Zdecydowanie tak. Mam wrażenie, że o wiele prościej jest nam rozmawiać o wszelkiej seksualności, natomiast o naszej uczuciowości możemy tylko milczeć. Jeśli już mówimy o miłości, to źle. Ale przecież osoba po porażkach uczuciowych, mówiąc, że miłość jest zła, faceci to skurwysyny, 'Nie wchodź w to', i tak afirmuje miłość. Nie ma sposobu, żeby uciec przed mówieniem o miłości. Chciałbym pokazać, że nie należy wstydzić się, że dla nas najważniejsze są bardzo małe gesty - pocałunki, uściski, pieszczoty. Na tym polega droga do ich rehabilitacji. Ale najpierw trzeba nauczyć się je w ogóle dostrzegać, zauważyć, jak bardzo zostały zmarginalizowane.
Dokładnie. Anarchistyczna siła miłości jest oczywista. Zostaliśmy przyzwyczajeni do przyjmowania wszelkich historii miłosnych jako uładzonych, kulturalnych, comme il faut. Ta książka jest przeciwko kulturalności. Zakochany wciąż szuka języka, którym mógłby opowiedzieć o swoich uczuciach, ale nigdy go nie znajduje. Odrzuca kolejne językowe systemy. Podkłada bomby pod konwencje. Obsceniczność miłości polega na tym, że nic mnie bardziej nie wyrywa z mojej roli społecznej niż nieobecna mina, odwrócony wzrok mojej ukochanej. Jak pisze Barthes, wydarza się wtedy dla mnie katastrofa porównywalna z tym, co działo się w Dachau.
Bardziej niż literatura działają na mnie obrazy filmowe - często wracam myślami do sceny z filmu, żeby nazwać w sobie jakąś emocję - do Bertolucciego, Godarda. Kino francuskiej Nowej Fali potrafiło przepięknie opowiadać o miłości. Dwie osoby w kawiarni naprzeciwko siebie. I tylko konwersacja, żadnej narracji. W polskim kinie niewiele jest podobnych obrazów - miłość pozostawała rodzajem tabu. Jeśli się pojawiała, to tylko usprawiedliwiona kontekstem dziejowym. Oczywiście, bardzo ciekawa byłaby analiza polskiej mitologii miłosnej, podglądanie naszej zbiorowej wyobraźni, ale nie chcę się tym zajmować. Wolę mówić, jako reżyser, o tym, co jednostkowe. Chciałbym pokazać zakochanego anarchistę, który miota się w poszukiwaniu odpowiedniej ekspresji i walczy z wszelką logiką. Nie zależy mi na tym, żeby rozpakowywać jego kulturowy bagaż.
Jest coś takiego jak kulturowy skarbiec, do którego sięgamy, żeby ze zbiorowej wiedzy o miłości podebrać coś, co będzie najbardziej pasować do scenariusza naszego zakochania. 'Nie wiedziałbym, co to miłość, gdybym nie usłyszał o miłości', pisze Barthes.
W histerii interesuje mnie zdobywanie języka. Ciało jest nielogiczne, jest alternatywą dla słowa. Połączenie próby opowiadania słowami z próbą opowiadania cielesnością i emocją jest dla mnie niezwykle istotne. W zderzeniu tych dwóch sposobów komunikowania się kryje się chyba to, co najważniejsze. Ciało bywa mądrzejsze od jakiejkolwiek deklaracji. A z drugiej strony słowo musi opanować bełkot ciała. To doskonały teatr.
Postaci kobiece mnie fascynują. A druga sprawa, że opowiadając o kobiecie, opowiadam o sobie.
Zgadzam się, że przyszłość będzie należeć do podmiotów żeńskich. Co nie znaczy, że tylko do kobiet - również do mężczyzn, którzy przyznają się do tego, co do tej pory było uznawane za kobiece. Barthes dodaje jednak, że przyszłość podmiotów żeńskich to rodzaj utopii. Trudno nam przecież zrezygnować z tego, co nas do siebie przyciąga. Z męsko-damskich różnic, które rodzą magnetyzm, pozwalają na uwodzenie, a w końcu - na dopełnienie.
W 'Laodamii' Wyspiańskiego kobieta opłakuje mężczyznę. Wydało mi się to totalnym nadużyciem ze strony Wyspiańskiego, że stworzył taką postać i się jej przyglądał. Jest uzurpacją ze strony artysty mężczyzny opisywanie kobiety, która przeżywa żałobę po utracie ukochanego. Uważałem, że powinien zagrać to aktor. Trzeba umieć powiedzieć: 'Pani Bovary to ja', a nie: 'Stworzyłem panią Bovary'. Inaczej się nie zrozumiemy.
Zakochujemy się w czyimś obrazie. Kompletnie nie wiemy, dlaczego ten obraz na nas działa. Czasem ta maszyna się psuje. Usterki pojawiają się wtedy, kiedy kruszy się relacja między tym, co wyobrażone, a wybranym obrazem. Powodują to absurdalne rzeczy - sposób trzymania widelca, gest odgarniania włosów. Barthes podkreśla, że trzeba się na to godzić, przyjmować i. pragnąć dalej.
Pragnę czegoś nie dla siebie, ale pragnę tego, czego pragnie ten, w którym jestem zakochany.
Bardzo egoistyczne. Bo na końcu pragnienia innego, którego pragnę, jest jego pragnienie mnie.
Czekanie na telefon jest piękne samo w sobie. Jak ukochany dzwoni, psuje cały ten teatr. Jak już rozmawiasz przez telefon, nieustannie boisz się końca rozmowy, wiesz, że masz za mało czasu, żeby twój język miłosny nabrał mocy. Poza tym telefonem można rzucać, można kasować numery i SMS-y, czyścić pamięć.
Często nie tęsknimy za obiektem miłości, tylko za tym, jacy my byliśmy dla tego obiektu. To jest bardziej żałoba po sobie. Trzeba odkryć i wykonać osobiste rytuały, żeby z tego wyjść. Czasem też wystarczy zaufać nowemu spojrzeniu i ono nas wyciąga.
Don Juani pragną intensywności, która nigdy się nie kończy. Nieustannie poszukują potwierdzenia. A trzeba umieć zaakceptować realnego siebie, a nie uganiać się za fantazją. Trzeba wiedzieć, kiedy i na kim się zatrzymać. Ale jest też wspaniała strona Don Juana. Jak śpiewa Kayah - gdybym była supermenem, wszystkim kobietom wrzucałabym do skrzynki miłosny list. Don Juan to uwodziciel supermen.
Słyszałem, że skończyła się era nieśmiałych, zamyślonych poetów, którzy są podziwiani i tajemniczy. Podobno nie mają już w sobie tego seksu, o który kobietom chodzi. Nie wierzę w to.
Kawiarnia. Nigdy nie lubiłem ani zachodów słońca, ani leśnych wycieczek. Nie lubiłem czegoś, co odrywa nas od siebie. I znów muszę wspomnieć o Nowej Fali. Mężczyzna i kobieta spotykają się w bistro czy w café, żeby porozmawiać, niechcący dotknąć się palcem, a to dotknięcie niechcący jest wszystkim.
Jestem kłótliwy i robię sceny. Szczególnie lubię je robić w towarzystwie. Scenie przecież potrzebni są widzowie. Mamy cały repertuar zagrań, które potrzebują widza.
Staram się robić świetną sztukę. To bardzo ważne, żeby sobie imponować. Barthes napisał 'Fragmenty...' tylko po to, żeby przeczytał je ukochany, który go opuścił. To przede wszystkim wyznanie miłości. Czasem musimy się wspiąć bardzo wysoko, żeby nie powiedzieć tego wprost. Żeby znów uratować to 'wprost'.
To jeden z cudów, który nigdy nie może się wydarzyć. Barthes był przekonany, że prawdziwe 'kocham cię' powinno paść z dwojga ust jednocześnie. To niemożliwe, dlatego zawsze jest osoba, która mówi je pierwsza. I ta pierwsza stawia się na pozycji zakochanego, niewolnika swojego umiłowanego obiektu. Nie możemy przed tym uciec. I nie możemy też uciec przed mitem, że miłość niweluje władzę, że jesteśmy sobie równi.
Oczywiście - czarna skóra, papieros. rock'n'rollowiec, John Lennon. Pierwsze spotkanie Johna z Yoko miało miejsce w galerii. Lennon wszedł po drabinie, spojrzał przez lupę i zobaczył napisane na suficie słowo: YES. Zszedł z drabiny i zdecydował, że zostanie. Musiało z tego coś wyniknąć. Miłość jest nieustannym mówieniem: TAK.
Tak, jestem zakochany od wielu lat.
Częściej byłem kochany, ale tęsknię za tym, żeby częściej kochać.