Chcą "uwolnić karpia" na święta, ale to nie jest żaden dobry uczynek. Eksperci ostrzegają

Przed świętami Bożego Narodzenia coraz głośniej robi się o akcjach typu "uwolnić karpia". Jednak wypuszczeniem na wolność ryby pochodzącej z hodowli można zrobić więcej szkody niż pożytku. - Uwalnianie karpi wigilijnych do środowiska nie jest żadnym dobrym uczynkiem, a pokazem niewiedzy i ignorancji - ostrzega na Facebooku inż. Rafał Maciaszek z Katedry Genetyki i Ochrony Zwierząt w Instytucie Nauk o Zwierzętach SGGW.
DLOWR
Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl

Sprzedawanie żywych karpi budzi w Polsce kontrowersje. Już w 2018 roku wyniki badania CBOS pokazały, że 86 proc. Polek i Polaków popiera wprowadzenie zakazu transportu żywych ryb bez dostatecznej ilości wody umożliwiającej oddychanie. W okresie przedświątecznym w mediach społecznościowych wiele osób nawołuje do "uwalniania karpi". Czyli kupowania żywych ryb, a następnie wypuszczania ich do zbiorników wodnych. Eksperci ostrzegają przed taką działalnością. Może ona przynieść więcej szkody niż pożytku.

Zobacz wideo Falbanki, szczypanki i warkoczyki, czyli ulepimy dziś pierogi

Święta Bożego Narodzenia z niebezpiecznym trendem. Ekspert komentuje uwalnianie karpi

Inż. Rafał Maciaszek na profilu na Facebooku o nazwie Łowca Obcych wytłumaczył, co dzieje się, kiedy "uratowany" karp trafia do zbiornika wodnego. "Osłabione ryby w wielu przypadkach giną już w pierwszych dniach po 'wypuszczeniu ich na wolność' (oczywiście znajdą się i takie, którym się uda przeżyć). Są podatniejsze na infekcje, które ze względu na okres zimowy rozwijają się u nich dłużej i mogą męczyć zwierzęta nawet tygodniami" - zaznaczył. Następnie dodał, że z uwalnianymi karpiami do środowiska mogą przenikać także pasożyty, które choć nie stanowią zagrożenia dla człowieka, są groźne dla rodzimej przyrody.

- Do takich należy międzykomórkowy pasożytniczy pierwotniak, Sphaerothecum destruens, odpowiadający m.in. za nekrozę tkanek miękkich, co następuje także u wielu uwolnionych karpi wigilijnych. Innym będzie małż, szczeżuja chińska, której mikrometrowe, pasożytnicze larwy zwane glochidiami mogą znajdować się na ciele ryby. Ten inwazyjny małż to pasożyt generalista, który w przypadku przedostania się do środowiska będzie negatywnie oddziaływał na rozmaite rodzime gatunki ryb, w tym ograniczać ich przyrosty i zwiększać podatność na choroby - czytamy dalej.

Podobny komunikat wystosowała już w 2020 roku organizacja WWF Polska. "Niektórzy, chcąc pomóc karpiom, kupują je i wypuszczają do lokalnych jezior, stawów i rzek, ale nie jest to dobry pomysł!" - alarmowała. Jak wytłumaczono, osoby kupujące sprawiają, że wzrasta popyt na żywe ryby, a karpie  wpuszczane do zbiorników zagrażają rodzimym gatunkom ryb. Gwałtowna zmiana temperatury może w dodatku doprowadzić do śmierci karpia.

Uwalnianie karpi jest niezgodne z prawem

Ponadto taka działalność to nielegalne zarybienie. Jest to niezgodne z przepisami ustawy o rybactwie śródlądowym. Zgodnie z art. 3 ust 1. tej ustawy zarybienie wód poprzez wprowadzenie ryb gatunku obcego wymaga zezwolenia ministra rolnictwa.

Więcej o: