Jak wynaleziono miłość macierzyńską

W historii Europy były okresy, i to całkiem długie, w których miłość macierzyńska - taka, jak my ją pojmujemy - nie pozostawiła po sobie śladów. Przeciwnie, znajdujemy ślady jej braku Francuska badaczka Elisabeth Badinter w głośnej książce ?Historia miłości macierzyńskiej" dowodzi, że instynkt macierzyński został wynaleziony w XVIII wieku. Czy zatem wcześniej - w starożytności, średniowieczu, renesansie - matki nie kochały dzieci?

Jak wynaleziono miłość macierzyńską

W historii Europy były okresy, i to całkiem długie, w których miłość macierzyńska - taka, jak my ją pojmujemy - nie pozostawiła po sobie śladów. Przeciwnie, znajdujemy ślady jej braku Francuska badaczka Elisabeth Badinter w głośnej książce "Historia miłości macierzyńskiej" dowodzi, że instynkt macierzyński został wynaleziony w XVIII wieku. Czy zatem wcześniej - w starożytności, średniowieczu, renesansie - matki nie kochały dzieci?

To za mocno powiedziane. Po pierwsze, Elisabeth Badinter nie kwestionuje miłości macierzyńskiej, tylko instynkt, a to jednak różne sprawy. Po drugie, o miłości mówi jako o pewnych wzorach zachowań opisanych w różnych tekstach. Jej zdaniem w nowożytnej historii Europy (książka zresztą ogranicza się do Francji) były okresy, i to całkiem długie, w których miłość macierzyńska - taka, jak my ją pojmujemy - nie pozostawiła po sobie śladów. Przeciwnie, znajdujemy ślady jej braku. Dlatego autorka twierdzi, że kobiety nie są macierzyńskie "z natury", lecz "z kultury"

Co kobiety czuły - tego oczywiście nie wiemy, wiemy natomiast o praktykach, które nam wydają się przerażające. Jednym z głównych wątków książki jest na przykład zwyczaj oddawania noworodków mamkom na wykarmienie, powszechny wśród francuskiej szlachty i zamożniejszego mieszczaństwa. Był to jeden z powodów katastrofalnej umieralności niemowląt.

A może wynikało to po prostu ze słabości medycyny?

Oczywiście też, ale przede wszystkim - tu historycy są zgodni - rodziło się za dużo dzieci. W stosunku do liczby dzieci było za mało karmicielek. Zawodowe mamki też nie gwarantowały niemowlętom przeżycia. Mamka, żeby mieć pokarm, musiała przecież urodzić własne dziecko. Jeśli do tego przyjęła na wykarmienie dwoje lub troje dodatkowych, to przynajmniej połowa tej gromadki musiała umrzeć z głodu. A matka oddawała mamce dziecko także dlatego, że już nie mogła go karmić, bo już straciła pokarm w następnej ciąży. Oddawała je mamce również wtedy, kiedy karmienie uniemożliwiało pracę w rodzinnym warsztacie czy sklepiku. Tu też działała pod przymusem, tym razem ekonomicznym. Niemniej oddawała.

Najbogatsi "instalowali" mamkę u siebie w domu lub na swoim dworze. Mniej zamożni znajdowali karmicielki pod miastem, zachowując nad nimi jakąś kontrolę. Najgorszy był los dzieci wysyłanych daleko na wieś. Chorowały i umierały już podczas transportu, gubiły się po drodze. Częste w literaturze XIX wieku opowieści o nieoczekiwanie odnajdowanych rodzicach lub rodzeństwie nie były tak zupełnie wyssane z palca.

Sytuacja zmieniła się dopiero w XVIII wieku?

W XVIII wieku zdarzyło się kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, spadła liczba urodzeń, a w rezultacie nastąpił znaczny przyrost ludności; historycy mówią wręcz o rewolucji demograficznej. Właśnie dlatego że w rodzinach rodziło się mniej dzieci, przestały one masowo umierać, bo dla większej ich części mogło starczyć pokarmu. Tak przynajmniej twierdzi Jean-Louis Flandrin, autor "Historii rodziny", też francuskiej.

Po drugie, mniej licznym dzieciom łatwiej było okazywać serce, gdy wcześniej trudno było nawet połapać się w ich liczbie; słynne jest zdanie Montaigne'a, że zmarło mu dwoje lub troje dzieci, nie pamięta ile dokładnie. Po trzecie, wiek XVIII to w ogóle epoka narodzin nowożytnej uczuciowości, nie tylko uczuć macierzyńskich.

Jak doszło do wynalezienia tych uczuć?

Podkreśla się, nie bez racji, rolę, jaką tu odegrał Jean Jacques Rousseau - przez krytykę sztuczności, pochwałę natury (w tym także macierzyństwa, karmienia piersią, pieszczot i tak dalej), a przede wszystkim przez ogromny nacisk, jaki położył na znaczenie sfery emocjonalnej człowieka. Jednak nawet najbardziej wpływowy pisarz nie jest w stanie odmienić obyczajów, to raczej jego poglądy zyskują poklask, kiedy współgrają z falą, która już narasta w społeczeństwie.

Musiało działać wiele czynników, często całkiem niespodziewanych. Flandrin sugeruje na przykład, że na zmianę stosunku do dzieci mógł wpłynąć w jakiejś mierze sobór trydencki. Wtedy to bowiem, w końcu XVI wieku, zaczęto mówić o obowiązkach rodziców wobec dzieci, nie tylko dzieci wobec rodziców. Przez następne sto kilkadziesiąt lat wątek ten stopniowo przenikał do kazań, do nauczania spowiedników... I tak zaczęło się kształtować odpowiedzialne rodzicielstwo. Ażeby dzieciom zapewnić jakie takie warunki, trzeba było ograniczyć ich liczbę.

Przecież sobór nie mógł propagować antykoncepcji!

I oczywiście jej nie propagował. Jednak właśnie od czasu soboru - jak wywodzi Flandrin - w literaturze religijnej zaczynają się pojawiać pierwsze wzmianki o prawach dziecka, a w podręcznikach dla spowiedników złe traktowanie dzieci okazuje się grzechem. Ugruntowanie tego bardziej ludzkiego stosunku do dzieci przyniosło głęboką przemianę obyczaju: jaką taką kontrolę płodności, co w tym wypadku musiało oznaczać upowszechnienie się stosunku przerywanego wśród Francuzów niższego stanu. Z dwóch sprzecznych dyrektyw Kościoła, pisze Flandrin, wybrano tę, która sprzyjała dobru dziecka.

Zarazem zaś dzięki propagandzie uprawianej przez Rousseau i jego naśladowców opieka nad dzieckiem uznana została za najważniejszą drogę kobiecej samorealizacji. Tak zakończył się pierwszy etap kształtowania europejskiego wzoru macierzyństwa. Następny krok uczynił Freud.

Feministki nie lubią Freuda, bo wzmocnił ideologię macierzyństwa. Czy rzeczywiście zrobił kobietom krzywdę?

Nie wiem, czy to można uznać za krzywdę. Freud powiedział, że przeznaczenie kobiety określa jej anatomia, i tym samym utożsamił kobietę z matką. Uważał, że kobieta jest nieudanym mężczyzną, że jej życiem kieruje zazdrość o członek i że jedynym dla niej wyjściem jest postarać się o członek zastępczy, czyli urodzić dziecko, najlepiej syna.

Mężczyzna był dla Freuda człowiekiem, kobieta - tylko istotą człowiekopodobną, która pełnię człowieczeństwa zyskuje dopiero dzięki macierzyństwu. Zatem kobieta, która nie chce dziecka, z definicji jest kimś podejrzanym. Złośliwość historii polegała na tym, że pomysły Freuda pojawiły się akurat wtedy, gdy emancypacja kobiet zaczęła odnosić pierwsze sukcesy. Freud głosił, że kobieta może się realizować tylko jako matka, a tymczasem świat otwierał przed kobietami tysiąc innych dróg.

Tandem Rousseau - Freud zrobił bardzo wiele, by w kobietach uchylających się od macierzyństwa ugruntować poczucie winy.

Czy w Polsce było tak samo jak we Francji?

Francja już w wieku XVIII była krajem znacznie bogatszym i dużo bardziej rozwiniętym. Elisabeth Badinter pisze zresztą o ludności raczej zamożnej i przede wszystkim miejskiej. Rodziny chłopskie ani w Polsce, ani we Francji raczej swoich dzieci nigdzie nie wysyłały, co najwyżej przyjmowały cudze na wykarmienie.

Polska pozostawała społeczeństwem wiejskim praktycznie jeszcze w XX wieku. Mamki u nas oczywiście też były, chyba jednak głównie na usługach dworów szlacheckich. Rodzinę oczywiście ceniono; co jednak ciekawe, jeszcze w "Encyklopedii staropolskiej" Glogera z początku XX wieku hasło "ojciec" dotyczy głównie warunków, pod jakimi ojciec może wydziedziczyć syna, hasło ?matka? zbiera sentencje o walorach miłości macierzyńskiej, a hasła ?dziecko? w ogóle brak.

To akurat zrozumiałe, skoro dopiero wiek XIX zaczyna odkrywać dzieciństwo.

To prawda. Dzieciństwo jako odrębna faza w życiu człowieka, rządząca się własnymi prawami, to znowu wynalazek XVIII, a przede wszystkim XIX stulecia. Wcześniej dziecko nie odróżniało się od dorosłych ani trybem życia, ani nawet strojem. Do XVII wieku, jak pisze Philippe Aries w "Historii dzieciństwa", nie zasługiwało nawet na własny nagrobek. To dopiero wiek XX miał się stać "stuleciem dziecka". I rzeczywiście, od Freuda zaczyna się epoka dzieciocentryzmu. Ma to również wymiar ekonomiczny: dziecko jest świetnym klientem. Szybko nudzi się zabawkami. Szybko rośnie, więc potrzebuje nowych ubrań. Tę jego rolę świetnie widać w sezonie gwiazdkowym. Pedagogika w XIX wieku stawiała jeszcze na surowość. Nasze stulecie stworzyło psychologię rozwojową, wychowanie bezstresowe i wiarę w dożywotnią trwałość urazów wyniesionych z dzieciństwa.

Jednocześnie jednak skomplikowało obraz dziecka. U Rousseau dziecko było dobre i łagodne z natury, u Freuda miotają nim dzikie i destrukcyjne popędy.

Freud istotnie nauczył nas, że w dziecku siedzi demon. Widać to choćby w literaturze, gdzie wątek strasznych dzieci prezentuje się całkiem bogato. W opowiadaniu "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa dzieci wdają się w konszachty z upiorami, we "Władcy much" Goldinga fundują sobie społeczeństwo totalitarne. A przecież niesamowity bohater "Blaszanego bębenka" też jest dzieckiem.

Odpowiedzialność za dalsze losy tego małego potwora Freud i jego następcy składają na kobietę. Jeśli coś w jego przyszłym życiu się nie uda - to będzie wina mamy i jej błąd. O wrabianiu kobiet w poczucie winy piszą zgodnie niemal wszystkie feministki, od Betty Friedan poczynając. A przecież wiadomo, że człowiek nie jest całkowicie plastyczny i czasem nawet największe wysiłki wychowawcze idą na marne. Wiadomo też, że niekoniecznie najlepszą matką jest ta, która najbardziej się poświęca i całe życie tkwi przy ognisku domowym.

Zmienia się nie tylko rola matki, która coraz częściej pracuje dziś zawodowo, ale i rola ojca. Coraz więcej ojców upodabnia się do matek, coraz częściej zajmują się niemowlętami, asystują przy porodach.

Nie przesadzajmy. Tacy ojcowie to raczej margines. Na rodzinę natomiast zasadniczy wpływ wywierały procesy globalne, przede wszystkim rewolucja przemysłowa i związana z nią masowa urbanizacja. Miejski tryb życia i praca najemna sprawiły, że rodzina przestała być podstawową placówką wytwórczą i główną instytucją wychowawczą. W mieście mężczyzna musiał do pracy wyjść z domu, często wychodziła także kobieta, a niekiedy również dzieci - żeby wspomnieć powieści Dickensa, Zoli, a nawet naszą "Ziemię obiecaną". Mąż jako jedyny żywiciel rodziny, żona jako kapłanka domowego ogniska - ten wzór, prezentowany często jako uniwersalny ideał, w rzeczywistości realizowany był tylko przez zamożne mieszczaństwo, z czasem też przez wysoko kwalifikowanych robotników.

W cywilizacji przemysłowej króluje praca najemna. Zatrudniane są jednostki, rodzina jako całość przestaje uczestniczyć w procesie wytwórczym. Inaczej niż na przykład chłopskie gospodarstwo rodzinne, które dłużej pozostaje jednostką produkcyjną. W zasadzie jednak dzisiejsze rodziny połączone są głównie wspólną konsumpcją - no i więzami uczuciowymi. Niektórzy badacze uważają, że to niebezpieczne.

Dlaczego niebezpieczne?

Bo uczucia są zmienne, nietrwałe i kapryśne. Rodziny bez spoiwa przymusu ekonomicznego łatwiej się rozpadają. Do tytułu rodzin pretendują dziś konkubinaty, związki homoseksualne oraz coś, co czasem określa się jako nowy trybalizm - rodziny, w których na przykład mężczyzna ma dwoje dzieci z poprzednich małżeństw, a kobieta troje z dawnych związków. Wspólnie wychowują więc pięcioro dzieci, których część nawet nie jest ze sobą spokrewniona. Publicznie coś takiego przerabiał niedawno Woody Allen.

Przede wszystkim rośnie zaś liczba osób żyjących samotnie, bez rodziny. Kiedyś było to bardzo trudne lub w ogóle niemożliwe - kobieta, która nie wyszła za mąż, skazana była na los rezydentki przy jakichś krewnych. Dziś rodzina przestała być jedyną instytucją, która zapewnia przeżycie.

I to rewolucja przemysłowa tak ją zniszczyła?

Może raczej zmieniła. Pewnie jest mniej przymusu i związanych z tym cierpień, natomiast rodziny zrobiły się nietrwałe. Nie dają już gwarancji na całe życie. Poza przemianami społecznymi przyczyniło się do tego także statystyczne wydłużenie życia: rodzina, która dawniej funkcjonowała, powiedzmy, przez siedem lat, dziś musi wytrzymać kilkadziesiąt. To bardzo poważna różnica.

Wydaje się, że dawnej rodziny, takiej, o którą apelują tradycjonaliści, nie da się już przywrócić. Zmieniła się w wyniku wielkich przemian społecznych, a nie w wyniku czyjejś decyzji.

Wyobrażenie macierzyństwa zmieniało się także już w ciągu XX wieku. Dzisiejsi dwudziestolatkowie na przykład mają inny stosunek do karmienia piersią niż pokolenie ich rodziców.

Obserwujemy odwrót od swobody obyczajów, jaka panowała na przełomie lat 60. i 70. Jeśli nie w praktyce, to na pewno w hasłach. Ale tak naprawdę kiedy kurczy się rynek pracy - a tak się dzieje teraz w całym obszarze cywilizacji euroamerykańskiej - hasło, że kobieta jest stworzona do macierzyństwa, musi rozbrzmiewać głośniej.

To nie jest żaden spisek - po prostu tam, gdzie brak pracy zaczyna być zmorą, wszyscy przypominają sobie, że kobietę zawsze jeszcze można zatrudnić przy dzieciach. Malejąca w naszej cywilizacji liczba urodzeń dostarcza dodatkowego argumentu, żeby kobiety zatrzymać w domu.

Jednym ze sposobów związania matki z domem jest obowiązująca dziś doktryna, że dziecko powinno być karmione piersią, na każde żądanie i jak najdłużej. To zaś praktycznie eliminuje matkę z rynku pracy.

Nie wierzę, że kobiety łatwo zrezygnują z tego, co sobie wywalczyły.

Też nie sądzę, żeby łatwo zrezygnowały. Jednak będzie toczyła się walka, będą też akty przekupstwa, na przykład pseudoprzywileje, jak dłuższe urlopy macierzyńskie czy wcześniejsze emerytury.

Co to dzisiaj znaczy: rodzina? Co ją spaja, jeśli nie więzy sakralne, nienaruszalny kontrakt prawny, nawet niekoniecznie więzy krwi?

Dla wielu osób więzy sakramentalne nadal pozostają bardzo ważne. A dla innych? Można powiedzieć, że rodziną jest taki związek, który sam się za rodzinę uważa.

Być może współczesne społeczeństwo nie wytworzyło jeszcze typu rodziny, który do niego najlepiej będzie pasował. Na razie mamy spory repertuar rodzin i tworów rodzinopodobnych. jedni odwołują się do watykańskiej karty praw rodziny, inni do praw jednostki, a jeszcze inni do różnie rozumianego interesu społecznego.

Czy pozostała nam, wbrew wszystkim przemianom, jakaś istota rodzinności?

Chyba tak. Na pewno ważne jest zaspokajanie potrzeb emocjonalnych, bliskość, pomoc, poczucie bezpieczeństwa. No i troska o dziecko i jego wprowadzenie w kulturę. Jednak tego akurat nie da się zapewnić przez prosty powrót do tradycji, która zresztą wcale nie była sielankowa.

Istotą i sensem rodziny jest opieka nad dzieckiem. Dlatego tak makabryczne wydają się nam praktyki oddawania dzieci mamkom, opisywane przez Elisabeth Badinter. I nie chodzi nawet o to, że obalają one mit wszechobecnego instynktu macierzyńskiego, ale o to, że podważają wiarę w niezawodność instytucji, od której przecież nikt jeszcze nic lepszego nie wymyślił.

Współczesne społeczeństwo nie wytworzyło jeszcze typu rodziny, który do niego najlepiej będzie pasował. Na razie mamy spory repertuar rodzin i tworów rodzinno-podobnych. Do tytułu rodzin pretendują dziś konkubinaty, związki homoseksualne

Małgorzata Szpakowska profesor w Instytucie Kultury Polskiej UW, historyk idei, antropolog kultury, krytyk literacki. Opublikowała m.in. "Światopogląd Stanisława Ignacego Witkiewicza" (1976), "O kulturze i znachorach" (1983) oraz "Dyskusje ze Stanisławem Lemem" (1996). Redaguje dział eseistyki w "Dialogu"

WYSOKIE OBCASY nr 2 dodatek do Gazety Wyborczej (GW) nr 12, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2000/01/15, str. 25

Więcej o: