Caroline Darian: Nic. Nie mam mu już nic do powiedzenia.
Byliśmy zżytą rodziną, trzymaliśmy się blisko. Powiedziałabym, że nie było w nas niczego nadzwyczajnego. Często się widywaliśmy, mimo iż moi rodzice mieszkali na południu Francji. Kiedy wracam myślami do tamtego czasu, to mam poczucie, że nie mieliśmy wtedy żadnych problemów. Uważałam siebie za osobę dosyć uprzywilejowaną.
W tamtej rzeczywistości nawet nie byłabym w stanie wyobrazić sobie, że mój ojciec mógłby dopuszczać się tak strasznych rzeczy. A jednak... żyłam w błogiej nieświadomości.
Brakowało mi go przez pierwsze dwa lata śledztwa. Potem odbyłam żałobę. Tak musiało być.
Próbował przez dwa pierwsze lata. Wysyłał do nas listy, ale wszystkie od razu przekazywaliśmy sędzinie śledczej. Po dwóch latach przestał to robić. Tym lepiej. Później odbył się proces i wtedy widziałam go po raz ostatni.
To była jego próba utrzymania wpływu na naszą rodzinę. Cały czas chciał nas trzymać w tym omotaniu. Taki moim zdaniem był cel jego działań.
Maskował to, co się działo. Mówił, że jest przemęczona, że o siebie nie dba. Zapewniał, że to na pewno minie i żebyśmy za bardzo się nie przejmowali. Manipulował nie tylko matką, lecz także mną i moimi braćmi.
Byłam zdruzgotana. Świat się zawalił. Ziemia osunęła mi się spod nóg. Rzeczywistość zaczęła się rozpadać. Poczułam się, jakby jakiś koszmarny sen stał się rzeczywistością.
Te zdjęcia zostały zrobione między 2015 a 2019 rokiem. Zobaczyłam na nich siebie. Wiedziałam, że nie śpię, że jestem pod wpływem środków odurzających. Zobaczyłam też, że mam na sobie nie swoją bieliznę. Nie wiem, gdzie je zrobił.
Nie przyznał się, ale to też mnie nie dziwi. Ojciec kłamał na rozmaite sposoby. Najnowsza wersja to ta, którą podał w sądzie. Powiedział, że niczego sobie nie przypomina.
Bardzo głęboko zdradzona.
Inaczej. Mam zupełnie inne życie. To życie, które miałam wcześniej, już nie istnieje. Teraz skupiam się głównie na mojej rodzinie: na mężu i na synku. Jestem też zaangażowana w działanie na rzecz ofiar przemocy farmakologicznej we Francji, biorę udział w kampaniach społecznych. Skupiam się na pracy i na codzienności.
To, co się zmieniło, to to, że nie mam już rodziców. Ale straciłam ich nie w taki sposób, jak to się z reguły dzieje, w naturalnym rytmie. Oni nie zmarli, tylko ja ich już po prostu nie mam.
Tak. Mam na myśli oboje rodziców. Moja mama też już nie jest tą samą osobą. Ta cała sprawa zupełnie zmieniła nasze życie rodzinne i nasze wzajemne relacje. Nasza rodzina jest teraz kompletnie rozbita, połamana. Mam rodzeństwo, ale nie rodzinę.
Chciałam zwrócić uwagę na ten duży problem społeczny, który jest obecny nie tylko we Francji, czyli przemoc farmakologiczną. Poza tym pisanie było dla mnie terapeutyczne.
Byli bardzo poruszeni historią, ale obawiali się o skutki mojej decyzji, żeby w książce zawrzeć aż tyle prywatnych, intymnych szczegółów. Spisując te wspomnienia, obnażyłam się do końca. Ta książka bardzo poruszyła opinię publiczną we Francji.
To najwyższy możliwy wymiar kary we Francji. W moim odczuciu zasłużony. Uważam, że to sprawiedliwy wyrok.
23 kwietnia nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazał się wstrząsający dziennik Caroline Darian, córki Gisèle Pelicot "I już nigdy nie nazwę cię tatą". To pierwsza książka o głośnej sprawie domowej przemocy farmakochemicznej i seksualnej oraz bardzo osobiste, przejmujące, bezkompromisowe świadectwo. Fragment książki przeczytasz TUTAJ.