego Jana Nepomucena, Wisła wylewa tu regularnie i szczodrze.
Wilków przyjmuje młodziutką dentystkę falą entuzjazmu. – W promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było ani jednego lekarza. Najbliższą miejscowością, gdzie pracował, był Nałęczów. Przyjmowała tam starsza kobieta, o której mówiono, że leczy na dotyk, bo już kompletnie nie widzi – opowiada Elżbieta. – Jeśli chodzi o stomatologię, to braki były ogromne! Ludzie po wojnie mieli straszliwie zniszczone zęby. Na Lubelszczyźnie szczególnie, bo uprawiano tu buraki cukrowe. Nie było wiedzy o higienie. Próchnica szalała. Czasem nawet zęby dobrze nie wyrosły, a już były popsute. Jedyne, co można było zrobić, to usunąć. [...]
Wieść, że do Wilkowa przybyła dentystka, szybko się roznosi. Ogłaszają ją proboszczowie w parafiach, informują sołtysi. Oto państwo ludowe przysłało lekarza, który zadba o dzieci, ale i o pracowników państwowych. Za darmo, więc lećcie ludzie, póki można. Chłopi już wczesnym rankiem cisną się do gabinetu, czyli do… sali gimnastycznej. Dentystka i jej asystentka daleko do pracy nie mają – pokoik przyznano im w tej samej szkole. Przed ósmą z trudem przeciskają przez zgromadzony tłum. Raz dochodzi do wypadku – napór ludzki jest tak wielki, że pacjenci wywalają drzwi razem z framugą.
– Długo musiałam przekonywać tych entuzjastów kleszczy i wiertła, by stanęli w kolejce, że każdego przyjmę – wspomina Elżbieta. – Pracowałam do wieczora. Nawet w niedzielę miałam wysterylizowane narzędzia, człowieka z bólem należało przyjąć bez względu na okoliczności. Oprócz działalności stomatologicznej robiłam dużo zastrzyków dożylnych z penicyliny. Lekarz w Opolu czy Lublinie zapisał, ale nie było komu ich robić na wsi. Musiałam być nie ambulansem, ale omnibusem.
Po kilku tygodniach wytężonej pracy doktor Pajączkowska wraz z pomocą Baśką wsiadają na wóz, gdzie już czeka spakowany sprzęt. Jadą do oddalonego o dwadzieścia trzy kilometry Piotrawina. W drodze zachwycają się krajobrazem. Nadwiślańska wieś na rzekę patrzy z wysokiej na czterdzieści metrów wapiennej skarpy. A jest co obserwować – szerokie rozlewiska, piaszczyste wysepki, rozgęgane, rozkwakane trzcinowska. Ale to nie dlatego osada jest celem pielgrzymek. Świętobliwych pątników przyciąga legenda związana ze świętym Stanisławem – w 1079 roku biskup miał wskrzesić rycerza, od którego kupił Piotrawin.
Na pamiątkę tego wydarzenia w 1440 roku rozpoczęto budowę kościoła pw. Świętych Tomasza Apostoła i Stanisława B.M. Dekadę później nowym celem pielgrzymek staje się obwoźny gabinet Elżbiety. O przyjeździe dentystki znów informuje z ambony ksiądz, zbolali ludzie suną po ratunek.
– W Piotrawinie spędziłam pół roku. Na gabinet wynajęto mi oszkloną, dość obszerną werandę – opowiada Elżbieta. – Musiałyśmy same z asystentką umyć i pomalować ściany, powiesić białe prześcieradła w oknach, oporządzić całość. Miałyśmy duży metalowy sterylizator. Stawiało się go na palniku wypełnionym denaturatem i na tym płomieniu wygotowywało narzędzia. W tym trochę sprzętu amerykańskiego, na przykład strzykawki, zwane karpulami, z metalową obudową i szklanym nabojem. Bardzo dobre, długo służące strzykawki.
Ludzie choć ubodzy, byli gościnni. – Nie mieli lekko. Zobowiązania wobec państwa, tak zwane kontygenty, obligowały do oddawania zboża i zwierząt. Ale na wsi lubelskiej było tak, że jeśli ktoś nowy przychodził, a jeszcze z jakimś dobrem, to starano się odpłacić. Albo miłym słowem, albo czymś do jedzenia: kobiety gotowały pierogi czy coś innego. Na co dzień gotowała nam pani Zakrzewska, u której mieszkałyśmy. Przede wszystkim potrawy mączne, do tego przeważnie kapusta, buraki. W ogóle nie było mięsa. Mięso jadało się, gdy krowa złamała nogę. Czasem zdarzały się kury, ale rzadko. Zawsze jednak ludzie pomagali. Jak zabili cielaka, dawali kawałek mięsa, jak wędzili kiełbasy, dentystka dostawała choć pół pęta.
Bo na wsi – jak pisze Ewelina Szpak – panowała zasada, że za dobrą pracę lub wyleczenie z choroby trzeba godziwie zapłacić. I przywołuje opowieść jednego z felczerów (później lekarza) z Lubelszczyzny: „Przychodzi człowiek z takim olbrzymim owrzodzeniem podudzia, żylakowatym. Mówi, że już był w szpitalach, gdzie on nie był, tu był, tam. […] Mówię: ma pan tutaj troszkę tych kryształków, sobie w domu pan rozpuści, taką niebieską wodę, i będzie sobie pan robił te przymoczki. Więcej ja tu nic
panu nie wymyślę. […] wyjechałem stamtąd, upłynęło może z pół roku. Ja w bloku mieszkałem wtedy, raptem rano dzwonek do drzwi, dobija się ktoś". Okazało się, że to ten człowiek od owrzodzenia, ale już z nogą pięknie wyleczoną. Przyjechał do lekarza, by mu podziękować. I zostawić w prezencie… krowę, którą już przywiązał do drzewa pod blokiem. Oczywiście musiał zabrać ją z powrotem.
W Piotrawinie młoda dentystka zaprzyjaźnia się z rodziną Kaniów. – Bardzo polubiłam panią Kaninę. Pamiętam, miała zęby tak popsute, że wszystkie co do jednego trzeba było usunąć - wzdycha Elżbieta. – O protetyce nie było mowy. Nie wspominając o tym, że i ja nie byłam przygotowana do protetyki. Byłam przygotowana do chirurgii i do leczenia zachowawczego. Jako tako. Prawdziwe doświadczenie przyszło wraz z miesiącami spędzonymi na ambulansie.
Zulek znacząco kręci się koło pustej miski, Elżbieta idzie więc do kuchni sypnąć psiakowi karmy. Wraca ze świeżo zaparzoną herbatą i nowym wątkiem. – Niedawno po raz kolejny obejrzałam Konopielkę, świetny film z Majchrzakiem. I coś mi się przypomniało. W tym samym domku, gdzie na werandzie urządziłyśmy gabinet, dostałyśmy z Baśką pokoik. W tamtym czasie na wsi nie było łazienek. Biegało się na podwórko do wygódki, a myło w misce. To znaczy my się myłyśmy. W gabinecie, bo tam było więcej miejsca. I tak jak w Konopielce chłopcy nas podglądali. Wiadomo – nowe, młode babki we wsi. Zasłaniałyśmy dokładnie okna, ale oni i tak próbowali. Rozeszło się to wśród mieszkańców. I któregoś dnia przychodzi do nas Kaniowa: „A co wy się tak chlapiecie jak kaczki?". No to wyjaśniam, że kobieta musi się codziennie podmywać. „Jak to?!" „No, tak – odpowiadam. – Czystość to zdrowie". A ona, że nie można, że ksiądz nie da rozgrzeszenia, bo kobietom nie wolno się „tam" dotykać. Ale najwidoczniej nasz przykład zaczął działać, bo po jakimś czasie znów wpada Kaniowa: „Nie wiedziałam, że to tak wspaniałe uczucie! Jestem jak nowo narodzona".
By inni też poczuli się jak nowo narodzeni, służba zdrowia prowadzi lekcje higieny, przekonuje do zwyczaju mycia zębów, zakupu własnej szczoteczki. Pasty są jeszcze rzadkością, łatwiej dostać proszek do czyszczenia. Do nowości jako pierwsze przekonują się kobiety, choć też bywa, że nieufnie. Najtrudniej zachęcić starszych. „Całe życie obchodziłem się bez tego diabelstwa, to i teraz się obejdę" – krzywią się lokalni staruszkowie.
– Inna kobieta przyszła do nas zalana łzami, jakby jej ojciec, matka i własne dziecko zmarli – ciągnie opowieść Elżbieta. – Dopytujemy, co się stało, wreszcie wykrztusiła, że nie dostała rozgrzeszenia. I to tuż przed Wielkanocą! Bo ksiądz miał jej za złe, że ma tylko jednego siedmioletniego synka, tymczasem po nim powinna mieć przynajmniej dwójkę kolejnych dzieci. A że nie ma, to pewnie stosuje jakieś niedozwolone środki. Doradziłam, żeby pojechała za Wisłę, do innej miejscowości. Pojechała. Tam rozgrzeszenie dostała.
Jakieś sześć–siedem lat po powrocie z objazdowego rwania stomatolożka namówiła męża na odwiedziny w Piotrawinie. – Ucieszyli się mieszkańcy. Musiałam przejść od domu do domu jak ksiądz po kolędzie. W każdym usiąść, coś zjeść, ze wszystkimi zamienić słowo. Co się zmieniło? Część ludzi poszła do miast, poprawiła się sytuacja materialna, wieś miała elektryczność. Ale i dramatów nie brakowało. W charakterystycznym nadwiślanym domku z białego kamienia mieszkała niepełnosprawna umysłowo kobieta. U jednego z gospodarzy była pracownicą rolną. Nagle ciąża, nie wiadomo z kim, nie wiadomo, co będzie z dzieckiem, kto się nim zajmie. Bo ona nie bardzo sobie radziła. Namówiłam ją, żeby pojechała do Poniatowej, gdzie były zakłady przemysłowe. Tam dostała pracę i urodziła bliźniaki – dwóch zdrowych chłopców. Cokolwiek by mówić o czasach ludowych, jako samotna chora matka dostała pomoc: żłobek i przedszkole przy zakładzie, także mieszkanko. Dzięki temu wychowała dzieci. Ułożyło jej się lepiej niż na wsi. Słyszałam po latach, że gdy umarła, nad grobem stało dwóch pięknych mężczyzn.