Kamila Sierant: Moja przygoda z Sardynią zaczęła się w 2019 roku. Wtedy po raz pierwszy przyjechałam na wyspę do pracy, dla polskiego biura podróży jako rezydentka. Od tamtego czasu moje życie toczy się między Sardynią, Sycylią, a Polską.
Rynek pracy na włoskich wyspach, w tym na Sardynii jest bardzo trudny. Można tutaj pracować w instytucjach państwowych typu poczta czy urzędy. Mocno rozwinięty jest sektor rolny, a przy dużych miastach również usługowy, popularne są agencje nieruchomości oraz oczywiście turystyka. Praca w tym sektorze to dla 90 proc. pracowników zatrudnienie od maja do października.
To okres bez pracy, nie z lenistwa, a z braku alternatywy. Alternatywą jest opuszczenie wyspy. Ja przyjechałam tutaj już z pracą, więc byłam na pozycji uprzywilejowanej, ale tak samo, jak inni pracownicy turystyki w październiku zakończyłam sezon i wróciłam do Polski. W kolejnych latach pracowałam na Sardynii dla kameralnego, polskiego biura usług turystycznych, jednak zarobki na lokalnych warunkach są, delikatnie mówiąc, mało atrakcyjne. Zdecydowałam się odejść z tej pracy.
Aktualnie prowadzę własną firmę związaną z projektowaniem graficznym oraz oczywiście promowaniem Sardynii wśród polskich internautów. Zakochałam się w tej wyspie, czuję, że to moje miejsce na ziemi. Chcę tu zbudować "swój dom", ale żeby to się stało, muszę codziennie wychodzić ze strefy komfortu. Nikogo nie chcę zniechęcić, ale uprzedzić, że praca w turystycznym raju, jakim jest Sardynia, to przywilej, zwłaszcza ta całoroczna. Zarobki nie należą do wysokich, ale ludzie tutaj mają inne priorytety niż bogacenie się. To temat rzeka, często też poruszam go w swoich social mediach.
Jak to mówi moja siostra, ja nie jestem stworzona do życia w Polsce. Jest w tym dużo prawdy. Brak słońca mnie dobija. 300 dni słonecznych w roku, to dla mnie ogromna karta przetargowa. Zawsze kochałam podróże, a żeby móc sobie na nie pozwolić od czasów studenckich pracowałam w turystyce. Wyjeżdżałam do pracy sezonowej. Najpierw między akademickimi sesjami, potem na dłużej.
Pierwszą wyspą, na której mieszkałam, była Kreta. Do dzisiaj mam gęsią skórkę na myśl o wszystkich wspaniałych momentach, jakie przeżyłam podczas tych podróży połączonych z pracą. To była ogromna szkoła życia. Takiego doświadczenia życzę każdemu człowiekowi. Mieszkałam też na Wyspach Kanaryjskich. Uwielbiam zderzenia z innymi kulturami, językami, tradycjami, kuchnią! Świat ma tak wiele oblicz. Kiedy zaczynasz podróżować i być dłużej w innych miejscach, uświadamiasz sobie, że twoja prawda może wcale nie jest twoja. Że żyjesz tak, jak nauczyło Cię otoczenie.
Tak jak piszę w moim przewodniku po Sardynii, Sardyńczycy mają bardzo mocne poczucie swojej tożsamości. Są przede wszystkim Sardyńczykami, dopiero potem Włochami i podkreślają to prawie na każdym kroku. Myślę, że co dziesiąty Sardyńczyk, ma wytatuowaną na łydce mapę Sardynii. Ich silną tożsamość, można dostrzec na wielu płaszczyznach. Są dużo bardziej zdystansowani niż Włosi z pozostałych południowych regionów.
Kiedy jednak już uda się wkupić w ich łaski, traktują cię jak członka rodziny. Tutaj ogromne znaczenie ma siła poleceń, w każdym obszarze życia. Ogromnie mnie to zaskoczyło. Bez odpowiednich znajomości naprawdę ciężko jest cokolwiek załatwić. Kiedy jednak znasz odpowiednich ludzi, wszystko idzie jak z płatka. Muszę też zaznaczyć, że Sardyńczycy są bardzo punktualni jak na Włochów. Nie mogę tego powiedzieć o Sycylijczykach.
Dodatkowo jak w większości włoskich regionów, całe życie kręci się wokół jedzenia. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia, a samo ich spożywanie ma dużo głębszy sens niż tylko zaspokajanie głodu. Znam ludzi, którzy nie zjedzą sami posiłku, nawet jeśli są głodni. Wolą poczekać cały dzień, aż będą mieli do tego towarzystwo. Bo to głównie właśnie o towarzystwo chodzi i celebrowanie wspólnych chwil.
Nauka odpuszczania. Odpuszczania tego, że nie mogę mieć rzeczy na już, czy spraw załatwionych na wczoraj. Często słyszałam opinie Sardyńczyków o nas Polakach, że jesteśmy bardzo wymagającym narodem i czepiamy się szczegółów.
Może starsze pokolenia więcej mogą o tym powiedzieć, ale my, millenialsi, lubimy mieć to, co chcemy, kiedy chcemy. Sardynia nauczyła mnie pokory, szacunku do czasu, oraz akceptowania tego, że tutaj nie wszystko da się załatwić.
Na przykład latem, w środku sezonu, turysta chce pożyczyć samochód, ale okazuję się, że żadna wypożyczalnia na wyspie nie ma wolnych aut. Nie da się ich tak po prostu przywieźć, one muszą tu przepłynąć. To jest bardzo szeroka metafora, którą można by tutaj przełożyć na wiele dziedzin życia.
Tu ważne jest wsparcie rodziny, wielopokoleniowe domy nikogo nie dziwią i często są jedyną opcją na życie na zadowalającym poziomie ekonomicznym. Jeśli chodzi o świadczenia socjalne, to na przykład urlop macierzyński trwa 5 miesięcy i można go podzielić. Przykładowo wziąć 2 miesiące przed porodem i 3 miesiące po.
Dla osób pracujących na umowy sezonowe przewidziane są zasiłki dla bezrobotnych, ale ich długość i wysokość zależy od ilości przepracowanych miesięcy oraz wielkości wypłaty. Może się zdarzyć, że jeśli zarabiasz 1200 euro przez pół roku, dostaniesz około 4 miesięcy zasiłku w wysokości 700 euro. Cena wynajmu mieszkań w miastach to około 700-1000 euro za dwupokojowe mieszkanie. Jak widać, życie w pojedynkę jest tu po prostu trudne.
Pamiętam doskonale. To był mój pierwszy tydzień pobytu na Sardynii. Po 5 dniach spędzonych z nową szefową miałam rozpocząć samodzielną pracę rezydenta. Dostałam służbowy samochód, oczywiście Fiata 500. Zapakowałam do niego swoje walizki i ruszyłam w trasę. Musiałam pokonać 60 km krętej drogi. Jechałam 50 km/h, zgodnie z obowiązującymi przepisami. Ciągle ktoś na mnie trąbił i mnie wyprzedzał. Dzisiaj pokonałabym tę trasę z zamkniętymi oczami, wtedy byłam przerażona.
Dojechałam do hotelu, w którym miałam mieszkać i tam w recepcji przywitał mnie Giuseppe, mój obecny partner. Powiedział mi wtedy, że nie ma dla mnie pokoju i będę musiała spać na plaży na leżaku. Szczerze byłam tak wykończona, że było mi wszystko jedno. On oczywiście żartował i po chwili wręczył mi klucze do pokoju.
Biurokracja nie pomaga nam w organizacji tego przedsięwzięcia. Rodzina Giuseppe chciałaby, żeby ślub odbył się na Sycylii, moja w Polsce, a my? Chcielibyśmy się pobrać na Sardynii właśnie w miasteczku, w którym się poznaliśmy Santa Teresa di Gallura otoczonym bezkresnymi wzgórzami, zielenią i turkusem morza. Jest duża szansa, że w końcu pobierzemy się w tajemnicy, po swojemu, jak tylko uda nam się załatwić wszystkie papiery.
Włoskie wesele bardzo się różni w zależności od regionu. Tutaj podobnie jak w Polsce też zależy czy wesele jest organizowane w mieście, czy na wsi. Te pierwsze są mniejsze i bardziej eleganckie, te drugie trwają dłużej i są bardziej huczne. Co mnie zaskoczyło na weselach, na których byłam na Sycylii, to fakt, że między ceremonią a samym przyjęciem jest przerwa.
Byliśmy kiedyś na pięknym ślubie przyjaciół Giuseppe w katedrze w samym centrum Palermo. Ślub w kościele był o 13.00, a zaproszenie na aperitivo otwierające przyjęcie ślubne dopiero o 18.00. Myślę, że ma to związek ze "świętymi" porami jedzenia Włochów. Tu niezależnie od regionu obowiązuje ta sama, zasada: obiad 12.30-14.00, kolacja 20.00-22.00. Samo wesele było podobne do polskiego, ale nie było wysokoprocentowych alkoholi ani weselnych zabaw, poza rzucaniem bukietem. Za to było bardzo dużo jedzenia.
Myślę, że tutaj wiele zależy od charakteru małżonka lub małżonki. Jeśli pytasz, czy Giuseppe jest maminsynkiem, to odpowiedź brzmi nie. Wydaje mi się, że akurat w tym kontekście polska kultura nie różni się znacząco do włoskiej. Przy czym trzeba podkreślić, że według mnie coś takiego jak włoska kultura nie istnieje. Włochy są tak zróżnicowane, że tutaj każdy region ma właściwie swoją kulturę. Ja znam tylko dwie: sycylijską i sardyńską. Są one bardzo różne! Rzeczywiście te dwa miejsca łączy status ekonomiczny. W związku z tym często młode małżeństwa po ślubie muszą mieszkać w domach wielopokoleniowych, w których, nie oszukujmy się, rządzą ci najbardziej doświadczeni mieszkańcy. Dodatkowo młodzi ludzie często mają pracę tylko przez pół roku, często nie mogą sobie pozwolić na kredyt czy nawet wyprowadzkę, czy budowanie swoich własnych "domostw". Nawet wczoraj czytałam o tym, że młodzi Sardyńczycy mają coraz mniej dzieci i często, nawet jeśli chcą i mogą się wyprowadzić, to nie mają gdzie, bo domy na wynajem są dostępne od listopada do marca. Reszta roku to turystyczny biznes.
Bardzo mu się tu podoba. Najbardziej to, że rynek pracy w miastach daje tyle możliwości. Mieszkaliśmy w Polsce prawie rok, on pracował w korporacji, pracę znalazł w tydzień - oprócz włoskiego, zna dobrze francuski i angielski. Kraków stał dla niego otworem, był w szoku, że można dostać umowę o pracę na czas nieokreślony od początku zatrudnienia. Podoba mu się, że mamy tak świetnie zorganizowaną biurokrację oraz to, że mamy wszystko pod nosem - dostęp do kultury, rozrywki, edukacji. Nie musimy emigrować, żeby szukać lepszego ekonomicznie życia - oczywiście to jest opinia Giuseppe, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ogórki kiszone nie należą do jego ulubionych przysmaków, nie mówiąc już o kapuście, którą omija szerokim łukiem. Nie zaskoczę nikogo informacją, że kocha pierogi, bo to przecież pewien typ "włoskiej pasty". Bardzo lubi kuchnię mojej mamy. Kiedyś nawet chcąc sprawić jej komplement, wszedł do kuchni i powiedział po polsku - "ale pięknie śmierdzi". Ciężko było się na niego gniewać. Kiedy pierwszy raz ugotowałam mu rosół, posypał go parmezanem i dołożył 3 razy więcej makaronu, niż przewiduje polski przepis. Muszę przyznać, że od tego czasu sama czasami posypuję rosół parmezanem.
Uważam to za duży plus, ponieważ Sardynia nie jest zadeptana, choć ta popularność rośnie. Ograniczona baza noclegowa na wyspie również się do tego przyczynia. Sardynia ma swoją "pojemność" i jest ona takiej wielkości, że nawet w największym szczycie sezonu znajdą się mniej tłoczne miejsca. Ostatnio widziałam w księgarni książkę "600 plaż Sardynii". Tutaj życia nie starczy, żeby zobaczyć je wszystkie, choć ludzie żyją długo! Sardynia należy do tak zwanych "niebieskich stref", gdzie ludzie żyją długo i w zdrowiu.
Poza plażami znajdują się tutaj niesamowite stanowiska archeologiczne, stworzone przez ludzi Cywilizacji Nuragijskiej. W tym groby gigantów, święte studnie, które prawdopodobnie były też stacjami badań astronomicznych oraz popularne wieże - Nuragi. Wiele z tych kamiennych wież zachowało się w świetnym stanie, a najstarsze z nich datuje się na XV wiek przed naszą erą.
Jest tutaj także wiele świetnych tras trekkingowych, góry oraz jeden z najgłębszych kanionów w Europie - Su Gorropu. Można w pół godziny przemieścić się znad spektakularnego morza w majestatyczne góry. Są też rzeki, wodospady, jeziora. Można pływać kajakami, wspinać się, czy po prostu wypoczywać na łonie natury.
Sardynia ma taki marketing dlatego, że rozwój turystyki na wyspie jest ściśle połączony z inwestycjami ludzi spoza niej. To dość długa historia, ale w wielkim skrócie, wszystko zaczęło się od wybrzeża nazywanego dziś Costa Smeralda (Szmaragdowe Wybrzeże) od imienia córki jednego z inwestorów, nie tylko od szmaragdowej wody. To mały kawałek ziemi na północnym wschodzie wyspy, gdzie wypoczywają gwiazdy, a celebryci z całego świata mają swoje wille w popularnym Porto Cervo i jego okolicy. Konsorcjum Costa Smerlada włożyło dużo pieniędzy, żeby rozreklamować Sardynię wśród gwiazd, dlatego przyjęło się myśleć, że Sardynia jest bardzo droga.
Duża część lokalnych mieszkańców powie pół żartem pół serio, że Costa Smeralda to nie Sardynia. Pozostałe jej części są o wiele tańsze i można spokojnie za około 500-600 euro wynająć mieszkanie dla dwóch osób na tygodniowy pobyt. Można też polować na oferty biur podróży i za 4000 - 5000 zł przylecieć tutaj na wakacje z pełnym wyżywieniem.
Przede wszystkim warto z wyprzedzeniem wynająć samochód, jeśli chce się nim po wyspie podróżować. Co zdecydowanie polecam, ponieważ najpiękniejsze miejsca są niedostępne bez auta.
Trzeba mieć na uwadze, że baza hotelowa w większości powstała w latach 80., kiedy też gwiazdki przyznawano lokalnie, każdy region Włoch miał swoje wytyczne. Powiedziałabym, że hotel, który na Sardynii ma 4 gwiazdki, w Polsce by miał 2 gwiazdki. Warto być tego świadomym, żeby się nie rozczarować. Należy czytać opinie i sprawdzać, kiedy hotel został wybudowany lub odnowiony. Jeśli hotel jest nowy i ma 4 gwiazdki, to można się spodziewać standardu zbliżonego do północy Włoch. Jeśli jest z lat 80., to trzeba będzie przymknąć oko na pewne rzeczy i po prostu cieszyć się okolicą, plażami i pysznym jedzeniem.
Warto pamiętać też o wspomnianych wcześniej godzinach posiłków, żeby nie paść z głodu o 16.00 oraz mieć z tyłu głowy, że na bardzo popularne plaże jak na przykład La Pelosa czy Cala Brandinchi trzeba robić z wyprzedzeniem rezerwację online, ponieważ na tych plaż jest dzienny limit wejść, co ja osobiście bardzo popieram. Kto wie, jak dzisiaj wyglądałyby te miejsca, gdyby nie ich "ochrona".
Bardzo lubię to pytanie i chociaż mogłabym opowiadać o plusach i minusach każdej części roku, mam na nie jedną odpowiedź - kiedy tylko możesz! Sardynia ma wiele do zaoferowania o każdej porze roku.