Bo nie czas, nie miejsce, nie ta kobieta, nie ten teść, nie te emocje. Argumentów jest wiele, ale prawdziwy powód jeden. Mężczyźni najzwyczajniej w świecie nie są gotowi do małżeństwa. A już na pewno nie są gotowi w tym samym czasie co ich partnerki.
Nie do końca wiadomo dlaczego, bo gdyby wziąć sobie do serca badania amerykańskich naukowców, to właśnie kobiety powinny wystrzegać się pierścionka zaręczynowego jak diabeł święconej wody. Stawiają oni dość odważną tezę, że kobiety wcale nie powinny dążyć tak bardzo do zamążpójścia, ponieważ kosztuje ono je znacznie więcej zdrowia niż mężczyzn. Grupa uczonych pod kierunkiem dr Janice K. Kiecolt-Glaser z Ohio State University College of Medicine postanowiła sprawdzić, jak udane małżeństwo wpływa na zmiany ilości hormonów związanych ze stresem. Eksperyment objął 90 świeżo poślubionych par. Wszystkie musiały przez 30 min mówić o relacjach z teściami, pieniądzach czy pasji. W tym czasie uczeni mierzyli poziom kortyzolu (hormonu stresu) we krwi badanych. Okazało się, że gdy u większości mężczyzn podczas rozmowy nastąpił spadek poziomu kortyzolu, u kobiet poziom kortyzolu we krwi natychmiast się podnosił wraz z mówieniem o mniej negatywnych emocjach w związku. Eksperyment powtórzono po dziesięciu latach od upływu małżeństwa. Wyniki były niemal identyczne, co więcej - większość kobiet, które przed dziesięcioma laty nie potrafiły zapanować nad stresem, od dawna była już rozwiedziona.
Ale chociaż z badań wychodzi, że to panie powinny mieć więcej oporów przed zamążpójściem, przed zaobrączkowaniem bardziej bronią się jednak panowie. Kobiety już od przedszkola projektują sobie na kartce wyrwanej z zeszytu suknię ślubną, welon i najlepiej od razu bukiet i rękawiczki. Ich rówieśnicy traktują to jako typowo babskie dyrdymały, po czym dziwią się, jak kilkanaście lat później one wyraźnie już naciskają na zamążpójście, podczas gdy im to absolutnie nie w głowie. Kobiety chcą się wychodzić za mąż dla papierka, dla bezpieczeństwa, dla rodziny, dla ceremonii, dla siebie, dla innych. Mężczyźni jednak odwlekają chwilę oświadczyn w nieskończoność, proszą o jeszcze chwilę czasu, po czym kilka lat później... znajdują sobie inną i z nią się żenią! Istnieje nawet takie powiedzenie, że jeśli nie zaciągnie cię do ołtarza pierwsza czy druga dziewczyna, to na pewno uda się to trzeciej. Psycholodzy przyznają, że to częsty mechanizm. Mężczyźni po prostu do wszystkiego muszą się przekonać, oswoić z taką myślą. W ich przypadku zwlekanie dość rzadko spowodowane jest kłamstwem czy manipulacją. Oni potrzebują czasu, a jeśli kobieta nie ma wystarczająco dużo cierpliwości, najczęściej dochodzi do rozstania. W przypadku kolejnej partnerki nastawienie do małżeństwa jest już nieco inne, bardziej "oswojone".
- W naturze mężczyzny nie leży związek monogamiczny. Jego celem i zadaniem jest sprawdzenie jak największej liczny partnerek. W przypadku węzła małżeńskiego takie działanie jest nieco utrudnione - mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz, seksuolog.
Ale przyczyna niechęci do małżeństwa wynika także zupełnie z czego innego. Winowajcą jest tzw. nowoczesne wychowanie. Rozmaite badania wskazują, że to nie tylko mężczyźni, których rodzice się rozwiedli ociągają się z zaślubinami. W równym stopniu dotyczy to również tych młodzieńców, którzy dorastali w atmosferze związku partnerskiego i szacunku wobec drugiej strony. Nie mają ochoty na sformalizowanie związku z dziewczyną, bo najzwyczajniej w świecie wychodzą z założenia, że partnerka owszem, ale żona nie jest im kompletnie do niczego potrzebna. Seks można uprawiać bez papierka, dzieci też można mieć na kocią łapę, a w sprawach majątkowych żona tylko komplikuje sprawę. Poza tym - małżeństwo psuje miłość, o czym mężczyźni dowodzą po raz kolejny, powołując się na związek przykładowej Katarzyny i Marka, który od początku skazany był na niepowodzenie, a pójście do ołtarza czy urzędu cywilnego nie miało tu najmniejszego znaczenia.
Prof. Zofia Milska-Wrzosińska w książce "Para z dzieckiem" broni mężczyzn, twierdząc, że to zbyt wygórowane żądania kobiet są przyczyną nieśmiałości i blokad mężczyzn. "Nie chcemy być traktowane jak zabawki seksualne - laleczki dostępne na życzenie dla rozładowania rozmaitych męskich napięć, ale same traktujemy naszych partnerów jak misie pluszaki, w których ramiona wtulamy się, gdy jest nam zimno, smutno i źle. Oczekujemy, że - zgodnie z zaleceniami tygodników kobiecych - nasz partner zapewni nam po kilka orgazmów na życzenie, znajdzie punkt G i wszystkie inne punkty, rozbudzi w nas nieznane nam dotąd pokłady seksualności. Uważamy, że mężczyzna powinien uczestniczyć we wszystkich obowiązkach domowych, również - a może zwłaszcza - takich, których nie lubi: zmywaniu, praniu czy zmianie pieluch, a same bardzo się obruszamy, gdy wyraża zdziwienie, że nie pojechałyśmy do wulkanizatora z przebitą przez nas oponą".