Lekarz: Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ja się z tym w ogóle nie zgadzam

Klaudia Kolasa
- Lekarz powinien czasem stać się pacjentem. Złapałem się na tym, że kiedy trapi mnie jakiś problem i myślę o nim w drodze do pracy, to w przychodni wpadam w wir obowiązków i po prostu o nim zapominam. Jego rozwiązanie się odwleka, odwleka się też pomoc samemu sobie - opowiada Marcin Król, lekarz rezydent medycyny rodzinnej. Z badań przeprowadzonych przez Fundację Nie Widać Po Mnie wynika, że na zaburzenia lękowe i depresyjne cierpi ponad 30 proc. lekarzy w całym kraju.
Marcin Król, lekarz medycyny rodzinnej
archiwum prywatne

Zapraszamy do wzięcia udziału w naszym programie. „Ryzykanci" to nowy format w Gazeta.pl tylko dla mężczyzn, w którym poruszymy tematy wagi ciężkiej. Nie macie, panowie, nic do stracenia, dlatego wejdźcie na >> RYZYKANCI.PL.

Klaudia Kolasa, kobieta.gazeta.pl: Zacznijmy od statystyk. W Polsce 60 proc. personelu medycznego widzi u siebie objawy wypalenia zawodowego. Z kolei z badań przeprowadzonych przez Fundację Nie Widać Po Mnie wynika, że na zaburzenia lękowe i depresyjne cierpi ponad 30 proc. lekarzy w całym kraju. Z czego to twoim zdaniem wynika?

Marcin Król, lekarz rezydent medycyny rodzinnej: Nie możemy wrzucać lekarzy wszystkich specjalizacji do jednego worka, ale łączy nas przepracowanie. W przypadku lekarzy rodzinnych, myślę, dochodzi do tego tempo pracy i zdecydowanie nadmierna liczba bodźców.

Zobacz wideo Fundacja "Po drugie" daje Maćkowi poczucie bezpieczeństwa. "Brakuje mi sensu życia"

Możesz rozwinąć?

Jako lekarze rodzinni jednemu pacjentowi powinniśmy poświęcić maksymalnie 15 minut. Tego wymaga od nas system. To jest optymistyczny scenariusz. W niektórych przychodniach 15 minut to luksus. Czasem lekarze mają 5 czy 10 minut na wizytę. W tym czasie musi się zmieścić dokładny wywiad, badanie, zalecenia, edukacja, odpowiedzi na pytania...

A gdy wizyta się przedłuży, to czekający w kolejce pacjenci się niecierpliwią. Presja jest podwójna...

Do tego jestem jedynym lekarzem w przychodni, więc pacjenci, którzy do nas trafiają, obwiniają mnie za ten system. Wielokrotnie zdarza się, że wizyta się przeciąga, bo staram się poświęcać ludziom tyle czasu, ile potrzebują. Generuje się kolejka i stresuje się lekarz, stresują się oczekujący. Każdy umawia się na konkretną godzinę i chciałby o tej godzinie wejść do gabinetu. Ja doskonale rozumiem tę złość i zniecierpliwienie.

Z drugiej strony chciałbym, żeby pacjenci zrozumieli też moje położenie. Nie jesteśmy maszynami. Chciałbym, żeby każdy miał poczucie, że nawet jeśli jest opóźnienie, to i tak poświęcę mu tyle czasu, ile potrzebuje. Zawsze.

Czy to znaczy, że w takich sytuacjach twój czas pracy jest dłuższy, niż powinien?

Oczywiście. Wielokrotnie zostawałem w pracy godzinę czy półtorej dłużej. Tyle, ile trzeba. Czasem zdarza się, że nie wyrabiam się z uzupełnianiem dokumentacji medycznej w ciągu 15 minut. Każdy objaw trzeba opisać. Robię szybkie notatki na marginesie, potem wchodzi kolejny pacjent i nawarstwia się stos dokumentów. Uzupełniam je po godzinach pracy.

Czyli work-life balance w zawodzie lekarza nie istnieje?

Nie jesteśmy gotowi na to jako kraj. Jest nas za mało, a pacjentów jest za dużo. Słuchałem kiedyś wywiadu z lekarzem ze Szwecji, który w tych samych godzinach pracy przyjmował 10 pacjentów. Być może to był wyjątek. Ja w tym czasie przyjmuję 50. Ile czasu można poświęcić 10 pacjentom w ciągu 8 godzin, a ile 50 pacjentom? To się przekłada na wszystko: trafność diagnozy, ryzyko popełnienia błędu.

Druga kwestia, o której wspomniałeś, to nadmierna liczba bodźców. Opowiedz, co przez to rozumiesz.

Mój najstarszy pacjent ma 102 lata, zaraz po nim pacjentem może być tygodniowe dziecko. Jako lekarz rodzinny przyjmuję wszystkich. Każda wizyta to są inne emocje i historie. Stąd bierze się przebodźcowanie. Mogę podać przykład z dzisiaj.

W ciągu 7 godzin pracy skierowałem dwójkę dzieci z dusznością do szpitala. Przekazanie mamie informacji o poważnym stanie jej dziecka jest zawsze stresujące. Te emocje się udzielają. Potem przychodzi uśmiechnięta seniorka po recepty i próbuje ze mną dowcipkować. Lubię takie wizyty, oczywiście, ale trudno jest się uśmiechać, skoro przeżywam jeszcze poprzednią sytuację. Nawet jeśli się to udaje, to za chwilę zjawia się pacjentka, która opiekuje się 20-letnią córką z rozsiewem nowotworowym. To jest życie pełne ekstremalnych sytuacji i emocji, których przeżywanie z pacjentem może szybko prowadzić do wypalenia zawodowego.

Najtrudniejsze emocjonalnie momenty są wtedy, kiedy choruje młody człowiek. Mam pod opieką paru naprawdę chorych młodych ludzi. To są ciężkie wizyty i wielokrotnie pojawiają się na nich łzy. Skłamałbym, gdybym powiedział, że to tylko łzy pacjenta. Czasem są to też łzy lekarza. Ktoś może powiedzieć, że to nieprofesjonalne. Ja powiem, że to po prostu ludzkie.

Czy w czasie studiów uczono was mechanizmów radzenia sobie ze stresem i z tymi emocjami?

Absolutnie nie. Nie poświęcono nawet jednego dnia zajęć temu, jak ewentualnie radzić sobie z własnym stresem, jakie są techniki relaksacji. W ciągu sześciu lat studiów mieliśmy tydzień zajęć z psychologii. To jest kropla w morzu. Temat nie został nawet poruszony.

A przecież lekarze mają zajęcia z psychiatrii w szpitalu psychiatrycznym...

Oczywiście, mieliśmy takie zajęcia, ale cała uwaga jest poświęcona teorii z książek, a potem pacjentom na oddziale. Nie rozmawialiśmy o tym, co powinno zaniepokoić nas w naszym własnym zachowaniu. Jakie są objawy, które powinny nas skłonić, żeby poprosić o pomoc. Statystyki lekarzy są niepokojące, ale wspomnijmy też o studentach medycyny. Wśród studentów jest tak samo, jak nie gorzej. Nauka w dzień i w nocy, kolokwia, zaliczenia, egzaminy. To stresujące życie.

Czy masz w pracy przerwę, żeby odetchnąć, zebrać myśli, albo chociaż zjeść obiad?

Zależy od liczby pacjentów. Jeśli grafik jest wypełniony, to nie mam przerwy. Jeśli tego dnia pracuję do wieczora, to przerwę mam w trakcie transportu z jednej pracy do drugiej. Chyba że na wizycie pacjent prosi mnie tylko o receptę. To wtedy mam 10 minut na jedzenie. Albo jeśli pacjent nie przyjdzie na umówioną godzinę i pojawia się luka. Ale w sezonie infekcyjnym to się nie zdarza.

Jak się czujesz, kiedy wracasz do domu po dyżurze w przychodni?

Taki intensywny dzień w moim przypadku trwa od 7 rano do 14:35 w pierwszej przychodni i od 15 do 18 w drugiej przychodni. W sezonie infekcyjnym przyjmuję w tych godzinach około 60 osób. W związku z tym o godzinie 18:30 zamykam się. Dosłownie i w przenośni. Najchętniej nie mówiłbym już nic do końca dnia. Wyobraź sobie, że rozmawiasz w ciągu dnia z 60 osobami, a o 20 dzwoni jeszcze mama. Chce zapytać, jak się czujesz i co u ciebie słychać. Ja mówię: "Mamuś, przepraszam cię, ale ja po prostu nie dam dziś rady. Musimy przełożyć rozmowę na jutro". Dwa, trzy razy do roku choruję na zapalenie krtani.

Jednocześnie, żeby nie było, że wszystko rysuję w takich ciemnych barwach, to taki intensywnie przepracowany dzień daje na koniec dużo satysfakcji. Mam poczucie, że moja praca ma znaczenie. Dzięki temu chce mi się wstawać do pracy następnego dnia.

Ciężko znaleźć siłę na rozmowę z mamą, a co dopiero na wizytę u psychologa czy psychiatry...

Lekarz powinien czasem stać się pacjentem. Złapałem się na tym, że kiedy trapi mnie jakiś problem i myślę o nim w drodze do pracy, to w przychodni wpadam w wir obowiązków i po prostu o nim zapominam. Jego rozwiązanie się odwleka, odwleka się też pomoc samemu sobie. 

Nigdy nie opowiadałem nikomu tej historii. Kilka lat temu sam byłem w kryzysie psychicznym. Kto wie, co by było, gdyby nie pomoc, jaką dostałem. Nie chodzi tylko o pomoc rodziny, ale też o pomoc specjalistyczną. Dzięki temu doświadczeniu jestem o wiele bardziej wyczulony na problemy takiej natury. Zdarzyło mi się usłyszeć od pacjenta: "Dziękuję, jest pan pierwszym lekarzem, który mnie o to pyta".

Staram się dostrzec te niepokojące objawy - zaburzenia lękowe, depresyjne. Nawet jeśli czegoś nie widać na pierwszy rzut oka, a pacjent ma nadciśnienie tętnicze - warto ten dobrostan psychiczny ocenić. Jeśli mnie zaniepokoi, zachęcam do podjęcia leczenia.

Nie ma powodu, żeby się męczyć i sobie nie pomóc. Pacjenci latami odwlekają leczenie, a już nawet po miesiącu widzą znaczną poprawę. Rozumiem, z czego wynika ta obawa. Coś nam w głowie podpowiada, że nie poradziliśmy sobie samemu, ale z drugiej strony nikt z nas nie ma wątpliwości, że ze złamaniem idziemy do ortopedy, a z zapaleniem wyrostka robaczkowego do chirurga. Czy ktokolwiek kiedykolwiek po takiej operacji powiedział: "żałuję, że nie poradziłem sobie z tym sam?".

Chciałbym, żeby pacjenci pamiętali, że do lekarza psychiatry na NFZ nie trzeba mieć skierowania, a jeśli nie ma terminów, to w kompetencji lekarza rodzinnego także jest leczenie takich zaburzeń.

A ciebie co skłoniło, żeby zacząć leczenie?

Miałem dużo szczęścia w tym nieszczęściu. Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że trudno będzie mi poradzić sobie z tym samodzielnie. Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ja się w tym w ogóle nie zgadzam. Co nas nie zabije, to nas nie zabije, ale może straumatyzować i zostawić blizny.

Krąży taki mit, że jak leczenie, to już na pewno do końca życia. Nic bardziej mylnego. Owszem, czasem trwa latami, a czasem 6-12 miesięcy. Dysponujemy naprawdę dobrymi i bezpiecznymi lekami. Pozwalają nabrać do problemu dystansu, nie powodując uzależnienia. Dobrze dobrany lek sprawi, że będziemy funkcjonować o wiele lepiej. Ja leczenie mam dawno za sobą. To była najlepsza decyzja, jaką mogłem wtedy podjąć. Dzięki temu mam się dzisiaj dobrze.

Moja lekarka rodzinna też podzieliła się ze mną swoimi doświadczeniami. Okazuje się, że jest nas wielu. Im wcześniej zareagujemy, tym lepiej.

Co powinno się zmienić, żeby codzienność lekarzy była łatwiejsza?

Życzyłbym sobie, żeby mądrze zwiększać limity na studia medyczne przy zachowaniu jakości kształcenia. Fajnie by było, żebyśmy byli odciążeni od roboty papierkowej i żeby pacjenci zobaczyli w nas ludzką twarz.

***

Jeśli potrzebujesz rozmowy z psychologiem, możesz zwrócić się do Całodobowego Centrum Wsparcia pod numerem 800 70 2222. Pod telefonem, mailem i czatem dyżurują psycholodzy Fundacji ITAKA udzielający porad i kierujący dzwoniące osoby do odpowiedniej placówki pomocowej w ich regionie. Z centrum skontaktować mogą się także bliscy osób, które wymagają pomocy. Specjaliści doradzą, co zrobić, żeby skłonić naszego bliskiego do kontaktu ze specjalistą.

Jeśli przeżywasz trudności i myślisz o odebraniu sobie życia lub chcesz pomóc osobie zagrożonej samobójstwem, pamiętaj, że możesz skorzystać z bezpłatnych numerów pomocowych:

telefon zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111

telefon wsparcia emocjonalnego dla dorosłych: 116 123

Jeśli w związku z myślami samobójczymi lub próbą samobójczą występuje zagrożenie życia, w celu natychmiastowej interwencji kryzysowej zadzwoń na policję pod numer 112 lub udaj się na oddział pogotowia do miejscowego szpitala psychiatrycznego.

Zapraszamy do wzięcia udziału w naszym programie. „Ryzykanci" to nowy format w Gazeta.pl tylko dla mężczyzn, w którym poruszymy tematy wagi ciężkiej. Nie macie, panowie, nic do stracenia, dlatego wejdźcie na >> RYZYKANCI.PL.

Klaudia Kolasa
Więcej o: