Anja ratuje dzieci oskarżone o czary w Nigerii. "Mówili, że jestem głupia, że sama jestem wiedźmą"

Klaudia Kolasa
W Nigerii każdego roku około 15 tys. dzieci oskarżanych jest o uprawianie czarów i wyrzucanych przez rodziny na bruk. "Ludzie wierzą, że dziecko ma nadprzyrodzone moce, jeśli za dużo płacze, gorączkuje albo przez długi czas choruje. Czasem obwiniają je za choroby czy nieszczęścia osób z rodziny (...) Idą do miejscowego pastora albo znachora, a ten, żeby zarobić, potwierdza ich obawy. Mówi, że trzeba odprawić egzorcyzmy" - opowiada Anja Ringgren Lovén, założycielka Land of Hope, którą wspiera Fundacja UNAWEZA Martyny Wojciechowskiej.

Więcej wiadomości przeczytasz na Gazeta.pl.

Klaudia Kolasa, kobieta.gazeta.pl: W 2016 roku świat obiegło zdjęcie, na którym w nigeryjskiej wiosce poisz wodą wycieńczonego chłopca. Chłopca, który, jak później się dowiedzieliśmy, został oskarżony o czary i skazany przez rodzinę na pewną śmierć. Nazwałaś go Hope. Pamiętasz dzień, w który to zdjęcie zostało zrobione? 

Anja Ringgren Lovén: Pamiętam go bardzo dokładnie. Rano wyjechaliśmy na misję ratunkową w okolice miasteczka Oron. Dostaliśmy wcześniej telefon, że jest tam grupa dzieci oskarżonych o uprawianie czarów. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że mieszkańcy wioski nie chcą nas do nich dopuścić. Poczuliśmy, że musimy się wycofać, bo nasze bezpieczeństwo jest zagrożone. Wystarczyła chwila, żeby coś poszło nie tak. W drodze powrotnej poczułam ogromną złość. Wiedziałam, że świat musi się dowiedzieć o tym, co dzieje się w Nigerii, chcieliśmy nagrać tę misję, a nie mieliśmy żadnego obrazu, który byłby tego dowodem.

Zobacz wideo Martyna Wojciechowska o rozłące z Marysią. Nawet na krańcu świata dba o to, żeby córka wszystko spakowała do szkoły

W samochodzie przypomniałam sobie, że wcześniej tego samego dnia do Davida, mojego męża, zadzwonił mieszkaniec innej wioski. Nigdy go nie poznaliśmy, nie wiedzieliśmy, czy mówi prawdę. Twierdził, że w jego sąsiedztwie błąka się dwuletni chłopiec oskarżony o czary. Nie znaliśmy okolicy, nie wiedzieliśmy, czy jest tam bezpiecznie, ale musiałam zaryzykować. Oznajmiłam: "Jedziemy!". David się na mnie zezłościł. Przewracał oczami, twierdził, że to niebezpieczne. Nie mieliśmy ochrony, więc na miejscu mogło się wydarzyć wszystko. Ostatecznie zadzwonił do tego mężczyzny, ustaliliśmy dokładną lokalizację i ruszyliśmy.

Co było dalej? 

Na miejscu oboje przeżyliśmy ogromny szok. Chłopiec, który według miejscowych miał dwa lata, był maleńki. Gdy wzięłam go na ręce, ważył może z pięć kg. Prawie umierał w moich ramionach. To było dla mnie bardzo emocjonalne przeżycie. Sama rok wcześniej zostałam mamą. Kiedy trzymałam wycieńczone dziecko w ramionach, myślałam o moim synu. Myślałam, że to mógł być on. Wiedziałam, że muszę być twarda, że muszę odłożyć emocje na bok i działać. Nie wiedziałam, czy Hope przeżyje, ale wiedziałam, że muszę go stamtąd zabrać i nadać mu imię. Szczęśliwie przeżył i wyrósł na dużego, silnego chłopca, który cały czas jest z nami. Dziś wiemy, że gdyby mieszkańcy wpuścili nas do poprzedniej wioski, Hope nie przeżyłby - nie zdążylibyśmy z pomocą. O jego losie zadecydował przypadek.

Anja Ringgren Lovén z HopeAnja Ringgren Lovén z Hope Anja Ringgren Lovén/archiwum prywatne

Dlaczego niektórzy ludzie w Nigerii wierzą, że ich dzieci mają nadprzyrodzone moce?

To złożony problem, którego źródłem są korupcja, bieda i ignorancja. Ludzie wierzą, że dziecko ma nadprzyrodzone moce, jeśli za dużo płacze, gorączkuje albo przez długi czas choruje. Czasem obwiniają je za choroby czy nieszczęścia osób z rodziny, a czasem winią dziecko za bycie dzieckiem. Za to, że jest uparte i nieposłuszne, że podkrada coś rodzicom, ucieka. Potem dzieje się coś złego i myślą, że to przez osobowość malucha. Idą do miejscowego pastora albo znachora, a ten, żeby zarobić, potwierdza ich obawy. Mówi, że trzeba odprawić egzorcyzmy. "Twoje dziecko to wiedźma, zapłać mi tyle i tyle, a uwolnię je od złych mocy". Czasem ci pastorzy sami wierzą, że to prawda. Nie myślą o tym, że choroby mogą brać się z warunków, w jakich żyją. Z ekstremalnej biedy, braku dostępu do czystej wody. Chorują na tyfus i malarię, ale nie mają żadnej wiedzy na temat tych chorób. Z tego powodu łączą swoje objawy z przesądami. W tej chwili w Land of Hope mamy 92 dzieci. Myślę, że gdybyś zapytała każde z nich, dlaczego zostały oskarżone o uprawianie czarnej magii, ponad połowa odpowiedziałaby: "bo zmarła moja matka, bo zmarł mój ojciec, bo umarł mój wujek". A jeśli drążyłabyś temat i zapytała: "Jak to możliwe, przecież ich nie zabiłeś!", odpowiedziałyby: "Nie, ale moja macocha/mój ojczym mówią, że jestem wiedźmą. Że mam nadprzyrodzone moce".  

Macocha lub ojczym?

Zauważamy pewną prawidłowość. Często dzieci, które są oskarżane o czary, to dzieci, którym zmarł rodzic lub których rodzice się rozstali i weszli w nowe związki. Przykładowo mężczyzna znajduje sobie nową partnerkę, a ona nie chce mieć pasierba czy pasierbicy. To przekłada się na codzienne życie. Od początku dziecko dostaje mniej jedzenia, kobieta jest o nie zazdrosna. Trzeba pamiętać, że ludzie, których spotykamy, nie są bogatymi Nigeryjczykami, żyjącymi w dużych domach. Tacy nie oskarżają swoich dzieci. W wioskach jest straszna bieda. Ludzie żyją w trudnych warunkach, mają po 10-12 dzieci. To brzmi okrutnie, ale czasem wiara w to, że muszą porzucić dziecko, jest dla nich sposobem na przetrwanie. Wówczas mają mniej osób do wykarmienia. A skoro tak mówi pastor, to wierzą, że postępują słusznie.  

Anja Ringgren Lovén w Land of HopeAnja Ringgren Lovén w Land of Hope fot. Mariusz Janiszewski / TVN

Co w takim razie mają z tego pastorzy? 

Pieniądze. Mówią, że za konkretną sumę przyniosą dziecku zbawienie, magicznie je uzdrowią. To ruch zielonoświątkowy. Łączą religię z magią, voodoo, odprawiają egzorcyzmy. Mają miliony wyznawców w kraju. Występują w państwowej telewizji i tam głoszą swoje teorie. Często tak jest, że kiedy jesteś religijny i słuchasz duchownego, który ma władzę i prestiż, bezgranicznie mu wierzysz. A oni piorą mózgi. I robią to w porozumieniu z rządem i politykami.

Jak ludzie reagują, kiedy mówisz im, że popełniają błąd, gdy wyrzucają dzieci z domu? 

Na początku kazali mi wracać do Danii. Mówili, że jestem głupia, że sama jestem wiedźmą, bo mam tatuaże. Stopniowo zaczęłam jednak wchodzić w tę społeczność. Pokazałam im, że ich nie oceniam, że chcę pomóc. Prawda jest taka, że dopóki wiara nikogo nie krzywdzi, każdy ma prawo wierzyć, w co chce. Ale tu idzie za tym porzucanie, torturowanie i mordowanie dzieci. Proponujemy: "Jeśli myślisz, że twoje dziecko ma magiczne moce, zadzwoń po nas. Porozmawiamy, pomożemy".

Anja Ringgren Lovén w Land of HopeAnja Ringgren Lovén w Land of Hope fot. Mariusz Janiszewski / TVN

W ten sposób założyłaś Land of Hope i udało ci się już uratować 92 dzieci. Misje ratunkowe to tylko ułamek waszej pracy. Czym jeszcze się zajmujecie? 

Realnie moglibyśmy ratować dziecko każdego dnia, gdybyśmy mieli na to fundusze i warunki. Ale nie mamy. Poza tym nie możemy przyjąć pod swój dach 10 000 dzieci, bo to nie rozwiąże problemu. Żeby zaszła jakaś zmiana, trzeba rozmawiać z miejscowymi, edukować ich. Nasza organizacja więcej działa w terenie niż w biurze. Jeździmy do wiosek, uświadamiamy ludzi na temat antykoncepcji, rozmawiamy o tym, dlaczego wierzą w czarną magię. Tłumaczymy, że są choroby, że na całym świecie ludzie umierają i dzieci nie mają z tym nic wspólnego. Trzeba być wewnątrz lokalnej społeczności i zdobyć zaufanie, żeby zaczęli współpracować. Teraz dostajemy telefony: "Przyjedźcie, bo w wiosce są dzieci-wiedźmy, schowały się gdzieś w zaroślach. Zabierzcie je, zanim zostaną zabite". No i my wtedy jedziemy z policją w to miejsce, prowadzimy śledztwo. Potem musimy poinformować opiekę społeczną, że chcemy zabrać dziecko. Zwykle po dniu lub dwóch dniach przyznają nam opiekę. Ale to nie jest tak, że zabieramy dziecko i mówimy mu: "Zapomnij o rodzinie, teraz jesteś z nami". Po czasie, gdy są na to gotowe, jeździmy z nimi do wiosek i zabieramy je na wizyty domowe. Te spotkania z rodzicami łamią serce. 

Wyobrażam sobie, że to trudne, powrócić do miejsca, w którym przeżyło się koszmar. 

Tak, ale po pierwsze każde dziecko powinno znać swoją tożsamość. Po drugie one kochają swoich rodziców i rodzeństwo. Czasem nawet pytają, czy mogą zabrać dla nich prezenty. Kiedy wracają do wiosek zdrowe i dobrze ubrane, wędrują dumne pośród społeczności, która ich wykluczyła. To część zdrowienia. Mówią: "Patrz, nie jestem wiedźmą". To ogromne emocje. Matki płaczą ze szczęścia, że ich dziecko żyje. Wiesz, one nie mają nic do powiedzenia. Jeśli pastor mówi, że dziecko jest źródłem nieszczęść, kobieta nie może nic zrobić. Gdyby zatrzymała je w domu, ją posądzono by o to samo. Albo ludzie z wioski przyszliby w nocy i zamordowali oboje.  

Mówisz, że dzieci kochają swoje rodziny, ale czy wybaczają im to, co się stało? 

Wybaczają. Są już na tyle świadome, że wiedzą, że ich rodzicom wyprano mózgi. Wiedzą, że zawiniła bieda. Dzieci na całym świecie nie potrafią nienawidzić swoich rodziców. Wręcz przeciwnie. Zawsze chcą ich chronić. Czasem są rozczarowani: "Byłem w domu, rozmawiałem z tatą, a ten wciąż wierzy w magię". Chcą chronić swoje rodzeństwo. Dla nas wizyty domowe są ważną częścią edukowania społeczności. Ludzie widzą, że nie mieli racji. Wiele dzieci, które uratowaliśmy, jest już na uniwersytetach. Dumni 20-latkowie wracają do wioski i pokazują, że coś osiągnęli. To robi ogromną różnicę. Zmienia się nastawienie ludzi. 

Fundacja UNAWEZA uruchomiła zbiórkę na rzecz organizacji Land of Hope. Możesz ją wesprzeć TUTAJ.

'Matka dzieci przeklętych' Anja Ringgren Loven'Matka dzieci przeklętych' Anja Ringgren Loven Wydawnictwo Agora

 Anja Ringgren Lovén jest również autorką książki „Matka dzieci przeklętych. Moja podróż do krainy nadziei", która opowiada o działalności Anji w Nigerii i prowadzonym przez nią ośrodku dla dzieci oskarżonych o czary „Land of Hope".

Więcej o: