Więcej wiadomości przeczytasz na Gazeta.pl.
Polacy są najliczniejszą mniejszością narodową na Islandii. Według oficjalnych statystyk stanowią sześć proc. ludności kraju, choć w rzeczywistości może być ich nawet więcej. - Kiedy chodzę po mieście, mam wrażenie, że co piąta osoba jest z Polski. Polaków jest tu bardzo dużo, są na każdym kroku. Niektórzy mieszkają na wyspie już siedem albo dziesięć lat. Wyglądają jak Islandczycy, mówią perfekcyjnie po islandzku - mówi Jędrek, który na Islandii mieszka od pół roku.
Warszawę od Reykjaviku dzielą prawie trzy tysiące kilometrów. Pomimo tej odległości w stolicy Islandii można poczuć się jak w domu. - Myślę, że właściwie na każdym kroku jest coś polskiego. Polskie wycieczki po lodowcu, polska wypożyczalnia aut, polska restauracja, polskie przedszkole, polskie kawiarnie i sklepy. Jedna dziewczyna sprzedaje ceramikę Bolesławca, inna naturalne polskie kosmetyki. Są zajęcia sportowe prowadzone po polsku, np. joga i aerobik. W czerwcu obchodziliśmy polski Dzień Dziecka, a kilka dni temu polski sklep robił imprezę z okazji mikołajek - opowiada Katarzyna. Po polsku można się też porozumieć w bankach czy urzędach. Systemy urzędowe także tłumaczone są na nasz język.
Katarzyna trafiła tu z małej lubelskiej wsi. - Zupełnie nie potrafiłam odnaleźć się w polskiej rzeczywistości. Wszędzie niskie pensje, a duże wymagania. W ciągu roku zmieniałam pracę pięć razy. W końcu poznałam mojego męża, który pracował na kierowniczym stanowisku w firmie elektronicznej. Skończyły mu się możliwości rozwoju. Braliśmy pod uwagę kilka krajów, ale Islandia zwyciężyła - opowiada. Pytam dlaczego. - Totalny brak stresu, natura, czyste powietrze, dobre zarobki. Wtedy wynajem nie był tak drogi, więc zostawało dużo w kieszeni. Poza tym planowaliśmy rodzinę. Nasze córki się tutaj urodziły, miałam dwa piękne porody. Islandia ma cudowny system opieki okołoporodowej - mówi.
Jędrek najpierw mieszkał w Warszawie, potem w Krakowie. W czasie pandemii wybrał się w roczną podróż dookoła świata, a gdy wrócił do Polski, wzywał go zew dalszej przygody. - Po powrocie do Polski składałem CV do miejsc na całym świecie: do Malezji, Singapuru, Tajlandii, Chin, Japonii, Kanady, Danii. Islandia nie była w kręgu moich zainteresowań, aż trafiłem na ciekawą ofertę pracy na Instagramie. Wysłałem CV, trzy godziny później zadzwonił telefon. Podpisaliśmy umowę online, a dwa dni później miałem już bilet lotniczy. W 48 godzin przeprowadziłem się na Islandię - wspomina.
Iza Islandię nazywa swoją "ukochaną Krainą Lodu". Decyzję o emigracji podjęła zaraz po studiach. - Wcześniej mieszkałam w Wielkiej Brytanii i Holandii. To były czasy zaraz po studiach i człowiek trochę szukał planów na siebie, a trochę złapał bakcyla podróży na stopa. Wielki świat stał otworem. Sytuacja polityczna w kraju nie zachęcała, żeby zostać w Polsce. Islandia dała mi poczucie bezpieczeństwa. Stała się moim domem na obczyźnie - podkreśla.
To przede wszystkim praca przyciąga Polaków na Islandię. - Gdyby wyrzucili mnie dziś z pracy, w ciągu tygodnia znalazłbym kolejną. Ofert pracy jest dużo - opowiada Jędrek. - Większość Islandczyków zarabia minimalną krajową, czyli 380 tys. koron na rękę (około 11 tys. zł). Jeśli pracujesz na farmie gdzieś w głębi wyspy, to zazwyczaj masz bardzo tanie lub darmowe zakwaterowanie, do tego wyżywienie zapewnia pracodawca. Wtedy można zaoszczędzić miesięcznie nawet dziewięć tys. zł. W większych miastach zarabia się więcej, ale też wyższe są koszty. Wynajęcie samego pokoju to minimum 90-100 tys. koron. U mnie liczby wyglądają tak: 25 proc. pensji wydaję na mieszkanie, 25 proc. na jedzenie i 50 proc. jestem w stanie zaoszczędzić. Pracuję 15 dni w miesiącu - dodaje.
Kiedy pytam Izę, dlaczego Islandia jest lepszym miejscem do życia niż Polska, od razu odpowiada. - Choćby pomoc socjalna jest łatwiej dostępna. Nie wymaga tony papierów i biurokracji. Obowiązkowa jest przynależność do związków zawodowych i daje to mnóstwo korzyści: zwroty za sport i rekreację, opiekę zdrowotną czy kursy edukacyjno-rozwojowe na terenie Unii Europejskiej - wylicza. Następnie dodaje, że rząd bardzo promuje dbanie o aktywność fizyczną, więc za zajęcia na siłowni albo basenie mieszkańcy Islandii dostają nawet 80 proc. zwrotu. - Opieka zdrowotna jest prawie za darmo, nie licząc przewlekłych chorób. Wówczas pacjent płaci ustalaną z góry kwotę - rzędu 800-900 zł - i już nie musi się o nic martwić - podkreśla.
Katarzyna natomiast zwraca uwagę na system edukacji i opiekę okołoporodową. - Nasza starsza córka kocha swoje przedszkole. Dzieciaki nie są tak zawalone lekcjami. Dużo czasu spędzają na zewnątrz. Kładzie się nacisk na odkrywanie i rozwijanie talentów. Jeśli chodzi o opiekę okołoporodową i poród, to w ciąży robi się dwa USG. Jedno w 12. tygodniu, drugie w 20. Nie ma tylu badań. Kobietą opiekuje się położna, a jeśli uważa, że coś jest nie tak, zleca poradę lekarską. Duża część porodów odbywa się w domach lub domach porodowych. Wszystko w ramach ubezpieczenia - zaznacza.
Zauważa też, że dzięki poczuciu bezpieczeństwa kobiety rodzą naturalnie, w przyjemnej atmosferze. Kiedy rodziła, na sali mógł być obecny mąż. Za niewielką opłatą mógł zatrzymać się w szpitalu i towarzyszyć żonie. - Dostawał też posiłki, mógł korzystać z bufetu. Jeśli wszystko jest dobrze, po 24 godzinach można wyjść do domu, opiekę przejmuje położna. Przychodzi codziennie przez 12 dni. Interesuje się matką, pyta ją o stan psychiczny, waży dziecko - opowiada.
Na wyspie to natura dyktuje codzienność. Początki według Polaków bywają trudne i nie jest to miejsce dla każdego. Kiedy w Polsce w marcu już bywa ciepło, mieszkańcy Islandii pierwszej wyższej temperatury doświadczają w czerwcu. Po dwóch miesiącach, gdy w ciągu dnia jest około 17 stopni, znów nadchodzi zima. - Gdy jest kiepski rok, w kurtce puchowej chodzi się przez 12 miesięcy - mówi Katarzyna. Do tego dochodzą krótkie dni zimą i surowa natura. - Nie można sobie pójść do sadu i nazbierać jabłek, śliwek albo truskawek. Nie ma ogórków gruntowych, żeby zrobić małosolne. Ciężko nawet dostać pietruszkę do rosołu - mówi.
Jędrek zauważa, że długie, letnie dni, które trwają nawet 20 godzin, w pewnym stopniu rekompensują brak słońca zimą. Poza tym Islandczycy mają sposoby na to, by radzić sobie z ciemnością. - Wówczas jest zorza polarna, która tworzy magię tego miejsca. Można się wygrzać w geotermalnych źródłach. Można pójść na saunę, morsować. To miejsce jest też pełne ciszy, spokoju, natury. Doskonale pisze się tu książki. - zauważa. Na koniec dodaje, że Islandia ma najwięcej napisanych książek w przeliczeniu na jednego mieszkańca na świecie.