Ewa Ewart w swojej książce "Rozmowy ze śmiercią" przełamuje tabu, jakim jest śmierć. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czerwone i Czarne publikujemy fragment z rozmowy z Łukaszem Grabarczykiem, neurochirurgiem, kierownikiem Klinik "Budzik dla dorosłych" w Olsztynie i Adą Edelman, blogerką, która trzykrotnie przeżyła śmierć kliniczną.
Łukasz Grabarczyk: Takich pacjentów jest wielu. Dochodzi u nich na przykład do zawału serca, zatrzymania krążenia lub oddechu. Zwykle to się odbywa na naszych oczach, w szpitalu. Ci pacjenci opowiadają potem, że nagle przenieśli się w inne miejsce, a ponieważ świadomość jakby im zanika, to pojawiają się omamy, trochę jak sen.
Pamiętam panią, u której wystąpił w szpitalu zawał serca i doszło do zatrzymania krążenia. Akcja reanimacyjna rozpoczęła się bardzo szybko, trwała około minuty, udała się. Potem pacjentka opowiadała, że widziała tunel ze światłem na końcu. Słyszała głosy i widziała ludzi, a sama była obok, choć nie do końca wiedziała, gdzie właściwie się znajduje. Mimo to była potem w stanie całkiem sprawnie zrelacjonować sytuację, która wtedy naprawdę działa się wokół niej.
Łukasz Grabarczyk: Staram się nigdy tego nie oceniać. Bo, jak powiedziałem na początku, chciałbym wierzyć w to, że po życiu jest coś jeszcze. Rzeczywiście pacjenci, którzy mieli zaburzenia świadomości – ale zaznaczam: niepełne – często opowiadają, że trafili do lepszego świata, w którym widzieli na przykład zmarłych rodziców. To są jednak przypadki krótkotrwałych zaburzeń świadomości i stąd ta wątpliwość naukowca.
Ewa Ewart: W Stanach Zjednoczonych takich ludzi, którzy opowiadają, jest ponad dwadzieścia milionów. Słynny neurochirurg Eben Alexander, który na co dzień miał do czynienia z badaniami mózgu, a który sam przeżył rzeczy niezwykłe, wszystko opisał w książce pod tytułem Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo. Te spisane opowieści dotyczące świata, w którym się znaleźli, są niesłychanie spójne. Myślę, że bardzo trudno je podważyć, nawet z punktu widzenia naukowego. Czy można je sprowadzić tylko do halucynacji?
Łukasz Grabarczyk: Zgadzam się, że trudno to podważyć. Z wielkim szacunkiem podchodzę do tego typu opowieści. Ale nauka potrzebuje dowodów. Nauka ma dawać nam gwarancję, a nikt nie zagwarantuje, że tak rzeczywiście jest. Te zjawiska w dalszym ciągu są kwestią badań i nie ukrywam, że takie przeżycia mnie osobiście podtrzymują na duchu, bo dają nadzieję, że coś tam być może jest. Nadzieję, jednakże nie potwierdzenie. Te opowiadane przez pacjentów historie na pewno stanowią dowód – ale na to, jak bardzo niedoceniany w medycynie jest temat zaburzeń świadomości. A że tych relacji mamy tak wiele, oznacza, że życie jest bardzo kruche i że każdy z nas może wpaść w taki stan.
Praca w „Budziku", praca na oddziale covidowym i praca neurochirurga każdego dnia udowadniają mi, jak bardzo trzeba szanować życie. A historie o „tamtej stronie" przywołują taki przewrotny wniosek: czy aby na pewno dobrze robimy, lecząc pacjentów w „Budziku"? Jeśli po drugiej stronie jest tak wspaniale, jak wynikałoby z przekazywanych historii, to czy nie powinniśmy zaprzestać walki o ludzi znajdujących się na granicy życia i śmierci i przepchnąć ich na tamtą stronę?
Ja, jako lekarz i naukowiec, bezpieczniej czuję się po tej stronie. Owszem, chciałbym mieć gwarancję, że jeżeli skończy się moje życie, skończy się życie moich bliskich, to gdzieś tam się spotkamy, bez względu na to, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Ale jak na razie mój zawód polega na walce o to, by jak największa liczba moich pacjentów została z nami po tej naszej stronie.
Łukasz Grabarczyk: Absolutnie tak. Dlaczego się tym zająłem? Bo uważam, że świadomość jest tym, co mamy najpotężniejszego i jednocześnie – najbardziej niezrozumiałego. Jest nam tak bardzo bliska, bo wszyscy ją mamy, wszyscy jej używamy, a jednocześnie nie jesteśmy w stanie ogarnąć jej rozumem. Zestaw komórek dzieli się w łonie matki, rozwija i nagle tworzy świadomość – to niesamowite. Badamy ją od setek lat. Tak wiele dziedzin się nią zajmuje – teologia, fizyka, a coraz częściej informatyka z próbami stworzenia sztucznej inteligencji. A mimo to wciąż nie potrafimy zrozumieć, jak świadomość powstaje. Można by powiedzieć, że im dalej…
Łukasz Grabarczyk: …tym więcej pytań i tym bardziej jestem zagubiony. Mam nadzieję, że kiedyś nasza świadomość da się poznać. Ale im bardziej ją badamy, tym bardziej ona nam umyka.
Łukasz Grabarczyk: Boję się, przecież nie mam pewności, co się dzieje dalej. Biologia u wszystkich gatunków tak samo stara się chronić przed śmiercią. Niepewność zmusza do pokory, zarazem dając moc i zaangażowanie. W moim przypadku – by leczyć pacjentów do ostatniej chwili, za wszelką cenę. Boję się śmierci jak każdy człowiek. Wcześniej nie za często o niej myślałem, ale w czasie pandemii i pracy na oddziale covidowym tak wiele śmierci widziałem, że nabrałem olbrzymiego szacunku do życia. Zacząłem częściej zastanawiać się nad końcem i nad tym, jak przeżyć dobrze swoje życie i go nie zmarnować. Bo w tym zawodzie wyjątkowo mocno odczuwa się, jak kruche jest życie.
Ada Edelman: Bardzo chętnie się tymi przeżyciami podzielę. Zresztą nie po raz pierwszy to robię. W wyniku krwiaka, który miałam, doszło do utraty przytomności i zostałam przewieziona do szpitala. Miałam wtedy siedemnaście lat. Już w karetce zaczęłam się – używając języka medycznego – pogarszać, a w szpitalu się zatrzymałam. Czyli serce przestało bić. I w momencie, kiedy znalazłam się w szpitalu, bo jeszcze ten moment gdzieś mi się w świadomości przebijał, stało się ze mną coś dziwnego. Poczułam, że wychodzę z ciała, nawet można powiedzieć, że poczułam, jakbym była wyrwana z tego ciała. I znalazłam się w tunelu o spiralnym kształcie. Miałam wrażenie spadania głową w dół. Nagle wszystko się zatrzymało i zdałam sobie sprawę, że znajduję się w przedziwnych okolicznościach. Z jednej strony widzę salę szpitalną, na której lekarze robią wszystko, co tylko mogą, żeby mnie ratować, z drugiej strony widzę wspaniały, piękny świat, zupełnie niepodobny do naszego. Naprzeciwko mnie, jeżeli można się tak wyrazić, na wprost zbliżał się najpierw jasny punkt, a potem istota świetlista, bardzo ciepła. Biła od niej niesamowita serdeczność, wręcz miłość. Pojawienie się tej istoty na pewno dodało mi odwagi i poczucia bezpieczeństwa. Dziwię się, że człowiek po opuszczeniu ciała tak naturalnie przyjmuje tę sytuację. Bez strachu, bez jakiegoś zaskoczenia, zdziwienia nawet. Istota weszła ze mną w kontakt, powiedzmy, telepatyczny. Porozumiewałyśmy się bez słów. Zapewniała mnie, że jestem tu bezpieczna, że mogę zdecydować, czy chcę wrócić do swojego ciała, czy też nie. Jednocześnie – i to jest najtrudniejszy punkt w tej opowieści, gdyż percepcja jednocześnie obejmuje trzy niezależne płaszczyzny wydarzeń – obserwuję z pełną uwagą to, co się dzieje na sali szpitalnej. Rozmawiam z istotą, która wyszła mi na spotkanie, oraz eksploruję świat, który się przede mną otworzył. I jestem oczywiście tym wszystkim zafascynowana, czuję się bezpieczna, wiem, że mam możliwość wyboru. W tym niezwykłym świecie spotykam moją babcię, której w pierwszej chwili nie poznałam, ponieważ w dzieciństwie nie znałam jej tak młodej. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to ona, bo przypomniało mi się jej zdjęcie z młodości. Babcia zauważa mnie i zadaje mi pytanie: „Czemu ty tu jesteś? Co ty tutaj robisz? Przecież to nie jest twój czas". Ten świat jest piękny, fascynujący, inny, delikatny, nieco eteryczny, tętniący życiem, pełen istot ludzkich.
Ada Edelman: Cztery i pół minuty. A można by opowiadać godzinami o tym, czego człowiek w takiej sytuacji doświadcza. Z lekarzami nie rozmawiałam. Jak wspomniałam, miałam siedemnaście lat i nie bardzo wiedziałam, co mam z tym wszystkim zrobić. Ale przyszła do mnie pani psycholog i delikatnie naprowadziła na tę rozmowę. Powiedziała: „Wiem od lekarzy, że byłaś w stanie śmierci klinicznej". W tym momencie poczułam, że daje mi poczucie bezpieczeństwa, i się przed nią otworzyłam. Wcale nie była zaskoczona. Powiedziała, że to się zdarza bardzo często, że pacjenci, którzy przeżywają śmierć kliniczną, mają szczególne doświadczenia, i że ona na swoje osobiste potrzeby zbiera te doświadczenia. Nawet w trakcie naszej rozmowy robiła notatki. Zapytałam, czy są to doświadczenia podobne do moich. Odpowiedziała, że tak. Opowiedziała mi również o kilkuletnim chłopcu, z którym miała okazję rozmawiać po jego śmierci klinicznej. I widziałam po jej reakcji, że ta chyba ze wszystkich historii poruszyła ją najbardziej. Chłopiec miał problem z przekazaniem tego, co przeżył, ale powiedział jedno piękne zdanie: „Tam jest światło, które nas kocha".
Ada Edelman: Jest takie powiedzenie, że do wszystkiego można przywyknąć. Do tego przeżycia chyba też. Był piękny majowy dzień, wspaniała widoczność. Wybierałam się do pracy. Kilka minut drogi od mojego domu było przejście dla pieszych. Jeden z nadjeżdżających kierowców, rozpędzony, wyprzedzał z prawej strony na przejściu. Nawet nie miałam szans go zobaczyć. Uderzył we mnie z bardzo dużą siłą – świadkowie później opowiadali, że wykonałam spektakularne salto w powietrzu i wszyscy zamarli, bo wyglądało to strasznie. A ja nagle zdałam sobie sprawę, że jestem znowu poza ciałem. Obserwowałam wszystkie wydarzenia, które wokół mnie się działy. Ludzi, którzy podbiegali. Widziałam na przykład osoby, które mnie znały i pobiegły po moją mamę do domu. Potem widziałam, jak biegnie mama. To wszystko było niesamowite, bo byłam nad ciałem i widziałam siebie nieprzytomną. Potrafiłam opisać każdy szczegół, więc to nie mogła być żadna halucynacja. Później udało się wszystkie szczegóły potwierdzić. Za każdym razem staram się potwierdzić wszystkie możliwe detale każdej historii i zestawić z doświadczeniami osób, które też to przeżyły i dzielą się tym ze mną. Nie można uznać tych doświadczeń za halucynację. Z punktu widzenia czysto encyklopedycznego halucynacja jest widzeniem czegoś, czego nie ma, a to wszystko działo się naprawdę, w czasie rzeczywistym. W mojej historii oraz tysiącach podobnych doświadczeń absolutnie nie upatruję jedynie rzeczy nadprzyrodzonych, tylko potwierdzenia hipotezy świadomości nielokalnej, dla której mózg jest rodzajem interfejsu, a ona sama działa nawet, kiedy mózg nie wykazuje aktywności.
Ada Edelman: Myślę, że każdy z nas ma zakodowaną w sobie i fizycznie, i być może mentalnie datę swojego odejścia. Być może jest tak, że jeszcze mam tutaj coś do zrobienia, mam zadanie do wykonania. Chociażby nawet i takie, aby kontaktować ze sobą tych, którzy po tego rodzaju doświadczeniach czują się bardzo samotni, zagubieni i nie wiedzą, co z tym zrobić, a przecież spotkało ich coś niesamowitego. Ja mówię, że w takim stanie człowiek wchodzi w czystą prawdę i wychodzi z tego stanu zmieniony. A musi żyć dalej w świecie, który nie dostosuje się do nas – jak ładnie nas kiedyś „Gazeta Wyborcza" nazwała – „zmartwychwstańców". To my się musimy nauczyć z powrotem w tym świecie funkcjonować.
Ada Edelman: Przede wszystkim ich słucham. Mogą do mnie napisać, a prowadzę swoją stronę, którą humorystycznie nazwałam Biuro duchów, jedyne takie biuro na świecie. Mało tego, poprzez stronę, jeżeli oczywiście zgadzają się na publikację tego, co do mnie piszą, mogą opowiedzieć swoją historię innym. Nie muszą pokazywać twarzy, ale mają głos. Dostaję też korespondencję od wielu lekarzy, psychologów, którzy mnie zachęcają – niech pani to robi, niech pani nie przestaje, to jest potrzebne, my nie możemy się odezwać, wiadomo, w środowisku naukowym nie byłoby to mile widziane, ale pani może zbierać te relacje. Przesyłają także relacje własne oraz swoich pacjentów.
Ada Edelman: Śmierci się nie boję, bo jej nie ma. Ja przejdę tylko w inną formę istnienia. Jedyne, czego się boję, jak każdy, to samego umierania, choroby, bólu, niedołężności. To są naturalne ludzkie obawy. Ale innych obaw nie mam. Jestem raczej ciekawa. Ktoś kiedyś pięknie powiedział, że śmierć niczego nie zabiera – ona daje nam skrzydła, żebyśmy jako anioły odlecieli do tego lepszego świata.