Ken Bugul. Dwudziesta ósma żona marabuta

Kiedyś straciłam przytomność po LSD i leżałam na jezdni. Wyobraża sobie pani? Czarna kobieta w nocy na jezdni! Mój Boże, gdyby nie ten harem, dzisiaj bym już nie żyła. Ja wróciłam do Afryki jako kobieta upadła

Ken Bugul znaczy w języku wolof "ta, której nikt nie chce". Taki smutny pseudonim, a jest Pani 57-letnią kobietą, która wygląda na szczęśliwą 30-latkę...

Ha, ha! Bardzo jest pani miła! Niedawno koleżanka w moim wieku poznała moją starszą siostrę i była zaszokowana: "Ona ma 94 lata? Przecież ona ma skórę lepszą od mojej! Spójrz na jej zęby!". Inna sprawa, że czarny kolor lepiej maskuje upływ czasu. A w moim przypadku myślę, że zaważyła pasja życia, to, że wyrwałam się z takiego chaosu...

W książce "Widziane z drugiej strony" cytuje Pani zmarłą matkę, która opowiada o swojej śmierci: "Kiedy zobaczyłam Śmierć, zdałam sobie sprawę, że skądś ją znam. Od razu ją poznałam. Przychodziła do mnie wcześniej, ale nie zwracałam na nią uwagi". Bardzo mnie zaintrygowała ta wizja.

Dla człowieka z Afryki takie wyobrażenie nie jest niczym oryginalnym. Wynika z naszych wierzeń i tradycji. Od dnia narodzin jesteśmy w kontakcie ze śmiercią. Można powiedzieć, że twoja śmierć rodzi się razem z tobą i już cię nie odstępuje.

A w życiu codziennym - jak się objawia?

Wystarczy, że ktoś się o ciebie otrze przypadkiem na ulicy, a już mówimy: "O, patrz, to śmierć przeszła". Czasem zdarza się, że człowiekiem wstrząśnie dreszcz, od razu ktoś zauważy: "To śmierć cię dotknęła". Czasem przejdzie obok obca osoba: "Zobacz, jaka dziwna postać! To chyba nie jest człowiek...". Mówi się tak najczęściej, kiedy ktoś odczuwa wyjątkową pewność siebie, gdy odniesie sukces, czuje się silny, nieśmiertelny. Wystarczy, że potknie się na schodach - już mu ktoś szepnie: "O la la, widzisz? To chyba była śmierć".

Nasi zmarli nie przestają nam towarzyszyć. W Beninie, gdzie mieszkam, w wielu rodzinach nikt nie wypije wody ze szklanki, jeśli najpierw nie uroni kilku kropel na ziemię dla przodków, nie zje bułki, nie pokruszywszy odrobiny na podłogę. Także ministrowie i ambasadorzy dzielą się ze zmarłymi szampanem na przyjęciach dyplomatycznych.

Trzy dni temu w Beninie znajomy opowiadał mi o pewnej stypie. Rodzina nie wiedziała, jak podzielić majątek zmarłego. Wreszcie poszli się poradzić nieżyjących krewnych. Są ludzie, którzy tak mocno wierzą w nieśmiertelność zmarłych, tak podsycają swoją wiarę poprzez rytuały, że w końcu są w stanie nawet rozmawiać z duchami.

Ale chyba tylko w wyobraźni?

Oczywiście że w wyobraźni, ale przecież wszystko, co najważniejsze, dzieje się w naszych głowach. Jesteśmy ludźmi bardzo mistycznymi. W szklance wody jesteśmy w stanie zobaczyć cały wszechświat.

Ten kontakt ze światem zmarłych, ze śmiercią ma na celu ujarzmienie pychy i zbytniego poczucia bezpieczeństwa. Afryka zawsze była niebezpieczną krainą. U nas ciągle trzeba się mieć na baczności.

Strasznie dużo jest w Pani książce bólu. Podobno napisała Pani "Widziane z drugiej strony" po to, by odzyskać matkę.

Poszukuję matki, bo nigdy jej dość nie miałam. Kiedy moja matka urodziła mnie, wkrótce moja starsza siostra również urodziła córkę, imieniem Samanar. Od początku mama bardziej opiekowała się wnuczką niż mną. Kiedy miałam pięć lat, opuściła dom i ojca, ale nie zabrała mnie ze sobą. Pojechała zająć się Samanar.

Zostawiła Panią pod opieką ojca, który miał 90 lat.

Tak, i był niewidomy... Ale nie byłam sama z ojcem. Dom był pełen ludzi: pierwsza żona ojca, mnóstwo wujków, ciotek, kuzynów, starsze rodzeństwo. Chociaż to nie znaczy, że ktoś z nich się mną opiekował. Afrykański pięciolatek nie wymaga opieki. Wysyła się go po zakupy albo wkłada mu się na głowę kosz warzyw i mówi: "Idź na targ i to sprzedaj". A już ostatniego dziecka w rodzinie, takiego jak ja, nikt nie pilnuje.

Czy Pani ojciec rzeczywiście modlił się po 16 godzin dziennie?

Wszystko, co napisałam w książce o moich rodzicach, jest prawdą. Ojciec był bardzo pobożnym człowiekiem i ascetą. Przez całe życie jadł jeden posiłek dziennie, po południu. Była to niezmiennie baranina popijana mlekiem i jogurtem. Po pół godzinie zażywał napar, który pozwalał mu zwymiotować wszystko, co zjadł. Do tego czasu jego organizm zdążył przyswoić wszystko co cenne z pożywienia. Ojciec prawie w ogóle nie korzystał z toalety. A żył bardzo długo.

U ojca często gościli inni świątobliwi asceci i erudyci. Spotykali się, by wspólnie medytować. Kobiety nie miały wówczas do nich dostępu. Ale mnie nie uważano jeszcze za kobietę. Tak więc często wchodziłam do nich, siadałam ojcu na kolanach, kąpałam się niemalże w tej ich duchowości.

Ojciec zastąpił Pani matkę?

Moje relacje z ojcem były bardzo serdeczne. Tyle że ja uważałam go za dziadka i tak się do niego zwracałam. Dla mnie ojciec to był ktoś, kto jest w podróży i jeszcze z niej nie wrócił. Nikt nie miał czasu wyprowadzać mnie z błędu. Mój ojciec-dziadek dotykał mnie, żeby sprawdzić, czy rosnę. Z dumą podtykałam mu pod palce moje zaokrąglające się piersi. Uczył mnie o roślinach, o astrologii. Potem w szkole często zdarzało mi się poprawiać nauczycieli. Tak więc mieliśmy ze sobą mnóstwo wspólnego, ale nie znałam tej bliskości, tego szczególnego rodzaju uczucia pomiędzy ojcem a córką.

Jest Pani jedyną kobietą ze swojej rodziny, która zdobyła wykształcenie.

Na początek byłam jedyną dziewczynką w rodzinie, która w ogóle poszła do szkoły. I jedną z niewielu takich dziewczynek w mojej wiosce. Babcia chyba nigdy mi tego nie wybaczyła, uważała, że kobiety nie powinny się uczyć. Ale w tamtych czasach w naszej wiosce francuscy kolonizatorzy założyli szkołę dla czarnych dzieci. Tak naprawdę chodziło o to, żeby oderwać nas od korzeni i zasymilować z kolonizatorami.

Jak wyglądała nauka w szkole francuskiej?

Były dwa rodzaje podręczników. Takie, jakich używały dzieci we Francji - w tych podręcznikach były kolorowe obrazki przedstawiające białe domy, ogrody, drogi, drzewa i piękne białe dzieci. Dziewczynki o jasnej cerze miały kokardy wiązane z tyłu sukienek, bufiaste rękawy, białe skarpetki i pantofelki. Ale były też książki przygotowane specjalnie dla kolonii. Nie było tam kolorowych ilustracji, tylko krótkie teksty i narysowane czarnym tuszem śmieszne postaci Murzynków. Jedną z nich był Toto - straszny głuptas. Toto palił fajkę taty, pił nasz afrykański alkohol dolo, był zabawny i tępy. Taki klown, z którego każdy się śmieje, ale nikt nie chciałby nim być. Była też czarna dziewczynka, która nazywała się Mariétou, tak jak ja. Nawet jej pies był mądrzejszy od niej. Wyjadał mięso, które ona kupiła dla siebie, korzystając z tego, że jego pani była zajęta robieniem jakichś głupot. Z nauki w szkole nieuchronnie wynikało, że biali ludzie są lepsi.

Jak się Pani czuła, widząc w lustrze, że bliżej Pani do Toto i Mariétou?

Ależ mnie w żadnym wypadku nie było bliżej do nich! Przecież nie zachowywałam się tak głupio. Poza tym ja nie byłam tak czarna jak oni. Nikt nie jest tak czarny jak chiński tusz. Moja skóra była jaśniejsza, może nie tak jasna jak francuskich dziewczynek, ale mnie się wydawało, że jestem do nich podobna. Zresztą nauczyciele przekonywali nas, że naszymi przodkami są biali Galowie, i ja chętnie w to wierzyłam. Wiązałam sobie kokardy i myślałam, że moja ojczyzna jest w Europie.

Czy inne dzieci z wioski też tak łatwo dały się zasymilować?

Nie, bo inne dzieci nie miały takiego problemu jak ja. Ja byłam odrzucona, niechciana, niekochana. Byłam gotowa zasymilować się z każdym, kto chciał się zasymilować ze mną. Nie mogłam się pogodzić z tym, że moja mama wolała swoją wnuczkę od córki. Zżerała mnie zazdrość. Dla afrykańskiej dziewczyny, która jest wychowywana z kobietami, kontakt z matką jest szczególnie ważny. Ja byłam go zupełnie pozbawiona. A ojciec? Kiedy miałam dziesięć lat, mój ojciec miał 95, kiedy miałam 15 i dorastałam, on miał sto.

Powoli odsuwałam się od rodziny. W domu musiałam szukać odosobnienia, żeby odrobić lekcje po francusku. A moi krewni w ogóle nie umieli pisać i czytać. Tak jak moja matka. Im bardziej odrywałam się od korzeni, tym bardziej matka odsuwała się ode mnie. Wkrótce wyjechałam na studia do Dakaru, a kiedy wróciłam, mama była już totalnie oddana wnuczce. Byłam dla niej obca. Nie chciałam dłużej żyć w Afryce. Wyjechałam do Brukseli.

I jak spełnił się sen o ziemi obiecanej?

Kompletna klęska! Tam było sto razy gorzej niż w domu. Wtedy w Belgii każdy czarny był uważany za sługę. Również ja ze swoją naiwną wiarą we wspólnych przodków. Ciągle słyszałam: u nas to, a u was tamto. Znów odrzucenie, znów rozgoryczenie! Opisuję to w książce "Cendres et braises" (Popioły i żar).

Na szczęście to były lata 60., rewolucja seksualna, dzieci kwiaty, reggae, moda na afrykański okultyzm. Do dobrego tonu należało mieć dziewczynę Murzynkę. Ci młodzi ludzie buntowali się przeciwko burżuazyjnemu stylowi życia, przeciwko białym domkom i dziewczynkom z kokardami z moich podręczników. Ale zarazem wyciągnęli do mnie rękę. Więc ja bez zastanowienia tę rękę przyjęłam.

Studiowałam wtedy w Brukseli tłumaczenia z hiszpańskiego na francuski i na odwrót. Mieszkałam w akademiku. Bawełniane bluzki, koraliki, siadanie na dywanie, papierosy, alkohol. Potem marihuana, haszysz, LSD...

Tak zaczął się chaos?

Kiedyś w nocy po LSD straciłam przytomność i leżałam na jezdni. Wyobraża sobie pani? Czarna kobieta w nocy na jezdni! Z piskiem opon zatrzymał się samochód. Biała kobieta za kierownicą cudem mnie zauważyła, wzięła do samochodu, zaopiekowała się mną. Uratowała mi życie.

Jednak po tym zdarzeniu nadal żyłam tak jak dawniej. Wystarczyło, żeby ktoś mnie dotknął, okazał ciepło, dał choćby ułudę miłości, już szłam za nim. Wyjechałam z Belgii do Francji, gdzie związałam się z pewnym zamożnym białym człowiekiem. Byliśmy razem kilka lat. Kochał mnie, obsypywał futrami, biżuterią, wiodłam z nim życie bogatej paryżanki: manikiur, pedikiur, japoński fryzjer. To były lata 70.

Ale mój ukochany przestał mnie kochać. Zaczął bić, ciągnąć za włosy, wyzywać od suk. Mówił, że jestem czarną szmatą, złamał mi ząb. Coraz więcej piłam, nie miałam już nikogo. Ojciec nie żył, z matką nie utrzymywałam stosunków, więc trzymałam się tego typa. Mieliśmy w domu psa, on podnosił jego głowę i mówił: "Patrz, jesteś takim samym psem jak on". Potem przepraszał, kupował biżuterię. Po tygodniu wszystko zaczynało się od nowa.

Aż któregoś dnia jestem sama w jego domu. Dzwoni do drzwi policja: "Proszę z nami!". "Ale o co chodzi? Ja tu mieszkam. Proszę - otwieram szafę, pokazuję - to są moje płaszcze, to jest nasz pies, spytajcie sąsiadów, wszyscy mnie znają". A oni: "Właściciel mieszkania prosił, żeby panią usunąć z mieszkania. Twierdzi, że znalazł panią na ulicy".

Po tym zdarzeniu trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Tam zdecydowałam, że wracam do Afryki. Do matki...

Pisze Pani o jednym ze spotkań z matką: "Pojechałam do niej pociągiem. To była cudowna podróż - z każdą chwilą byłam bliżej ukochanej osoby. Ale czekała mnie przykra niespodzianka. Kiedy matka zobaczyła mnie na peronie, nie przyspieszyła kroku...". I dalej: "W nocy spałam w tym samym pokoju co matka. Nie mogłam zasnąć. Chciałam się do niej przytulić... (...) Kiedy dotknęłam jej piersi, matka się obudziła. Nie otwierając oczu, odepchnęła moją rękę".

Wtedy miałam siedem lat. Ale tęsknota za matką nie opuszczała mnie nawet w Paryżu. Kiedy wróciłam do Senegalu, miałam 33 lata. Przez te wszystkie lata moja siostrzenica Samanar do końca przejęła moja rolę. To ją moja matka wydała za mąż jako młodą dziewczynę, to jej dzieciom wyprawiała chrzciny. To z nią stworzyła tradycyjną afrykańską rodzinę.

Ale Pani także wpadła w tradycyjny model rodziny. Została Pani 28. żoną marabuta - muzułmańskiego przywódcy duchowego. Dlaczego wyemancypowana, dojrzała kobieta znalazła się w haremie?

Mój Boże, gdyby nie ten harem, dzisiaj bym już nie żyła! Ja wróciłam do Afryki jako kobieta upadła. Nie miałam męża ani dzieci, nie miałam pracy ani nawet bagażu. Wyszłam ze szpitala psychiatrycznego. Nie tylko matka nie chciała się do mnie przyznać. Rodzina i sąsiedzi z wioski także nie chcieli mnie przyjąć. To już nie był zwykły brak akceptacji jak w dzieciństwie, to już graniczyło z agresją.

Jedyne miejsce, gdzie mnie nie odtrącono, to był właśnie dom marabuta. On był niezwykle czczonym człowiekiem. Kiedy go poznałam, miał rzeczywiście 27 żon, ale to nie znaczy, że z każdą sypiał i z każdą płodził dzieci. Muzułmanie mogą mieć tylko cztery legalne żony. I on miał oficjalne cztery. Pierwsza pochodziła z rodziny jego ojca, druga z rodziny jego matki, trzecia to była księżniczka z rodziny królewskiej. A czwarta była córką innego przywódcy religijnego, takiego jak on sam. Tylko z nimi miał dzieci. Wszystkie pozostałe, takie jak ja, to były takie niby-żony. Zaślubił je po to, by dać im społeczną rehabilitację. To były kobiety z marginesu.

W Afryce na marginesie społecznym jest każda kobieta, która nie ma męża, dzieci albo jest ułomna fizycznie czy psychicznie. Albo jest wdową. Bo wdowa jest osobą bardzo podejrzaną, przypuszczalnie to ona zabiła męża. Po śmierci wdowy nie są chowane przez rodzinę, ale przez straż pożarną albo policję. Tak więc ten harem to była tak naprawdę instytucja niemal religijna, stworzona dla przywrócenia tym kobietom godności.

Jak Pani tam trafiła?

Marabut uzdrawiał wariatów. Ja poszłam do niego po uzdrowienie, bo przecież uciekłam ze szpitala psychiatrycznego. Kiedy go poznałam, miał 82 lata i w ogóle już nie sypiał z kobietami.

82 lat to prawie tyle, ile miał Pani ojciec...

Tak. I nasze relacje też zaczęły z czasem przypominać mój związek z ojcem. Marabut stał się moim drugim mistrzem. Ojciec specjalizował się w gwiazdach, a marabut w geografii. Opowiadał mi o Eufracie, o chińskich górach, o których wiedział wiele, mimo że nigdy nie opuścił wioski. Dyskutowaliśmy o poezji. Po raz pierwszy w życiu ktoś zapytał mnie: "Jakie jest twoje zdanie?". Z każdym dniem czułam się lepiej, byłam coraz silniejsza.

Nie od razu weszłam z nim w tak bliskie relacje. Zwykle jest tak, że marabut nie do końca wszystkie kojarzy. Czasem w przelocie spotkał którąś z nas w swoim domu, spytał, skąd jestem, ja - że przybyłam niedawno... "Ach tak, przypominam sobie" - uśmiechał się i szedł dalej.

Ale w tym domu liczyła się nie tylko obecność marabuta. Cztery legalne żony pełniły wobec pozostałych rolę matek. Dbały o nas: "Czy jesteś głodna? Jak się czujesz? Czy nic ci nie dolega?", nazywały nas zdrobniale. Dawały mi wszystko, czego potrzebowałam - szacunek, miłość, zainteresowanie. Marabut i jego wspólnota uratowali mi życie. Przywrócili mi elementarną pewność siebie, dzięki której mogę z panią dzisiaj rozmawiać. Tam zbudowałam siebie od nowa.

A jak zareagowała rodzina i otoczenie na Pani rehabilitację?

Ludzie z mojej wioski, którzy tygodni wcześniej pluli na mój widok lub odsuwali się, bojąc się, że zarażę ich jakąś chorobą, teraz pozdrawiali mnie, padając na twarz.

A matka?

Moja rehabilitacja była zarazem jej rehabilitacją, więc i ona mnie w końcu jakoś tam zaakceptowała. Niestety, nie było już czasu, żeby stworzyć rodzinę od nowa. Po prostu wpadałam do niej co jakiś czas na dwa, trzy dni. Leżałam z książką na kanapie i potem wyjeżdżałam. A wkrótce matka umarła.

Jak długo była Pani z marabutem?

Tylko dwa lata. Do jego śmierci. Ale gdy zmarł, ja już byłam innym człowiekiem. Po trzech dniach od opuszczenia jego domu znalazłam pracę w organizacji pozarządowej. Po ojcu i marabucie odziedziczyłam jakieś pieniądze, byłam kobietą niezależną. Wkrótce poznałam lekarza z Beninu. Mając 38 lat, wyszłam za mąż, dwa lata później urodziłam córkę Yasminę. Jej dom rodzinny zupełnie nie przypomina mojego. Dziś mój mąż już nie żyje. Yasmina ma 17 lat. Mieszkamy w Beninie, gdzie prowadzę przedsiębiorstwo promujące sztukę i rękodzieło afrykańskie. Włączam w to także sztukę kulinarną. W gabinecie męża w Porto Novo otworzyłam galerię sztuki.

Jaka jest Yasmina?

Dużo czyta, dedykowałam jej nawet ostatnią powieść. Nigdy nie komentuje moich książek. Ja też nie dopytuję, co o nich myśli. Ale wiem, że wszystkie dokładnie przeczytała. A jeśli chodzi o wygląd, jest absolutnie zachodnia. Goły pępek, kolczyki w każdym możliwym miejscu, kolorowe szkła kontaktowe, walkman.

To trzeba zobaczyć, zwłaszcza gdy jesteśmy w Senegalu i spacerujemy ulicą, a nagle jakiś starszy człowiek pada przed nami na twarz. Yasmina pyta przerażona: "Co ten człowiek robi?". A ja tłumaczę: "Spokojnie, spokojnie. To tylko z powodu marabuta".

Jak została Pani pisarką?

Kiedy urodziłam dziecko, kiedy przytuliłam je do piersi, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, na czym polega związek matki i dziecka. I znowu przeniknął mnie ból. Moja córka zamiast pomóc mi zapomnieć o matce, zbliżyła mnie do niej. Sprawiła, że zaczęłam znowu bardzo jej potrzebować. Ale matka już nie żyła. Zrozumiałam, że nawet poukładane życie nie odetnie mnie od wspomnień, od tamtego poczucia niedosytu. I wyruszyłam na poszukiwanie matki. Moje pisanie to moja podróż.

Dokąd?

Do świata po drugiej stronie. Musiałam się z nią wreszcie pogodzić, uregulować nasze stosunki. Zaczęłyśmy rozmawiać. Ja jej opowiedziałam moje życie, ona mi swoje. Mówiła o swoich radościach i rozterkach, o swojej młodości i o swoim dzieciństwie, o tym, jak była traktowana w domu mojego ojca, o tym, jak umarła po to, żeby rozwiązać zagadkę zaginięcia swojego syna, mojego starszego brata. Zaczęłam patrzeć na nas z jej punktu widzenia, "z drugiej strony"...

"Srebrne kropelki błyszczały na jej rzęsach. Kiedyś mój ojciec patrzył jej w oczy. Ja też patrzyłam jej w oczy, kiedy się urodziłam. Srebrne kropelki spływały po jej nosie. Kiedy się urodziłam, wąchała mnie i przytulała (...) Moja matka podobna była do kwiatu, który rozkwita. Nagle rozpłynęła się w powietrzu. Umarła". Czy odnalazła Pani w końcu matkę?

Rozmawiałam z nią tylko wtedy, gdy padał deszcz. A w Senegalu potrafi nie padać przez osiem miesięcy. Więc kiedy skończyła się pora deszczowa, ogarnął mnie strach, że długo jej nie będę widzieć. Dlatego któregoś dnia postanowiłam wykąpać się w wodzie deszczowej, którą zbierałam do butelek. Weszłam do miednicy i zaczęłam się polewać deszczówką. Zaczęłam śpiewać kołysankę mojej matki, a od dotyku zimnej wody moje piersi zaczęły twardnieć. Nagle zdałam sobie sprawę, że moja pieśń wychodzi z otworów w moich piersiach. W ten sposób dopełniło się odzyskanie matki. Ona weszła w moje ciało i zaczęła śpiewać przeze mnie. Wróciła nie tyle do mnie, ile we mnie, do mojego wnętrza.

Gdy jestem teraz czasem w Senegalu w mojej rodzinnej wiosce, ludzie mi mówią: "O, ty mówisz dokładnie tak jak twoja matka. Od razu widać, że jesteś jej córką, siadasz dokładnie w ten sam sposób!". Moi starsi bracia i siostry proszą, żebym przyrządziła im te same dania, które robiła ona. Bo okazuje się, że tylko ja potrafię przygotować pewne potrawy dokładnie tak jak matka. Mimo że to oni z nią mieszkali, nie ja. To oni ją znali. Ja prawie w ogóle nie znałam tej kobiety.