Wcale nie chipsy i nie fast foody. Ekspertka o tym, co tak naprawdę nas tuczy

Bardzo często wśród noworocznych postanowień pojawia się chęć zrzucenia zbędnych kilogramów. Jednak już po kilku miesiącach wiele osób nie jest zadowolonych z efektów swoich działań. Zaczynają więc zastanawiać się, dlaczego waga stoi w miejscu i szukają przyczyn.
Co jeść, żeby schudnąć? Ekspert zdradza kluczową zasadę
Co jeść, żeby schudnąć? Ekspert zdradza kluczową zasadę//shutterstock, Sakdawut Tangtongsap

Z pomocą przychodzą różne listy "blokerów odchudzania". Znajdują się na nich zazwyczaj produkty uznawane powszechnie za niezdrowe. To między innymi słone przekąski, fast foody, białe pieczywo, alkohol.

Zobacz wideo Jak rodzic może rozpoznać zaburzenia odżywiania u swojego dziecka?

Blokery odchudzania. Jak należy do nich podchodzić? 

Jednak jak mówi specjalistka psychodietetyki Marta Adamiuk-Zaniewska, do tego typu zestawień należy podchodzić z dystansem. - Nie tyjemy od konkretnych produktów. Tak samo jak nie schudniemy od samego faktu, że dodamy do posiłku sałatę, podobnie nie przytyjemy od jednorazowego zjedzenia chipsów - wyjaśnia.

I jak dodaje, problem z produktami, które zazwyczaj znajdują się na takich listach, jest taki, że ich jedzenie łatwo może doprowadzić do nadwyżki energetycznej. - Słone przekąski, fast foody czy alkohol mają wysoką kaloryczność w małej objętości, a rzadko kończy się na kilku chipsach czy jednym drinku. Tym sposobem po weekendowej imprezie nadprogramowe kalorie możemy mierzyć w setkach, a czasem nawet w tysiącach. Szacuje się, że trzeba zrobić nadwyżkę 7000 kcal, żeby przytyć kilogram i tyle samo deficytu, żeby ten kilogram stracić - wyjaśnia ekspertka. 

Co hamuje proces odchudzania? "Przecież ja nic nie jem"

Mimo diety i regularnej aktywności fizycznej wiele osób nie może schudnąć. Dlaczego im się to nie udaje? - W mojej pracy zauważam, że najczęściej trudność ze schudnięciem wynika z tego, że ktoś nie jest w deficycie kalorycznym. Co istotne, tym osobom często wydaje się, że w nim są - mówi Marta Adamiuk-Zaniewska. 

Jak zaznacza nasza rozmówczyni, badania pokazują, że szacując "na oko" objętość lub kaloryczność porcji, mamy tendencję do tego, żeby zaniżać prognozę. Poza tym zdarza się nam nie zakwalifikować jako "jedzenie" małego batonika do kawy czy dojedzonej po dziecku bułeczki. Takie drobne rzeczy umykają naszej świadomości, ale wcale nie naszemu ciału.

Bywa też, że pacjenci nie mają pojęcia, że na przykład gazowane napoje czy soki to też kalorie. Mówią "przecież ja nic nie jem", a potem się okazuje, że potrafią w ciągu dnia wypić 2 litry coli

- wyjaśnia.

 

"Nie chodzi o to, żeby zjeść jak najmniej"

Jednak jak dodaje ekspertka, zdarzają się też zupełnie odwrotne przykłady. Potrafimy zafundować sobie tak niskoenergetyczną dietę, że organizm dla własnego bezpieczeństwa spowalnia procesy metaboliczne. - W odchudzaniu wcale nie chodzi o to, żeby zjeść jak najmniej, a z takim podejściem bardzo często się spotykam - zaznacza. 

Warto także wspomnieć o innych niż dieta kwestiach związanych ze stylem życia: przewlekły stres, brak higieny snu, nieregularny tryb życia. - To wszystko wpływa na pracę nadnerczy. Jeżeli nadnercza stale produkują zbyt duże ilości kortyzolu, to rzeczywiście możemy mieć trudności z redukcją masy ciała pomimo ogromnych wysiłków - podsumowuje Marta Adamiuk-Zaniewska.

Więcej o: