Mężczyźni wolą zaginąć niż odejść?

Wiele kobiet nie kryje wzburzenia, gdy pytamy wprost: czy mógł odejść? To niemożliwe, odpowiadają z przekonaniem, to nie w jego stylu. Zaginął, szukajcie. No i my szukamy
Michał Czyżewski
Fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl

Kiedy dzwoni kobieta i zgłasza zaginięcie męża, to co Wam przychodzi do głowy?

Jolanta Łagodzińska: Najpierw musimy ją zapytać o fakty. Zbieramy informacje, dopytujemy o szczegóły, o okoliczności zaginięcia. Dopiero potem zastanawiamy się, co mogło się stać. Jeśli zaginionym jest człowiek chory na serce, może gdzieś upadł, może przewieziono go do któregoś szpitala. Może cierpiał na zaburzenia nastroju, na depresję. Może pojechał na giełdę sprzedać albo kupić samochód i z tej giełdy nie wrócił. Miał przy sobie dużo pieniędzy, może ktoś zrobił mu krzywdę. Powody zaginięć są rozmaite i żadnego nie możemy wykluczyć. Może być i tak, że facet zaginął, by odejść. Opuścił żonę i dzieci.

Zapomniał ich o tym poinformować?

Michał Czyżewski: Nie zapomniał. Tak zdecydował.

Dlaczego?

M.C.: Bo nie umiał z żoną porozmawiać.

Co to znaczy?

M.C.: Rozmawiali o kredycie na samochód, o nowej zmywarce, o dzieciach, o ich szkole, natomiast nie rozmawiali o swoich potrzebach, emocjach. Nie wyrażali złości. Uprawiali jeszcze jakiś seks, ale już bez większej radości. Nie kłócili się, bo to brzydko się pokłócić, byli przecież dobrym małżeństwem. Coś udawali. A jeśli ludzie w związku coś zbyt długo udają, jeśli to trwa i trwa, to narasta frustracja, niknie bliskość, rośnie między nimi mur. Nic, tylko wyjść bez słowa.

Dokąd?

M.C.: W Polskę albo i dalej. Człowiek znajduje gdzieś kąt, pracę na czarno, staje się nielegalny. Dostępność pracy na czarno sprzyja byciu nielegalnym. Można tak żyć przez wiele lat.

Łatwo znaleźć pracę?

M.C.: Niełatwo. A brak pracy to prosta droga na dworzec albo do schroniska. To nierzadki scenariusz.

Albo do domu innej kobiety?

J.Ł.: Czasem tak. Druga kobieta jest też przecież dowodem na brak dobrej komunikacji z tą pierwszą, z żoną. Uważam, że jeśli w małżeństwie nie ma żadnej szczeliny, żadnego pęknięcia, to inna kobieta w to małżeństwo się nie wciśnie.

A jak się wciska, to on nie może żonie powiedzieć, że odchodzi? Dorośli ludzie mówią sobie takie rzeczy.

J.Ł.: On wie, co zostawia. I choć ma mgliste wyobrażenie przyszłości, musi to zrobić, dłużej tego nie zniesie. I nie potrafi o tym powiedzieć żonie, to go przerasta. Nie umie rozwiązywać konfliktów, nie chce przeżywać awantur, płaczu, sprawy rozwodowej. Pewnie się tego boi. Łatwiej mu wyjść i zamknąć drzwi, odciąć się, spuścić na dotychczasowe życie zasłonę niepamięci.

M.C.: Bywają i inne powody. Alkohol, bezrobocie, bankructwo. Firma męża dobrze prosperuje, ale ktoś za coś mu nie zapłacił i on zaczyna mieć spore kłopoty. Nie potrafi powiedzieć o tym żonie ani dzieciom, które przyzwyczaiły się do życia na pewnym poziomie. On wierzy, że uda mu się wyjść na prostą, ale tak się nie dzieje. Nadchodzi katastrofa, której w domu nikt się nie spodziewa. Jemu łatwiej zniknąć, zostawić dom...

J.Ł.: Bo pewnie tak został wychowany: mężczyzna musi sobie poradzić sam, ma być podporą dla kobiety, a nie ciężarem. W naszej kulturze tak wychowujemy chłopców.

M.C.: Pamiętam człowieka, który wziął kredyt na meblościankę, na wersalkę. Kupił i postawił te meble w dużym pokoju. A potem stracił pracę. Nie miał pieniędzy, by spłacać kredyt. Dług narastał i narastał. On nie był świadomy tego, że w Polsce nie idzie się do więzienia za długi, że z bankiem można negocjować. Nie wytrzymał napięcia i zostawił żonę z tą meblościanką i z tą wersalką. Ale to już nie było porzucenie, on cierpiał na depresję. Depresja jest częstą przyczyną zaginięć, ale nie o niej mieliśmy dzisiaj rozmawiać.

Porozmawiajmy o żonie, która dzwoni i zgłasza zaginięcie męża. Jak dochodzicie do wniosku, że on ją porzucił?

J.Ł.: Nie od razu. Dopytujemy o relacje między małżonkami - czy był tam jakiś konflikt, napięcie, nierozwiązane problemy? Niektóre kobiety mniej lub bardziej otwarcie przyznają, że właśnie tak było. Albo że nic już między nimi nie było, tylko nuda, już od lat w ich związku nie działo się nic ciekawego.

M.C.: Wiele z tych kobiet nie kryje zaskoczenia, a nawet wzburzenia, gdy czasem musimy zapytać wprost: czy mąż mógł odejść? To niemożliwe, odpowiadają z przekonaniem, to nie w jego stylu. Na pewno stało mu się coś złego. Zaginął, szukajcie. No i my szukamy.

J.Ł.: Nie wiem, czy mówią to z przekonaniem. Niektóre czują, że właśnie tak się stało, ale jeszcze nie są gotowe, by się do tego przyznać nawet przed sobą. I nie zawsze pytamy wprost: czy mąż mógł od pani odejść? Często widzimy, że ta żona nie jest gotowa na takie pytanie. Raczej wspólnie z nią badamy ich relacje, analizujemy okoliczności zaginięcia, aż w końcu ona sama wpada na to. Za którymś razem dzwoni i mówi: on mnie jednak porzucił.

M.C.: Częściej bywa tak, że do końca nie chcą uwierzyć, choć wiele za tym przemawia. Jeden pan wyszedł do pracy na sąsiednią ulicę, ale z szuflady zabrał paszport. Żona przez kilka miesięcy nie zgadzała się ze mną, że łączę te dwa fakty.

Oszukiwała się?

M.C.: To naturalne. O wiele łatwiej poradzić sobie z myślą, że coś złego mu się wydarzyło - jakiś wypadek albo przestępstwo. Kiedy nic nie wiadomo, kiedy trwają poszukiwania - ona wciąż czuje się wartościową żoną. Cierpi i wyczekuje go w oknie.

J.Ł.: Nikt nie lubi być porzucony, i to jeszcze w taki sposób. Nikt z nas nie jest przygotowany na to, że ktoś najbliższy wytnie nam taki numer.

M.C.: Pewna kobieta, której mąż nawet zostawił kartkę z informacją, że odchodzi, przekonywała nas, że to niemożliwe: on albo zachorował psychicznie, że taką kartkę zostawił, albo ktoś tę kartkę spreparował i podrzucił. Za nic nie chciała przyjąć do wiadomości, że jest porzucona, zostawiona jak przedmiot. Nie ma się czemu dziwić.

J.Ł.: Idąc przez życie, dążymy do jakiejś harmonii, do jakiegoś ułożenia swoich spraw, wartości, relacji, związków. I nagle przydarza nam się coś tak strasznego. Ktoś, kto może nawet nie był idealny, ale kogo kochamy, znika bez wieści. I to znika przed nami, nie chce już z nami być, ucieka od nas. Robi to bez żadnej zapowiedzi, nagle. I my tak samo nagle tracimy grunt pod nogami. Dokonuje to w nas niebywałego spustoszenia. To, co budowaliśmy przez lata, rozsypuje się. Nie wiemy już, co jest ważne, co słuszne, jak należy postępować wobec siebie i ludzi, w co wierzyć. Wszystko okazało się niestałe, marne. To, na czym budowaliśmy nasz świat, umiera. Coś zostało nam wyrwane z samego środka, z korzeniami. Niełatwo to przeżyć. Pewna dziewczyna, której towarzyszyliśmy w cierpieniu, tego nie zniosła. Poszukiwaliśmy jej męża, była w nim bardzo zakochana. Rozmawialiśmy z nią niemal codziennie. W końcu dostała z policji informację, że on jest cały i zdrowy, ale nie chce z nią być. I odebrała sobie życie.

M.C.: Wspieraliśmy ją, byliśmy blisko niej i ona też była chętna do tej więzi z nami. Ale się nam nie udało. Poczucie, że świat się rozsypał, było w niej zbyt głębokie.

Powiedzenie komuś w twarz "odchodzę" czyni w nim mniejsze spustoszenie?

J.Ł.: Oczywiście, bo do normalnego rozstania przygotowujemy się stopniowo, krok po kroku. Są kolejne etapy, z którymi można sobie radzić. Rozwód jest trudnym przeżyciem, ale z czasem można je domknąć, zakończyć - najpierw na siebie nakrzyczeć, potem coś wyjaśnić, przepłakać, zrozumieć, zaakceptować. A kiedy jedna ze stron zaginęła, nie można zapytać jej o nic, nie można niczego wyjaśnić, nawet zrobić awantury. Drugiej strony nie ma, przepadła bez śladu.

Rozwód jest społecznie akceptowany...

J.Ł.: W niektórych środowiskach nie jest. Rozwiedzionej kobiecie na polskiej wsi zwykle nie żyje się łatwo. Ale na pewno łatwiej niż porzuconej w taki sposób, o jakim tu mówimy.

M.C.: Na początku, kiedy mąż znika, sąsiedzi i znajomi okazują żonie troskę. Ona jest w szoku. Nie wiadomo, co się stało, trzeba jej pomóc poszukać, pójść do komisariatu, zadzwonić do Fundacji ITAKA, sprawdzić szpitale. Ale w pewnym momencie zaczynają się podejrzenia, domysły. Ludzie dają sobie prawo, żeby plotkować za plecami tej kobiety, po kątach...

J.Ł.: ...i to często w sposób ordynarny: no tak, bo ona jest taka i owaka, nie gotowała albo czegoś innego mu nie robiła, on nie mógł już tego wytrzymać, co tu się dziwić chłopu, że uciekł. Ludzie bywają bezlitośni. W końcu odwracają się od niej.

Jak ona sobie z tym radzi?

J.Ł.: Jest jej wstyd, czasem sobie w ogóle nie radzi. I do tego wszystkiego nierzadko popada w nędzę. Bo zwykle jest tak, że to mąż i ojciec przynosił do domu największe pieniądze. A teraz męża nie ma, zostały po nim niespłacone kredyty. W Itace mamy wiele takich przypadków, nasi pracownicy socjalni i prawnicy mają co robić.

M.C.: Inaczej sprawa wygląda w przypadku, gdy to kobieta ginie bez wieści, a w domu zostaje mąż i ojciec. Wtedy mężowi wszyscy pomagają i mu współczują.

J.Ł.: O, tak! Jest taki biedny, musi dziećmi się opiekować, gotować, prać, ale go jędza urządziła. Widocznie coś z nią było nie tak. I jak sąsiadom w końcu przyjdzie do głowy, że żadna krzywda jej się nie stała, tylko zwyczajnie odeszła sobie z domu, to już suchej nitki na niej nie zostawią. Tak bywa, ale nie zawsze. Zresztą kobiety nieporównywalnie rzadziej niż mężczyźni porzucają swe rodziny.

Przychodzi taki dzień, kiedy okazuje się, że zaginiony mąż korzysta z konta albo gdzieś wypełnia PIT-y. Albo złapał go konduktor i na adres domowy przyszło wezwanie do zapłacenia kary. Albo żona dostaje wiadomość z policji: pani mąż żyje...

J.Ł.: ...ale nie chce pani widzieć. Jasna, klarowna informacja, z którą trzeba się skonfrontować.

I jak ona się z nią konfrontuje?

J.Ł.: Jest wściekła. Jak mógł mnie tak zostawić?! Jak mógł ze mną nie porozmawiać?! Załatwilibyśmy to jakoś, po co narażać się na takie nerwy, zmartwienie i wstyd.

Zaczyna wątpić w całe swoje małżeństwo? Mówi, że te 20 lat wspólnego życia było po nic. Pyta: z kim ja żyłam? I po co?

J.Ł.: Pyta: co był wart nasz związek, skoro mąż nie był w stanie mi tego powiedzieć w twarz. I siebie zaczyna winić: jak mogłam tego nie zauważyć, jak mogłam się do tego przyczynić, ja go w ogóle nie znam! Choć to już jest etap późniejszy, bo zwykle na początku ona wini tylko jego.

I chce, żeby wrócił? Szuka go dalej?

M.C.: Chce. Bardzo często chce, szuka. My już szukać nie możemy, bo on przestał być zaginionym. Ale dalej jesteśmy przy niej.

J.Ł.: Bardzo często też nie chce, by wrócił. Jest tak urażona, tak dotknięta. Mówi: już nigdy w życiu mu nie zaufam.

M.C.: Bywa i tak, że w ogóle się nie złości, nie wścieka. Tylko czuje ulgę, bo dotychczasowe życie z mężem było nie do zniesienia.

A on puk, puk do drzwi?

J.Ł.: Pewnie! Niektórzy wracają po miesiącu, po roku.

M.C.: Był taki pan, który dzień przed powrotem przysłał żonie kosz kwiatów.

Przyjęła go?

M.C.: Przyjęła.

J.Ł.: Są żony, które, choć się zarzekały, że go nie przyjmą, witają męża z otwartymi ramionami. Widzą go i miękną. No bo choć nie był najlepszy...

...pił i bił...

J.Ł.: ...to jednak był. I znowu jest. Lepszy taki niż żaden. Ona wierzy, że on się jakoś sensownie wytłumaczy, jakoś to naprawi, że się już na pewno zmieni. Jest od tego męża uzależniona. I to niekoniecznie musi być żona alkoholika.

On wchodzi do domu i co dalej?

J.Ł.: Siada i milczy. Tak jest najczęściej. Koniec, kropka, może to jakoś przyschnie.

A przyschnie?

J.Ł.: Nie, moim zdaniem ta rana już zostanie. Niektóre żony nawet po latach codziennie będą drżały o to, czy on dziś znowu nie zniknie. Każde, nawet pięciominutowe jego spóźnienie będzie budzić w nich lęk, że to dziś znowu się wydarzy, że znowu to samo.

Nie można dobrze żyć razem z taką raną.

J.Ł.: Można, jeśli się zagoi. Sądzę, że można to osiągnąć jedynie przez dobrą terapię małżeńską. Jeśli małżonkowie przepracują wspólnie wszystko to, co wcześniej spowodowało jego odejście, jeśli nauczą się ze sobą komunikować, wychodzić naprzeciw swoim potrzebom, rozumieć je, nazywać rzeczy po imieniu, szczególnie sytuacje konfliktowe, to powinno im się udać.

A bez terapii będzie trudno?

J.Ł.: Trudno.

Wróćmy do sytuacji, kiedy on puka do drzwi, siada i milczy. To interesująca scena. Ona, powiedzmy, daje mu talerz zupy i co dalej? Pyta: gdzieś był, z kim? Płacze? Krzyczy?

M.C.: Jedna nie pyta, tylko go głaszcze. Inna odwrotnie - krzyczy, płacze. On mówi: kiedyś ci opowiem, teraz jestem zmęczony.

Zbliża się noc, on ma na żonę ochotę, może tak być?

M.C.: To prawdopodobne.

Jak gdyby nigdy nic? A jak jakieś choroby przywlókł?

J.Ł.: Jeśli żona chce kontynuować ten związek, a nie ma do męża zaufania, to niech każe mu się przebadać, zanim pójdą razem do łóżka. Tylko że wielu kobietom w takiej sytuacji to nie przychodzi do głowy - są bardzo namiętne, tęskniły.

A są takie żony, które jednak nie otwierają drzwi marnotrawnemu mężowi? Stop! Wynocha!

M.C.: Są. Nie chc ą go nigdy więcej widzieć. Mówią: tu już nie mieszkasz. I są konsekwentne.

Która postawa Wam się bardziej podoba?

M.C.: My nie oceniamy ludzkich wyborów. Jeśli kobieta wybrała tak, jak wybrała, to naszą rolą jest ją w tym wyborze wspierać. Może wspólne życie przed zaginięciem męża było niekończącym się koszmarem i ta jego kilkumiesięczna nieobecność okazała się jedynie kroplą, która przelała czarę. To kobiecie pomogło podjąć ostateczną decyzję: koniec!

J.Ł.: Ja myślę, że to zależy od tego, czego ta kobieta potrzebuje, czego chce, co czuje, na co jest w stanie pójść, a na co nie. Może to, co było między małżonkami przed zaginięciem, pokazuje, że ten związek ma jednak silne fundamenty: jakąś przyjaźń, dobry seks, coś, do czego można się odwołać. I ona, jeśli się czuje na tyle silna, może zaryzykować.

I co ma mu powiedzieć?

J.Ł.: Ja bym na jej miejscu nie składała żadnych deklaracji od razu. Kiedy on stanąłby w drzwiach, powiedziałabym: cieszę się, że żyjesz, ale teraz nie będę rozmawiać. Muszę nad tym pomyśleć, przyjdź za tydzień.

A jak po tygodniu nie przyjdzie?

J.Ł.: To znaczy, że życie za nią zdecydowało. I że nie ma co takim facetem zawracać sobie głowy.

To w pewnym sensie komfortowa sytuacja, kiedy decyduje za nas życie. Ale wyobraźmy sobie kobietę, która bardzo kocha tego mężczyznę, a kiedy on wraca, ona już nie chce z nim rozmawiać. I jest tego pewna. Mówi mu: nie! To dopiero jest antyczna tragedia.

J.Ł.: Nie muszę sobie tego wyobrażać. Pewna kobieta zadzwoniła do Itaki i zgłosiła zaginięcie męża. Długo z nią rozmawiałam. Opowiadała, jak fajnym są małżeństwem, i chyba takim rzeczywiście byli. Nie mogliśmy dopatrzyć się żadnego motywu tego zaginięcia, nic nam się nie układało. No i on po roku wrócił.

Gdzie był?

J.Ł.: W Tybecie. Miał potrzebę duchowego rozwoju, ale trudno mu było powiedzieć o tym żonie. No bo jak to powiedzieć: słuchaj, zostań z dziećmi na rok, bo ja chcę się trochę porozwijać na drugim końcu świata? Więc po prostu zniknął, to było łatwiejsze.

Nie widział sensu życia - to ludzkie.

J.Ł.: I ludzka jest rozpacz tej żony, jej strach, łzy. Ona była przekonana, że coś mu się musiało stać, że pewnie nie żyje. Potem on wrócił, taki rozwinięty duchowo, i oświadczył, że jest gotowy na dalsze wspólne życie.

A ona?

J.Ł.: Ona powiedziała: nie. Bardzo był zdziwiony: przecież inwestował w siebie dla dobra ich małżeństwa.

M.C.: Ona pragnie związku, który opiera się na zaufaniu, szacunku, wzajemnym rozumieniu, odpowiedzialności. Mężczyzna, który zniknął na rok bez żadnego słowa, na pewno takiego związku jej nie zapewni.

Bo to smarkacz jakiś, tchórz.

M.C.: Nie tchórz, tylko ktoś, kto okazał się niedojrzały. Ktoś, kogo ona kocha, ale nie może z nim być. Odcina się od niego, bo wie, że to będzie dla niej lepsze.

A dla dzieci?

J.Ł.: Dla dzieci przede wszystkim nie jest dobrze, kiedy je ojciec porzuca. Dla dziecka mama i tata są najważniejszymi osobami na świecie, na ich istnieniu buduje swoje poczucie bezpieczeństwa. I jeśli tata znika, to dziecku nagle zawala się spory kawałek świata. Czuje strach, boi się, że tacie ktoś zrobił coś złego, może ktoś tatę zabił. Ojciec, który decyduje się na odejście bez słowa, bez żadnego wyjaśnienia, robi dziecku krzywdę na całe życie. Niektórzy spośród tych facetów byli superojcami. Ich dzieci potem opowiadają, że z tatą świetnie się rozumiały, że na tatę mogły liczyć, że tata spędzał z nimi dużo czasu, że czytał bajki, bawił się, grał w piłkę. Sprawiało mu to radość. I nagle je porzucił.

M.C.: Żony mówią często tak: myśmy się może kłócili, może nie byliśmy idealnym małżeństwem, ale przecież on kochał dzieci, dzieci były dla niego najważniejsze.

Jak taki superojciec się z tym czuje?

J.Ł.: Źle. Bo może z żoną mu się nie układało, natomiast z dziećmi tak, więc chciałby się z nimi kontaktować. A to jest wykluczone, jeśli zdecydował, że nie daje znaku życia, zapada się pod ziemię.

M.C.: Pamiętam ojca, który z ukrycia obserwował dziecko gdzieś przed szkołą. Robił to kilka lat, patrzył, jak dziecko rośnie, ale nie podszedł.

J.Ł.: To musi być dla niego coś tak przytłaczającego, że w końcu włączają się mu mechanizmy obronne: z czasem odcina się od wyrzutów sumienia, od swoich uczuć, zagłusza tęsknotę.

Pomaga wódka, nowa kobieta?

M.C.: Czasem ciężka praca od świtu do nocy. On sobie to wszystko tłumaczy, racjonalizuje: dla moich dzieci tak będzie lepiej. Co mam zrobić? Zadzwonię i co ja dziecku powiem? Jak się urządzę, to dam mu jakiś znak. Na razie niech dziecko nie wie, co się ze mną dzieje.

J.Ł.: Albo: zadzwonię na urodziny. Kiedy nadchodzą te urodziny, on mówi: zadzwonię na imieniny. Przychodzą imieniny, a on myśli: to co ja mogę dać mojemu dziecku? Kwiatki wyślę? Chciałbym dać mu coś wielkiego, ale nie mam kasy. Ojciec w tym dniu mógłby odnowić kontakt z dzieckiem, dać mu to, czego ono najbardziej potrzebuje - informację, że tata żyje, pamięta. Ale nie. On mówi: jeszcze nie dzisiaj. I skreśla się definitywnie. Bywa, że zakłada nową rodzinę.

W końcu dzieci dowiadują się, że tata żyje.

J.Ł.: Stawia je to w strasznej sytuacji. W pewnym sensie o wiele trudniejszej od tej, kiedy dowiadują się, że tata nie żyje. Czują się potwornie zranione, oszukane. Tak się o niego bały, a okazuje się, że on im uczynił coś tak niepojętego. Dziecko pyta siebie: co ja zrobiłem, że tata nas zostawił? Byłam niegrzeczną dziewczynką, więc dlatego sobie poszedł. I tak dalej, moglibyśmy o tym długo rozmawiać.

Jak mama powinna to dziecku wyjaśnić?

J.Ł.: Spróbować przedstawić to jako pewną trudność taty, jakiś jego problem, z którym nie mógł sobie poradzić.

Usprawiedliwiać go?

J.Ł.: W pewnym sensie tak, żeby ochronić dziecko, żeby nie czuło się za to odpowiedzialne, winne.

I nie krzyczeć: a ten taki i owaki!?

J.Ł.: Nie. Przy dziecku nie wolno ziać nienawiścią do jego ojca. Ale można mówić o swoich prawdziwych emocjach: jestem zła na tatę, myślę, że ty też pewnie jesteś zła, że tak zniknął. Ale widocznie miał jakieś swoje powody, na razie ich nie znamy. Jak tata wróci, to zapytamy, o co chodzi. My nie zrobiłyśmy nic takiego, żeby nas tata porzucił. Na pewno ty nic nie zrobiłaś. Może będzie i tak, że tata nigdy nie wróci.

Nie ukrywać przed dziećmi prawdy?

M.C.: Mówienie, że tata wyjechał do pracy i na pewno wróci, ma krótkie nogi.

Mówić dziecku całą prawdę, nawet kiedy ma trzy lata?

M.C.: Trzeba rozmawiać na poziomie stosownym do wieku dziecka. Nie mówić, że tata ma teraz jakąś blond kochankę. Ten fakt można pominąć także w rozmowie z dziesięciolatkiem. Ale nie wolno kłamać, oszukiwać. Dziecko i tak już cierpi, a jeszcze na dodatek czuje, że mama coś ukrywa. Wtedy już zupełnie się zamyka, traci resztki poczucia bezpieczeństwa. Zaczynają się problemy w szkole, w relacjach z rówieśnikami.

I w końcu ten marnotrawny tata się zjawia.

J.Ł.: Na pewno nie należy dziecka pytać: no to co robimy? Przyjmujemy ojca czy go wywalamy? To nie jest na głowę i emocje dziecka.

Dobrze. Mama decyduje: wywalam go za drzwi. Jak wyjaśnić dziecku, że tata chciał znowu z nami mieszkać, ale ja już nie chcę z nim być?

J.Ł.: Trzeba z dzieckiem rozmawiać, stopniowo przygotowywać je na tę informację: nie możemy się jakoś porozumieć z tatą, dogadać, może lepiej będzie, jak się rozstaniemy.

Powiedzieliśmy już, że może być i tak, że zamiast ojca nadchodzi jedynie informacja: żyje, ale nie chce wrócić, nie chce żadnego kontaktu...

J.Ł.: ...bo na przykład zamierza założyć inną rodzinę. Wyjaśniamy dziecku: tak czasami bywa, że nie kocha się całe życie tylko jednego człowieka. Czasem spotyka się nową osobę. Nie mamy na to wpływu. To nas boli. Ja też jestem smutna.

Czy można pozwolić dziecku źle myśleć o ojcu?

J.Ł.: Przecież mu tego nie zabronimy.

Jeżeli dziecko powie: nienawidzę taty, to...

J.Ł.: ...nie karcić dziecka, że tak o tatusiu mówić nie wolno. Trzeba pozwolić dziecku wyrazić te wszystkie uczucia. Nie zaprzeczać im, raczej je przyjąć: rozumiem cię, ja też czasem jestem na tatę wściekła. Ale też nie powinniśmy tych trudnych uczuć w dziecku podsycać.

M.C.: Pamiętajmy, że choć dziecko nie podejmuje żadnych decyzji, to dorośli muszą je pytać, co czuje.

Dlaczego muszą?

M.C.: Dziecko jest stroną w tej sytuacji, może najważniejszą, bo nie potrafi jeszcze wszystkiego zrozumieć. Dlatego dzieci wymagają wtedy szczególnej uwagi, szacunku i miłości matki.

Ostatnie pytanie: dlaczego Fundacja ITAKA szuka tych znikających mężów? Czy oni są rzeczywiście zaginieni?

M.C.: Są. Kiedy przeanalizujemy już jego sytuację rodzinną i okoliczności zaginięcia, to w niektórych przypadkach możemy przypuszczać, że on świadomie i dobrowolnie tę rodzinę opuścił. Ale dopóki nie da znaku życia, nigdy nie możemy być tego pewni. Może rzeczywiście gdzieś zamarzł albo stracił pamięć, albo ktoś go zamordował. To się zdarza. Większość zaginionych to przecież ci, którym coś się stało.

J.Ł.: Dlatego zawsze namawiamy tych, którzy są zaginionymi z wyboru, by do nas zadzwonili. My takiego człowieka nie oceniamy. Mówimy mu, jak wrócić do legalnego życia, co zrobić, by policja go już nie poszukiwała; by media już nie publikowały jego zdjęć; jak załatwić sprawy z rodziną, od której odszedł. Jeśli chce wrócić do domu, spróbujemy mu w tym pomóc. Oczywiście on nie musi wracać, jeśli tego nie chce. I my rodzinie nie powiemy, skąd dzwoni, gdzie jest. Powiemy tylko, że żyje.