Szacuje się, że z portali randkowych każdego miesiąca korzysta około trzech-trzech i pół miliona użytkowników. Jak dowiadujemy się z komunikacji polskiej odpowiedzi na Tindera - meet2more, 90 proc. aktywnych użytkowników to mieszkańcy miast powyżej 200 tys. mieszkańców. 70 proc. z nich to panowie. Oni również są bardziej skłonni do tego, by korzystać z dodatkowo płatnych opcji w obrębie aplikacji, by zwiększyć swoje szanse na znalezienie miłości.
A tę - wbrew pozorom - znaleźć można. O czym przekonali się moi rozmówcy z poprzedniego artykułu. Link do niego znajdziecie pod tym akapitem. Mimo że zainteresowanie tego typu aplikacjami nie słabnie, wiele osób odczuwa tzw. swipe fatigue. Męczy ich stałe przesuwanie palcem pomiędzy kolejnymi osobami, bo wiedzą, że z wielu relacji niewiele wyniknie. Wśród częstych powodów do narzekań wymieniają nieszczere opisy i nieprawdziwe zdjęcia: nawet jeśli dochodzi do spotkania, nieraz okazuje się, że nasz rozmówca wygląda zupełnie inaczej, a jego zamiarem nie jest zawiązanie dłuższej znajomości. Użytkowników jest sporo, więc niektórzy "marnują" dużo czasu na szukanie igły w stogu siana. Przekonała się o tym jedna z moich rozmówczyń.
- Mam konto na Badoo od jakiegoś czasu. Nie jestem w stanie korzystać z niego non stop. Liczba osób, które przewijają się w apce, bywa przytłaczająca. Podobno zdarzają się "perełki", ale żeby je znaleźć, trzeba przedrzeć się przez masę osób, które mnie nie interesują. Szkoda mi na to czasu. Loguję się czasem na kilka dni, potem znów się wyłączam. Potem znów wracam. To frustrujące - opowiada.
Kolejna osoba tak się przejechała na internetowych poszukiwaniach, że postanowiła przekazać pałeczkę specjalistom. - Z Tindera korzystałam mniej więcej przez trzy lata. Spotkałam się pewnie w tym czasie z dwudziestoma facetami. Ci, którzy byli zainteresowani poważną relacją, nie byli w moim typie, rozmowa się nie kleiła. Po prostu - brakowało chemii. Ci, z którymi iskrzyło, byli zainteresowani tylko seksem (mimo że z konwersacji na aplikacji z tego w ogóle nie wynikało).
W końcu się wkurzyłam i odinstalowałam Tindera. Postanowiłam zapłacić za biuro matrymonialne. To było znacznie droższe, ale myślałam, że to sprawi, że osoby, które się tam zapisują, podchodzą do sprawy na poważnie. Rozczarowałam się jeszcze bardziej. Byłam na trzech spotkaniach i były to jeszcze gorsze randki niż te z Tindera. Dodatkowo miałam z tyłu głowy, że wydałam na nie kilka tysięcy.
- Wtedy odpuściłam, stwierdziłam: trudno, najwyżej do końca życia będę sama. Pół roku później w realnym świecie poznałam mojego partnera. Zaiskrzyło od razu, gadka się kleiła, nie mówił od początku, że 'to tylko zabawa, nic poważnego', jak spora część panów z Tindera. To kuzyn mojego przyjaciela - mówi.
Osób cierpiących na swipe fatigue jest sporo, dlatego coraz więcej z nich zaczęło podchodzić do sprawy radykalniej. "Nowym trendem w randkowaniu online jest tzw. loud looking, czyli bardzo otwarte, wręcz manifestacyjne komunikowanie swoich intencji. Coraz więcej użytkowników zamiast ogólnikowych opisów typu 'szukam kogoś fajnego', pisze wprost: 'chcę dzieci w ciągu dwóch lat', 'nie interesują mnie romanse bez zobowiązań', 'szukam partnerki do życia, a nie do przelotnych spotkań'. Ta radykalna szczerość, choć może odstraszać, ma jedną ważną zaletę - ogranicza nieporozumienia i przyspiesza proces dopasowania" - czytamy w komunikacji meet2more. Czy korzystaliście kiedykolwiek z platform randkowych? Zachęcamy do udziału w sondzie i komentowania.