Wiosenne porządki w szafach

Jak się kupuje jedną nową rzecz, to trzeba od razu wyrzucić jedną starą. Genialne, prawda? Ale co zrobić ze złogami, czyli z tym, co było przed wprowadzeniem ustawy?

Nie widziałaś tych moich brązowych butów, które kupiłem kiedyś w Kopenhadze? - zapytał mnie niedawno pan Bojańczyk.

- Wyrzuciłam je pięć lat temu, nie pamiętasz? Były całkiem dziurawe. Kupiłeś je chyba jeszcze w latach 80. - odpowiedziałam.

- Jak mogłaś, to były moje ulubione. Można było je jeszcze oddać do szewca - powiedział z wyrzutem, po czym pogrążył się w rozpaczy, a następnie obraził.

Ta rozmowa miała miejsce w czasie rytualnych wiosennych porządków, do których zabraliśmy się niedawno. I jak co roku starły się nasze światopoglądy dotyczące przechowywania rzeczy w domu. Ja, jako strażniczka szaf i konsumentka ubrań i przedmiotów, jestem za wyrzucaniem, on jako kurator budżetu (u nas role są rozdzielone tradycyjnie) reprezentuje opcję zachowawczą czy raczej przechowawczą. Trzymać, bo a nuż się przyda.

Cichaczem upycham w wór nienoszone rzeczy i odwożę je do PCK, posyłam na Ukrainę lub coś podobnego. Ale po jakimś czasie u mego męża następuje refluks.

- A gdzie jest ten mój zielony polar? - przypomina sobie. Okazuje się, że to był jego ukochany, choć nie pamiętam, żeby kiedykolwiek go nosił. Następuje fala wyrzutów, z których wynika, że jestem utracjuszką i niszczycielką planety, bo jeśli konsumpcja pójdzie nadal w tym tempie (w domyśle: które narzucają bezmyślne osoby jak ja), za chwilę nie będzie surowców, energii itp.

Tymczasem pokłady geologiczne rzeczy w domu narastają. Kiedy otwieram szafę, na łeb wypadają mi bombki na choinkę, harnes do deski surfingowej (kiedyś w rodzinie uprawiało się sport), zepsute żelazko, kryształ otrzymany kiedyś w prezencie... Od razu wszystko to wywaliłabym jednym ruchem do śmieci. Ale upycham znów (trochę ze strachu przed panem B.). A nuż się przyda.

Przeczytałam w jakimś piśmie, że jak się kupuje jedną nową rzecz, to trzeba od razu wyrzucić jedną starą. Genialne, prawda? Ale lex retro non agit. Co zrobić ze złogami, czyli z tym, co było przed wprowadzeniem ustawy?

Choć lubię, żeby rzeczy były w wiecznym obrocie, nie jestem w swoim poglądzie monolityczna. Myślę z nostalgią, jak to dobrze było kiedyś, gdy rzeczy nosiło się latami, cerowało, nicowało, przerabiało. Rozczulam się nad barwnym urokiem ubrań vintage. Ale podejrzewam, że żaden vintage by nie przetrwał, gdyby (jeszcze nie jako vintage) wpadł w moje ręce.

Nawet takiemu eksterminatorowi jak ja zdarzają się ludzkie odruchy. Niedawno popadłam w zadumę nad kolekcją czarnych płyt, którą kazałam wyrzucić z sześć lat temu. A teraz tak posłuchałoby się poskrzypującego Milesa Davisa, Elvisa albo 'Children of Sanchez' Chucka Mangione, nie tych bezdusznych CD. Ale gdzie to teraz wszystko jest?

Moje francuskie kuzynki mają te wielkie mieszkania w paryskiej 16. i 17. dzielnicy, które wszystkie (mieszkania, nie kuzynki) tak samo pachną rzeczami latami przechowywanymi w wielkiej czystości, porządku i uszanowaniu. Z kuzynką Odile zwiedzałam nie tak dawno podziemia ich domu w Passy. Chyba Teatr Wielki nie ma większej garderoby. Wszystkie suknie Yves'a Saint-Laurenta, Chanel, Emmanuelle Kahn są tam skatalogowane oraz przesypane czymś, co na pewno nie jest naftaliną, bo ładnie pachnie, w czym wszystkie te rzeczy wytrzymają w idealnym stanie jeszcze ze dwa tysiące lat.

Po co ci to wszystko - zapytałam kuzynki - przecież nie będziesz tego nosiła, nawet się już w to nie wbijesz?

Pytanie uznane zostało za nieprzyzwoite. Passy nie jest dzielnicą, w której dla zysku sprzedaje się rzeczy w second handzie. Kiedyś można było upchnąć dla kuzynek z Polski, teraz już trochę głupio. Lepiej niech poleżakują w szafach aż do mumifikacji.

Może i lepiej mumifikować, niż doprowadzać do awantur, które towarzyszą wyrzucaniu. Przy niedawnym porządkowaniu pokoju naszego 12--letniego syna odbywała się dramatyczna walka o każdego pluszowego misia, tygryska, jeżyka, potoki łez lały się nad lego duplo, które, jak wiadomo, są zabawkami dla dzieci do lat trzech. Siedząc na ziemi wśród stosów połamanych kredek, wyschniętych flamastrów, samochodów bez kół, rozproszonych armii żołnierzyków, toczyliśmy ideologiczną walkę, tym razem jeden kontra dwa.

Bo jednak w obliczu zagrożenia (zawalenie się stropu) nawet pan Bojańczyk opowiedział się za selekcją. Dziecko okopało się na pozycji dickensowskiej sieroty, która ma przed sobą dwójkę zwyrodnialców o sercach z lodu chcących mu odebrać najczulsze okruchy dzieciństwa.

W końcu ugoda została zawarta. Szczątki wyrzucono, duplo poszło do młodszych dzieci, misie schowano, bo niedługo przyjdą koledzy na 13. urodziny i a nuż zobaczą.

No, ale nadchodzą urodziny. Ubytek się wyrówna. Natura nie znosi próżni, jednak mieszkanie, zwłaszcza nasze, próżni już zupełnie nie toleruje