"Jestem chyba jedynym, który zostawiłby kilka procent na to, że Iwona żyje". Dziennikarze o nowych ustaleniach

- To jedna z najbardziej wyniszczających, toksycznych spraw, jakie prowadziłem - światło na obecne doniesienia rzucają dziennikarze, którzy od początku zajmowali się zaginięciem Iwony Wieczorek. O tym, jak przebiegało śledztwo, o ustaleniach oraz swoich hipotezach mówią w rozmowie z kobieta.gazeta.pl Mikołaj Podolski, autor książki "Łowca nastolatek", Marta Bilska (pracująca przed laty w magazynie "Reporter" Janusza Szostaka) oraz Marek Sterlingow z Gazety Wyborczej.
Zobacz wideo Zobacz wideo: Nagranie z monitoringu dot. sprawy Iwony Wieczorek. Ostatnie chwile przed zaginięciem

Od zaginięcia 19-letniej wówczas Iwony Wieczorek z Gdańska minie w tym roku 13 lat. Tajemnicze zniknięcie nastolatki w drodze z dyskoteki Dream Club w Sopocie do domu w Gdańsku jest najbardziej medialnym zaginięciem w Polsce. Od lipca 2010 roku nie wiadomo, co stało się z młodą dziewczyną.

W związku z bezpośrednim udziałem w sprawie nie zatrzymano dotychczas nikogo, nie ma też żadnych nowych dowodów. Jak wskazuje w rozmowie z kobieta.gazeta.pl dziennikarz śledczy Mikołaj Podolski - który bada sprawę od ponad ośmiu lat i jako jeden z pierwszych i nielicznych miał wgląd do jej akt - mamy do czynienia jedynie z poszlakami.

"Jestem chyba jedynym, który zostawiłby kilka procent na to, że Iwona Wieczorek żyje"

- Jestem chyba jedynym dziennikarzem, który zajmował się tą sprawą i który zostawiłby kilka procent na to, że Iwona żyje. Zostawiłbym też kilka procent możliwości, że została pochowana jako NN (to specjalistyczny skrót, stosowany głównie w terminologii prawniczej i kryminalistyce na określenie osoby, której tożsamości nie ustalono - red.), bo w Polsce też zdarzają się takie przypadki, sam je opisywałem w artykułach. Oczywiście szanse na obydwa te scenariusze są małe, ale dopóki nie poznamy rozwiązania, to lepiej zupełnie ich nie odrzucać - mówi Podolski.

Jacek KarnowskiZaginięcie Wieczorek. Prezydent Sopotu: Zrobiliśmy wszystko

Pytany o to, jakie najważniejsze jego zdaniem wątki ws. zaginięcia Iwony Wieczorek pomijają media, odpowiada, że należałoby zwrócić większą uwagę na sztuczne nakręcanie niektórych z nich. Tak, jak jego zdaniem miał robić znany detektyw - celebryta, Krzysztof Rutkowski, który swego czasu zaangażował się w sprawę. - Często podawał informacje, które się nie potwierdziły - podkreśla nasz rozmówca.

Widziałem w aktach sprawy, że Krzysztof Rutkowski podał kiedyś informację o doniesieniu na temat Iwony ze Szwecji, a potem w zeznaniu się z tego wycofał, mówiąc, że była to taka podpucha dla mediów. Media nie zawsze kierują swoją uwagę na właściwe tropy

- zaznacza.

Według Podolskiego, jednym z tych niedostatecznie nagłośnionych tropów jest Patryk G., były chłopak Iwony Wieczorek, z którym rozstała się zaledwie 2 miesiące przed zaginięciem.

"To osoba, której powiązania ze zniknięciem Iwony nie zostały do końca wyjaśnione"

- Patryk miotał się w zeznaniach. Na początku nie chciał przyznać, że tego wieczoru był w parku Reagana, że razem z kolegami poruszał się autem po Trójmieście. Przez pierwsze dni po jej zaginięciu nie brał udziału w poszukiwaniach. Podawał kilka różnych wersji odnośnie do tego, gdzie był w tamtych dniach, zmieniał je, jego koledzy również mataczyli. Wszystko to było dość tajemnicze, ale na jego korzyść przemawiało to, że według logowania telefonu szybko znalazł się tej nocy w swoim domu. Nie ma też żadnego dowodu na to, że spotkał się wtedy z Iwoną. Ale parę osób go podejrzewało. Śp. Janusz Szostak aż do śmierci wskazywał, że jest to osoba, której ewentualne powiązania ze zniknięciem Iwony nie zostały do końca wyjaśnione.

Zaginięcie Iwony Wieczorek a przeszukania w Zatoce Sztuki

Ale niewyjaśniony jest też wątek ludzi z kręgu Zatoki Sztuki, których z zaginięciem Iwony Podolski razem ze swoją redakcyjną koleżanką Martą Bilską powiązał już w 2015 roku. Wówczas dziennikarz gromadził informacje na temat przestępczego procederu, z "Krystkiem" w roli głównej.

Przypomnijmy, że w grudniu 2022 roku na polecenie prokuratury rozpoczęto przeszukania i inne czynności operacyjne na terenie budynku dawnej Zatoki Sztuki. Według licznych doniesień, działania mają być powiązane z zaginięciem Iwony Wieczorek. Wcześniej prokuratura nigdy oficjalnie nie łączyła tych wątków. Wieczorek zaginęła w lipcu 2010 r., lokal powstał zaś w 2011 roku.

Ważne jest jednak to, że dyskotekę Dream Club, którą nastolatka opuściła feralnej nocy, z Zatoką Sztuką łączą właściciele obydwu miejsc. To ci sami ludzie.

W swojej książce pt. "Łowca nastolatek" Mikołaj Podolski opisywał serię przestępstw seksualnych popełnianych przez "Krystka" związanego z Zatoką Sztuki (mężczyzna oskarżony jest łącznie o 65 przestępstw, w tym 40 z nich miało charakter przemocy seksualnej. Przebywa na wolności, jego sprawa jest w toku) oraz Marcina T. ps. "Turek", oskarżonego z kolei o współżycie z osobami małoletnimi. "Turek" był współwłaścicielem Zatoki Sztuki, a wcześniej - Dream Clubu.

Patryk KalskiPR24: Kalski miał zagrać w filmie o Iwonie Wieczorek. Reżyser zabrał głos

Zeznania przeciwko "Krystkowi" zaczęły spływać niedługo po tym, jak Polskę obiegła informacja o samobójczej śmierci 14-letniej Anaid, jednej z jego ofiar. Oficjalnie mężczyzna miał być zatrudniony w Zatoce Sztuki jako kierowca, ale wiadomo też, że miał też składać młodym dziewczynom propozycje pracy w klubach w Trójmieście, które należały do Marcina T. Część z nich napastował seksualnie, podawał im tabletki gwałtu oraz zmuszał do pracy w klubach przemocą i szantażem - wynika z wieloletnich ustaleń Mikołaja Podolskiego, który dotarł do ofiar "Krystka", rozmawiał z nimi i ich rodzinami.

Iwona bawiła się w Dream Clubie należącym do ludzi, którzy planowali stworzenie Zatoki Sztuki

W obszernym wywiadzie z portalem Interia Podolski poinformował, że wraz z Martą Bilską, również dziennikarką magazynu "Reporter", autorką pierwszego obszernego artykułu na temat zaginięcia Iwony na podstawie akt, osiem lat temu przekazali śledczym swoje ustalenia o możliwych związkach sprawy Zatoki Sztuki ze sprawą zniknięcia dziewczyny. Podolski w rozmowie z Dawidem Serafinem przyznał, że usłyszał wtedy w słuchawce "śmiech pani prokurator".

Iwona bawiła się w Dream Clubie należącym do ludzi, którzy planowali już wówczas stworzenie Zatoki Sztuki. Lokal wchodził w skład takiej "mekki dyskotekowej" przy Monciaku, do której zjeżdżało się nie tylko Trójmiasto, ale również północna Polska

- zaznacza.

- W sieci tych klubów pracował "Krystek". To był nasz pierwszy trop, śledczy o tym nie wiedzieli. Znaleźliśmy wraz z Martą Bilską jego powiązanie z pewnym policjantem, który spotykał się z Iwoną Wieczorek. Mężczyzna ten bywał we wspomnianych klubach, zwłaszcza w Dream Clubie. Znał się z obsługą i ważnymi osobami z tych miejsc. Czasem dzwonił do "Krystka" - ustaliliśmy, że mieli swoje prywatne numery. Próbował mnie okłamywać w tej sprawie, ale z czasem wyszło na jaw, że bardzo dobrze się znali - wyjaśnia Mikołaj Podolski.

Koledzy "Krystka" i znajomi Iwony. "Mamy zdjęcia, które to potwierdzają"

Podkreśla też, że zarówno Iwona, jak i "Krystek", bywali w klubie Organica, znajdującym się około 3 minuty piechotą od Dream Clubu i powiązanego z nim właścicielsko.

- Mamy zdjęcia, które to potwierdzają. Doszliśmy też do związków towarzyskich, sporej części osób z otoczenia Iwony, które znały się z osobami pracującymi w tych klubach. Między innymi bardzo dobra przyjaciółka Iwony znała się dobrym kolegą "Krystka", menadżerem tych dyskotek. Natomiast inny z jego dobrych kolegów został przedstawiony Iwonie przez Pawła P. w Dream Clubie w tę noc, kiedy zaginęła. Wiem, że śledczy wtedy do niego nie dotarli, w ogóle go nie przesłuchiwali. W zasadzie wszystko, co odkryliśmy w tym zakresie w 2015 roku, było dla nich nowością. Oni przez pięć lat w ogóle nie sprawdzali wątku samego Dream Clubu - miejsca, które Iwona przecież opuściła tuż przed zaginięciem - dodaje.

Wiele osób zajmujących się sprawą zaginięcia Iwony określało zgłoszenie się na policję słynnego "Ręcznika" z nagrań „przełomem". Chodzi o mężczyznę z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, którego w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku uchwyciły kamery monitoringu w gdańskim Jelitkowie, a który tej nocy szedł za Iwoną. Dopiero po dwunastu latach zgłosił się na policję, złożył zeznania i został wypuszczony. Śledczy obecnie analizują jego wersję wydarzeń. Jak się okazało, "Ręcznik" ma pochodzić z Chorzowa.

"Ręcznik" ze słynnego nagrania zgłosił się na policję. "To była osoba nie do namierzenia"

- Na pewno cieszyłem się, że ktoś go w końcu znalazł. To była osoba nie do namierzenia, nawet dla Łowców Cieni z Poznania. Przede wszystkim chce, żeby dokładnie sprawdzono jego wersję. Nie był zwykłym spacerowiczem, On tam chodzi dwie godziny, nie wiadomo w jakim celu - zaznacza Podolski.

W grudniu 2022 r. Paweł P. - kolega Iwony Wieczorek, który kilka godzin po jej zaginięciu przed trzynastoma laty żywo zaangażował się w poszukiwania dziewczyny - oraz jego obecna partnerka Joanna zostali zatrzymani przez służby. Mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące przestępstw narkotykowych oraz mataczenia. Para została wypuszczona. - Jeśli kiedykolwiek potwierdzi się związek Pawła z zaginięciem Iwony, będę pierwszym, który go za to potępi - mówi Podolski, który miał okazję kilka razy umówić się z P. na rozmowę. - Ale z tego co wiem, cały czas nie ma na niego żadnego dowodu, a sam Paweł i jego partnerka Joanna są zdziwieniu zarzutami, które usłyszeli i utrzymują, że nie do końca rozumieją, czego one dotyczą.

P. nigdy oficjalnie nie miał statusu osoby podejrzanej ws. Iwony Wieczorek. Jest jednak tym, na którego od samego początku spada cień najcięższych podejrzeń.

Zarzuty dla Pawła P. "Wszyscy tego chcieliśmy, ale przełomu nie było"

Kiedy Paweł został zatrzymany, dzwonili do mnie dziennikarze i pytali, jakie według mnie dostanie zarzuty. Odpowiadałem, że raczej nie za zabójstwo i wtedy wielu z nich nie chciało kontynuować rozmowy. Twierdzili, że jestem niepoważny i że to musi być przecież przełom, skoro o zatrzymaniu trąbiły wszystkie media. Ale przełomu nie było. Gdyby były to poważne zarzuty, dotyczące np. pozbawienia wolności Iwony, to Paweł byłby już objęty 3-miesięcznym aresztem tymczasowym. Joanna bardzo szybko została wypuszczona, z tylko jednym zarzutem, dotyczącym narkotyków. Paweł z trzema, ale żaden z nich bezpośrednio nie wiązał się z zaginięciem gdańszczanki. Do wiadomości publicznej podano jedynie ogólniki, a ja myślę, że skoro prokuratura mówi publicznie o zarzutach, to powinna też informować o szczegółach. Myślę, że kiedy one wyjdą na jaw, trochę osób będzie zaskoczonych

- dodaje Podolski.

Jak sam podkreśla, Paweł P. zgłosił się do niego sam, w październiku 2022 r. Odbyli około czterech spotkań. Niektóre pytania, które zadawał, wyprowadzały P. z równowagi, ale starał się na każde odpowiedzieć. Zależało mu na przedstawieniu swojej wersji.

Bał się, że trafi na dobre do aresztu. Mówił, że prokuratura zrobi z niego "drugiego Komendę". A teraz, po zatrzymaniu i wypuszczeniu go na wolność, obawia się też rozmów z dziennikarzami. Z tego, co do mnie dociera, on stoi na stanowisku, że jeden z zarzutów, który miał dotyczyć udzielenia mi w wywiadzie pewnych informacji, był karą za to, że rozmawiał z dziennikarzem

- zauważa.

- Wersja Pawła ma ręce i nogi. Jeśli są w niej jakiekolwiek luki, to ja jak dotąd ich nie znalazłem, ale też muszę zaznaczyć, że nie miałem możliwości dokończenia spotkań z nim i zadania mu jeszcze paru pytań - zaznacza. - Media informowały o tym, że po tym, jak Iwona zaginęła, przyznał się, że dzwonił do szefa selekcji Dream Clubu. W rozmowie ze mną tłumaczył, że chciał od niego wyciągnąć nagrania z monitoringu dla policji - przyznaje Mikołaj Podolski.

Zaginięcie Iwony Wieczorek. "Są w tej sprawie ciekawsze osoby do prześwietlenia"

Podobne zdanie na temat rzekomego udziału P. w sprawie ma Marta Bilska. Dziennikarka magazynu "Reporter" jako pierwsza sporządziła tekst oparty na ustaleniach z akt sprawy w 2015 roku. Był to całościowy obraz zdarzenia wraz z wszystkimi na tamtą chwilę zebranymi ustaleniami i zeznaniami, rozpoczynający się od wydarzeń z feralnej nocy z 15 na 17 lipca 2010 roku.

Na początku śledziła losy sprawy na różnego rodzaju forach internetowych, aż w końcu skontaktowała się z śp. Januszem Szostakiem i dołączyła do jego zespołu reporterów. Wraz z Mikołajem Podolskim do dziś bada różne wątki zaginięcia Iwony Wieczorek.

- Pawła nie brałabym pod uwagę jako sprawcy, a zarzuty, które usłyszał, nie mają nic bezpośrednio wspólnego z zaginięciem Iwony. Są w tej sprawie ciekawsze osoby do prześwietlenia. Na tym etapie nie mogę jeszcze ujawnić, kogo mam na myśli - dodaje.

" To jest jak wdepnięcie w bagno"

Jak z perspektywy lat ocenia, jak cała sprawa wpłynęła na jej życie? - Nie da się z tego wymiksować. To jest jak wdepnięcie w bagno - przyznaje. I podkreśla, że wielu osobom - w tym również mamie Iwony Wieczorek - zależy, aby miała ona w końcu swój finał.

W pewnym momencie znaleźliśmy się z Mikołajem Podolskim w punkcie, w którym kończyły nam się już możliwości. Nikt więcej nie chciał z nami rozmawiać, ludzie się bali. Nie było dokąd pójść, nie było komu zadać pytań. Pomyślałam, że trzeba się od tego odciąć na chwilę. Żeby nie zwariować

- relacjonuje.

"Pamiętam atmosferę strachu"

Pamiętam szczególnie tę atmosferę strachu. Wiele osób było zastraszanych, w środowiskach klubowych panowała zmowa milczenia. To było niezwykle trudne śledztwo. Docierały też do mnie informacje, że wielu osobom zakazywano z nami rozmawiać

- wtrąca Mikołaj Podolski.

- Największe zasługi w zastraszaniu w tamtym czasie miał niedawno zmarły Patryk Kalski. Twierdził, że wie, gdzie mieszkam, próbował wpływać na niektórych dziennikarzy. Zachowywał się jak fanatyk, wierzył w jakiś spisek w sprawie Zatoki Sztuki. Nie mam wątpliwości, że ktoś wyprał mu mózg. I ja wiem kto to zrobił. Szkoda, że nie ma odwagi, żeby się teraz do tego przyznać - dodaje autor "Łowcy nastolatek".

Dziennikarze "Reportera" odbierali też głuche telefony, otrzymywali groźby.

Januszowi ktoś zabił psa mimo, że mieszkał pod Warszawą. Ja miałem głuche telefony w nocy, różne pogróżki i ciągle musiałem pisać pisma procesowe, bo rzuciło się na nas kilka kancelarii. Nawet w zeznaniach do sprawy Iwony Wieczorek nakłamano na mój temat, zrobiła to bardzo ważna osoba z Dream Clubu, złożyła pod tym podpis, moim zdaniem był w tym cel. Ale oczywiście nie spadł jej za to włos z głowy, pewnie nikomu stamtąd nie spadnie, choćby nie wiem jakie były dowody na łamanie prawa. Już nie mówię, że szkalujące mnie paszkwile powysyłano do najważniejszych organizacji dziennikarskich. Wynajęta agencja PR-owa pisała o nas różne wymyślone rzeczy z dziesiątek kont internetowych. Zaatakował nas nawet tygodnik 'NIE'. To był jakiś obłęd. Mieszkałem wtedy siedem minut pieszo od Dream Clubu i na szczęście w porę pousuwałem swoje zdjęcia z sieci, inaczej miałbym przechlapane. Zastraszani byliśmy nie tylko my, dziennikarze, ale też osoby, które nam pomagały, udzielały informacji. To jedna z najbardziej wyniszczających, toksycznych spraw, jakie prowadziłem

- opisuje Mikołaj Podolski.

Mama Iwony Wieczorek cały czas jest pod ostrzałem

Marta Bilska z kolei niejednokrotnie stawiała się w roli mamy Iwony Wieczorek.

Zniosła tyle nieuzasadnionych ataków na swoją osobę. I to dalej trwa. Ludzie potrafią jej wypominać, że nie interesuje się poszukiwaniami córki, bo publikuje w mediach społecznościowych zdjęcia swojego salonu fryzjerskiego. Ona musi dalej żyć, musi zarabiać. Nie zamknie się w bunkrze na dwanaście lat, żeby siedzieć i płakać. Nawet w wywiadach zawsze stara się zachować zimną krew, a to też ludziom przeszkadza. Cały czas jest pod ostrzałem pomimo tego, że wszelkie związki rodzinne ze sprawą wykluczono. Była pomawiana o to, że 'coś wie', że coś ukrywa

- wylicza Bilska.

"Wszystkie oskarżenia w jej stronę są wyssane z palca"

- Wszystkie oskarżenia w jej stronę są wyssane z palca. Nie ma absolutnie żadnego powodu, aby ją podejrzewać. Bardzo jej współczuję. Rozmawiałem z nią kilka razy, mogę o niej mówić tylko dobrze. Chciałbym, żeby jej koszmar się skończył. Wszystkim, którzy ją teraz pomawiają, radzę się zastanowić, jak oni by się w takiej sytuacji zachowali - uważa Mikołaj Podolski.

Dziennikarz "Wyborczej": Pawłem P. od razu wydał nam się podejrzany

Inną perspektywę odnośnie Pawła P. ma z kolei Marek Sterlingow z trójmiejskiego oddziału "Gazety Wyborczej", który był mocno zaangażowany w sprawę zaginięcia Iwony przez dwa pierwsze miesiące. W lipcu 2010 roku wraz z Romanem Daszyńskim opublikował tekst na temat zniknięcia gdańszczanki.

- Przypomniała mi się wtedy inna sprawa, którą opisywałem – zabójstwo nastolatki w Słupsku. Morderstwo popełniła para jej bliskich znajomych. Od samego początku niezwykle aktywnie uczestniczyli w poszukiwaniach, co, jak wiadomo, jest bardzo częstym zachowaniem u bezpośrednich sprawców – wspomina w rozmowie z kobieta.gazeta.pl dziennikarz "Wyborczej".

Marek Sterlingow: mieliśmy wrażenie, że policja olewa tę sprawę

Od samego początku Paweł wydaje mu się podejrzany, nie wierzy w żadną teorię dotyczącą rzekomej ucieczki Iwony.

Służby przeczesują teren przy dawnej Zatoce SztukiZaginięcie Iwony Wieczorek. Media: Śledczy pracują wewnątrz Zatoki Sztuki

- Na początku mieliśmy wrażenie, że policja olewa tę sprawę. Spotkaliśmy się z matką Iwony i z Pawłem P., który od razu wydał nam się podejrzany ze względu na jego powiązania z sopockim półświatkiem. Podczas spotkania, wibracje były jeszcze gorsze. Może nawet w amatorski sposób zajmował się stręczeniem dziewcząt dla swoich znajomych z klubów? Dziś bym tak powiedział, ale nie mam ku temu dowodów – opowiada reporter.

"Paweł P. mówił, że wie, jak poruszać się po mieście, żeby nie dać się nagrać"

- Poza tym wykazywał się gigantyczną wiedzą na temat monitoringu w Sopocie. Mówił, że zna wszystkie kamery i wie, jak poruszać się po mieście, żeby nie dać się nagrać. Dosłownie tak powiedział. Wtedy do końca jeszcze nie zwracaliśmy uwagi na to, że jego związki z sopockim półświatkiem mogą być większe, niż nam się wydaje - dodaje.

Czy dziś możemy stwierdzić, że jesteśmy bliscy poznania prawdy na temat tego, co wydarzyło się w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku? - Jesteśmy, po prawie trzynastu latach w punkcie, w którym nie mamy ani jednego dowodu, który pomógłby rozwiązać tę sprawę - uważa Mikołaj Podolski. - Powinniśmy trzymać kciuki za Archiwum X, bo jeżeli oni tego nie wyjaśnią - to nikt tego już nie zrobi.

To tylko moja opinia, ale cały czas obawiam się, że ta sprawa nigdy się nie wyjaśni. Oczywiście chcę, żeby było inaczej. Bo widzę, jak wiele osób ma przez nią problemy. Ale tej wiary jest we mnie bardzo mało

- podkreśla.

"Za zniknięciem Iwony będzie stała osoba, która przez ostatnie lata nie była maglowana przez opinię publiczną"

Według Marty Bilskiej jesteśmy jednak bliżej, niż dalej. - Na pewno teraz dzieje się w tej sprawie więcej niż przez ostatnich dwanaście lat. Nie mogę stwierdzić, czy jesteśmy blisko rozwiązania, ale mam na to nadzieję. Archiwum X to ostatnia deska ratunku. Chcę w to wierzyć, Ale czy tak będzie? Nie wiem - mówi.

- Myślę, że w ciągu najbliższych tygodni, może dwóch miesięcy będziemy wiedzieli, w jakim kierunku to zmierza.

Ta sprawa jest o tyle ciężka, że nie da się praktycznie niczego wykluczyć. Zazwyczaj jest jakaś wiodąca hipoteza, którą badają śledczy, a tutaj czegoś takiego nie ma, badanych jest kilka wątków. I myślę, że jeżeli kiedykolwiek dojdziemy do jakiegoś rozwiązania, to będzie to zlepek tych kilku hipotez. Myślę też, że za zniknięciem Iwony będzie stała osoba, która przez ostatnie lata nie była maglowana przez opinię publiczną. Być może to będzie ktoś, kogo Iwona znała z widzenia, ale nie będzie to nikt z głównych bohaterów tej historii

- uważa Marta Bilska.

"Policja wróciła do punktu wyjścia"

Z kolei zdaniem Marka Sterlingowa większość tropów podawanych przez media jest fałszywych. - Nie wierzę w żadne z nich. Nie ma jej w Paryżu, ani w Londynie, ani gdziekolwiek indziej. Nie jestem też pewien powiązań tej sprawy z Zatoką Sztuki i stręczycielstwem, aczkolwiek tutaj nie dam głowy - mówi dziennikarz.

Choć jak dodaje, nadal podejrzany wydaje się mu Paweł P., to należy pamiętać jednak, że możliwe, iż jest on niewinny. - Również nie jestem pewien. Są poszlaki, są statystyki. W przypadku takich zaginięć lub morderstw kobiet winnymi najczęściej są osoby z kręgu znajomych ofiary. A z reguły ci, którzy spędzają z nimi ich ostatnie chwile - dodaje.

Nawet jeśli założymy, że sprawcą jest ktoś inny, to żaden trop dotąd się nie pojawił. Prawdą jest, że policja wróciła do punktu wyjścia

- podsumowuje nasz rozmówca.

Więcej o: